Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
Samochód jechał ulicą Colón, okrążył plac Bolognesi i skręcił w aleję Brasil. Ruch na jezdniach i postoje pod światłami trzymały go pół godziny, zanim dojechał do dzielnicy Magdalena; potem, skoro wydostał się z alei, ruszył pełnym gazem przez puste, słabo oświetlone ulice i za parę minut był w San Migueclass="underline" spać, wcześnie pójść dzisiaj do łóżka. Na widok samochodu policjanci na rogu zasalutowali. Wszedł do domu, służąca właśnie nakrywała do stołu. Ze schodów obrzucił wzrokiem salon, jadalnię: świeże kwiaty w wazonach, błyszczące nakrycia i kieliszki na stole, wszystko w największym porządku. Zdjął marynarkę, bez pukania wszedł do sypialni. Hortensja siedząc przy toaletce robiła makijaż.
– Queta nie chciała przyjść, jak się dowiedziała, że ma być Landa – jej twarz uśmiechała się do niego z lustra; rzucił marynarkę na łóżko celując wprost w głowę smoka: znikła. – Biedaczka na sam dźwięk jego głosu zaczyna ziewać. Dla ciebie musi się wdzięczyć do każdego starucha, mógłbyś jej od czasu do czasu sprowadzić jakiegoś fajnego chłopaka.
– Każ podać coś do jedzenia kierowcom – powiedział rozluźniając krawat. – Wykąpię się. Przynieś mi szklankę wody, dobrze?
Wszedł do łazienki, puścił ciepłą wodę, rozebrał się nie zamykając drzwi. Patrzył, jak wanna się napełnia, powietrze zwilgotniało od pary. Słyszał, jak Hortensja wydaje polecenia, służbie. Weszła ze szklanką w ręku. Wziął proszek.
– Chcesz drinka? – spytała od drzwi.
– Po kąpieli. Bądź tak dobra i przygotuj mi czystą bieliznę. Zanurzył się po szyję i leżał wyprostowany, nieruchomy, aż woda zaczęła stygnąć. Namydlił się, spłukał pod zimnym tuszem, wy szczotkował włosy i nago przeszedł do sypialni. Na grzbiecie smoka leżała czysta koszula, bielizna, skarpetki. Ubierał się powoli, coraz to zaciągając się papierosem, który dymił na brzegu popielniczki. Potem z gabinetu zadzwonił do Lozana, do Pałacu, do Chaclacayo. Kiedy zszedł do salonu, Queta już tam była. Miała czarną suknię z dużym dekoltem i włosy upięte w kok, było jej z tym do twarzy. Siedziały obie ze szklankami whisky w dłoniach i słuchały płyt.
Kiedy Ludovico przyszedł na miejsce Hinostrozy, to już było trochę lepiej, dlaczego? bo Hinostroza był nudziarz, a Ludovico swój chłopak. W tym szoferowaniu u don Cayo najpodlejsze były nie ekstra usługi dla pana Lozano i nie to, że nie mieli stałych godzin pracy i nigdy nie wiedzieli, kiedy wypadnie im wolny dzień; najgorsze były nieprzespane noce, don. Kiedy trzeba było go zawieźć do San Miguel i czekać, często aż do rana. Te nasiadówki, don, i to niewyspanie. Teraz zobaczysz, co znaczy się nudzić, powiedział Ambrosio, kiedy Ludovico zaczai pracę u don Cayo, a Ludovico patrząc w stronę willi: ty, słuchaj, pewnie pan Bermúdez ma tam swój mały burdelik. Z Ludovikiem było lepiej, bo mogli pogadać, a Hinostroza to się tylko kulił na siedzeniu samochodu i usypiał nieruchomy jak mumia. Z Ludovikiem siadali razem pod murem ogrodu, z tego miejsca Ludovico mógł w razie czego mieć na oku całą ulicę, widzieli, jak don Cayo wchodzi do domu, słyszeli głosy, Ludovico bawił Ambrosia zgadywaniem, co się dzieje w salonie: o, teraz pewnie sobie łyknęli, a kiedy zapalały się światła na górze, Ludovico mówił o, a teraz się zaczyna orgia. Czasem podchodzili tajniacy zza rogu i we czwórkę kurzyli papierosy i rozmawiali. Jeden z nich pochodził z Ancash i umiał śpiewać. Piękny miał głos, don, najlepiej mu wychodziła Śliczna laleczka, fajnie ci idzie, mówili do niego, powinieneś zmienić zawód. Koło północy zaczynało być nudno, czysta rozpacz, jak ten czas się wlókł. Tylko Ludovico wciąż gadał. I jaki miał język, ciągle opowiadał, jak Hipólito wpadał w trans, a tak naprawdę, don, to sam się najbardziej podniecał. O, pewnie teraz don Cayo sobie używa na całego, pokazywał na balkon, cmokał, jak tylko zamknę oczy, to wszyściuteńko widzę, i tak nam zasuwał, aż w końcu, za przeproszeniem pana, don, całą czwórkę tak przypierało, że nic tylko iść do burdelu. Wpadał w prawdziwy szał, kiedy mówił o pani: dziś ją widziałem, Murzynie, rano, jak sam przyjechałem po don Cayo. Oczywiście wszystko zmyślał. Była w szlafroku, Murzynie, w szlafroczku z jakiejś gazy, takim różowym i przezroczystym, w rannych pantofelkach, a oczy to jej się tak błyszczały. Spojrzy na ciebie i jesteś gotów, jakbyś zdechł, spojrzy drugi raz i czujesz się jak wskrzeszony Łazarz, potem znowu spojrzy i znów cię nie ma, i jeszcze raz, a ty jeszcze raz jak Łazarz, swój chłopak, don, i jaki zgrywus. Pani to była pani Hortensja, don, ma się rozumieć.
