Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Dziesięć minut później mimo wszystko nabijałem kawałki mięsa na cienkie stalowe druty. Może i było naturalne, ale na pierwszy rzut oka na to nie wyglądało – bez kawałka kości czy chrząstki, pocięte na równe sześciany, zapakowane w przezroczystą folię.
– Teraz wszystko jest inaczej… – wymamrotał Dziadek. Trochę przypominał mi ojca. Tak samo milczący i żałujący przeszłości, niezbyt stary, ale szalenie dorosły. Zwłaszcza wtedy, gdy próbował się odmładzać.
– Czasy się zmieniają – wygłosiłem sprawdzoną przez tysiąclecia mądrość.
Dziadek zerknął na mnie spode łba.
– No, nie wiem. Ludzie się zmieniają, ale czasy… Pięćdziesiąt lat temu, gdy zostałem roaderem…
Oho! Dziadek rzeczywiście miał co najmniej sześćdziesiątkę. Przecież nie wyruszył na włóczęgę w wieku niemowlęcym.
– Wtedy mieliśmy cel. I sens. Znałem roadera… pewnie jedynego prawdziwego roadera na świecie. Igor, nazwiska nie pamiętam…
Kiwałem głową z udawanym zainteresowaniem, kończąc kolejną porcję szaszłyka. W zamkniętym hermetycznie pojemniku znalazłem dziesięć dojrzałych pomidorów i teraz nadziewałem je na przemian z kawałkami mięsa. Jak udało im się nie zgnieść tych pomidorów w czasie pakowania?
– Wiesz, od czego się wszystko zaczęło? Dlaczego pojawili się roaderzy?
– Nie.
Rozmowa stawała się coraz ciekawsza. Aż nazbyt pouczająca, jeśli mam być szczery. Czy to aby nie byli podstawieni włóczędzy?
– Gdy syntezatory żywności stawały się coraz bardziej rozpowszechnione, a jedzenie było praktycznie bezpłatne, wielu ludzi przestało pracować. Nie mieli potrzeby zarabiania, a innych bodźców nie było. Na wyższe stanowiska przebijały się tylko jednostki…
Zamarłem. Ręce nadal nadziewały mięso i pomidory na szpikulec, a w głowie tłukła się jedna myśclass="underline" Syntezatory żywności, jedzenie bezpłatne…
Przypadek? Rezultat kontroli Świątyń? Znowu znalazłem się na pokładzie „Terry”. Lądowaliśmy na Rantori Ra. Mętne czerwone słońce wyłaniało się znad horyzontu. Step był czarny i wypalony. Razem z Lansem wyładowywaliśmy skrzynie z konserwami i koncentratami, a sterujący transporterem Ernado powiedział: „Powietrze i woda prawie się oczyściły, ale gleba… Gdyby nie musieli jeść miejscowego pożywienia!… Ale czy sto milionów ludzi może wyżyć z samej jałmużny?” Rantori Ra, planeta-samobójca. Trędowata planeta, której ostatni mieszkańcy powoli gnili na zatrutej ziemi pod trującym niebem. Kilkanaście osób stało nieopodal statku – tylko wariat pozwoliłby im podejść bliżej. Półludzie, półpotwory. A wystarczyłoby, żeby nie jedli skażonego jedzenia…
Przypomniałem sobie Shetly, planetę, która przegrała gwiezdną wojnę i płaciła rozłożoną na stulecia daninę. Nie wiem, kto w tej wojnie miał rację, a kto nie. Ale wystarczył jeden spacer po ulicach stolicy, by stracić całe zainteresowanie. Planeta płaciła reparacje żywnością – najdroższym towarem galaktyki, jeśli nie liczyć broni. A broni nie mogli produkować…
Szliśmy razem z Ernadem do biura miejscowej firmy handlowej, bloki ochrony osobistej na pasach mieliśmy włączone. Tak poradzono nam w administracji kosmoportu, a ja jakoś nie pałałem chęcią eksperymentowania. Przechodnie odprowadzali nas spojrzeniami, od których robiło mi się nieswojo. Nie byli wychudzeni, raczej jakby spuchnięci. „Brak racjonalnego żywienia” – skomentował Ernado, który lepiej orientował się w sytuacji niż ja. „Wejdźmy do restauracji, zobaczymy, co jedzą” – zaproponowałem półżartem. „Dobrze, tylko nie bierzmy mięsa”. Przez sekundę stałem na środku chodnika, próbując odnaleźć w słowach Ernada jakiś mniej obrzydliwy sens. W końcu powiedziałem: „Odlatujemy. Nie zabiorę z tej planety ani grama żywności, bez względu na to, ile zapłacą”. Ernado skinął głową i dodał: „Czy to coś zmieni?”