W drzwiach zderzyła się z Carlota, która szła po chleb: co się stało, gdzie byłaś, co robiłaś. Została na noc u ciotki w Limoncillo, biedaczka zachorowała, a czy pani się złościła? Szły razem aż do piekarni: pani nawet nie wiedziała, całą noc słuchała radia, podawali wiadomości z Arequipy. Amalia poczuła się jak nowo narodzona. To nie wiesz, że w Arequipie rewolucja? mówiła rozgorączkowana Carlota, pani tak się denerwuje, że już i one razem z Simula z tych nerwów siedziały w służbówce do drugiej w nocy i też słuchały radia. Ale co się stało w Arequipie, co, ty wariatko. Strajki, zamieszki, trupy, a teraz żądają, żeby pana wyrzucili z rządu. Pana Cayo? Tak, a pani nigdzie go nie mogła złapać, przez całą noc przymilała się do różnych ludzi przez telefon i dzwoniła do panienki Quety. Kupcie więcej, na zapas, powiedział im Chińczyk z piekarni, bo jak będzie rewolucja, to jutro nie otworzę. Wyszły szepcząc do siebie, co teraz będzie, i dlaczego chcieli pana wyrzucić, co, Carlota? Pani, jak się wczoraj wieczorem rozgniewała, to mówiła dlatego, że był zbyt pobłażliwy, i nagle
Carlota złapała Amalię za ramię: nie wierzę w tę bajeczkę o ciotce, byłaś z facetem, od razu widać. Z jakim facetem, coś ty, ciotka zachorowała i tyle, Amalia patrzyła z poważną miną na Carióte, a w środku czuła jakby łaskotanie i pełne szczęścia ciepło. Weszły do domu, a Simula, bardzo niespokojna, słuchała radia w salonie. Amalia pobiegła do siebie, szybko pod prysznic, żeby tylko o nic jej nie pytano, ze schodów usłyszała sygnał radiowy i zaraz potem głos spikera. Pani siedziała na łóżku paląc papierosa i nie odpowiedziała na dzień dobry. Rząd wykazał bardzo daleko idącą cierpliwość w stosunku do mącicieli spokoju publicznego, mówili w radiu, robotnicy powinni wrócić do pracy, a studenci na sale wykładowe, i Amalia napotkała spojrzenie pani, która jakby dopiero teraz ją zobaczyła: a gazety, gapo? Leć biegiem do kiosku. Tak, już lecę, wybiegła z pokoju bardzo zadowolona, pani nic nie zauważyła. Poprosiła Simule o pieniądze i skoczyła do kiosku na róg. Musiało się stać coś poważnego, pani była taka blada. Jak tylko wróciła, pani zeskoczyła z łóżka, wyrwała jej gazety i zaczęła je przerzucać. W kuchni Amalia spytała Simule: czy myśli, że rewolucja zwycięży, że zdejmą Odrię? Simula wzruszyła ramionami: jak mają kogo zdjąć, to zdejmą pana, wszyscy go nienawidzą. Za chwilę usłyszały, że pani schodzi na dół, i razem z Carlota pobiegły do służbówki: halo Queta? W gazetach nic nowego, nie warto czytać, i ze złością cisnęła na podłogę „La Prensa”: nawet i oni, te skurwysyny, żądają, żeby Cayo ustąpił, przez całe lata mu się podlizywali, a teraz oni też, Quetita. Wykrzykiwała różne wyrazy, Amalia z Carlota patrzyły na siebie. Nie, Quetita, nie przyszedł i nie zadzwonił, biedak jest na pewno okropnie zajęty z powodu tych zamieszek, a może wyjechał do Arequipy. Ach, Quetita, niechby im tak wpakował parę kulek, niechby im raz na zawsze wybił głupstwa z głowy.