Ziemia od stu lat używała syntezatorów żywności. Ale żadnej planecie Świątynie nie podpowiedziały takiego rozwiązania.
– Nie przeszkadzam ci, Siergiej? – zapytał Dziadek.
– Nie, opowiadaj, słucham.
– Najczęściej roaderami zostawali młodzi ludzie. Nawet dzieci, te, które dostały Znak Samodzielności. Do czasów, gdy powstały hipersilniki, innego wyjścia nie było. Dopiero wtedy, gdy zaczęła się kolonizacja…
Umocowałem rożny z mięsem nad ogniem. Jeśli chodzi o roaderów, wszystko było mniej więcej jasne: połączenie hipisów, punków i rockersów. Mieszanka abstrakcyjnej dobroci hipisów z pogardą do rzeczywistości punków i zamiłowaniem rockersów do przemieszczania się. Zresztą nie uznawali ani motocykli, ani innej techniki. Przeważnie wędrowali na piechotę, tylko jeśli chcieli dostać się na inny kontynent, korzystali z transportu – bezpłatnego. Ziemia naprawdę była bogatą planetą.
– …kusiła możliwość nowych podróży, ciągnęła romantyka niezbadanych światów. Roaderów dosłownie wyssało z Ziemi. A w koloniach wszystko było inaczej. Najbardziej uparci ginęli, pozostali zaczęli pracować. To okazało się bardziej interesujące niż włóczęga po drogach z wykorzystaniem gwarantowanego minimum usług.
Dziadek zamilkł, patrząc w ogień. Christa przysunęła się bliżej.
– Kończ, Dziadku – prychnęła. – Siergiej słucha z uprzejmości. Opowiadasz jak z podręcznika historii. Wszyscy to wiedzą.
Dziadek przepraszająco skinął głową i zaczął obracać rożen z mięsem. Za moimi plecami ktoś półgłosem powiedział:
– Siergiej tego nie wiedział. On po prostu wchłaniał informacje. Po skórze przebiegł mi dreszcz. Odwróciłem się. Za mną siedział Vic, chłopiec, który wyczuł moją obecność. Sens, no jasne.
Do kompletnego zdemaskowania brakowało mi tylko telepaty. – Nigdy nie interesowałem się historią – wyjaśniłem obojętnie. – Ani roaderami. Pewnie niesłusznie.
Podszedł Andriej i z zachwytem zasugerował:
– A może jesteś zwiadowcą z chronokolonii? W zeszłym tygodniu mówili o jednym takim z planety Kleń.
Teraz już patrzyli na mnie wszyscy. I doskonale wiedziałem, co widzą. Twardą twarz o bardzo suchej skórze, a na Brzegu Grunwalda jest wysoka wilgotność; półwojskowy kombinezon, dość nietypowy jak na strój codzienny; przypiętą do pasa pochwę, w której trudno nie rozpoznać kabury.
– Zwiadowca przygotowałby się znacznie lepiej – odparłem z udawaną wesołością w głosie i dorzuciłem jedno z usłyszanych niedawno slangowych zwrotów: – Twój pomysł nie jest w zakresie.
Nieoczekiwanie z pomocą przyszedł mi Vic.
– On nie jest zwiadowcą, Andriej. Jest nasz, z Ziemi. Kosmitów wyczuwam.
– Szkoda – powiedziała ze szczerym westchnieniem żalu Christa. – Byłoby ciekawiej.
Pewnie. Gdyby zwiadowca z chronokolonii był na tyle bezczelny, żeby przeniknąć do świata Siewców, bez wahania zlikwidowałby świadków. Roaderskie towarzystwo chyba tego nie rozumiało.
Zaczęliśmy jeść, ale w powietrzu nadal wisiało skrępowanie. Andriej zaczął zwracać się do mnie per „pan”. Christa rzucała mi zaciekawione spojrzenia, szybko odwracając wzrok. Vic i drugi chłopak milczeli. Tylko Dziadek zachowywał się jak przedtem.
Spóźnione śniadanie – słońce było już w zenicie – zakończyliśmy sokiem pomarańczowym z kartoników. Zauważyłem, że puste kartoniki, niedbale odrzucone do tyłu, po kilka minutach rozmiękły i pociemniały. Z problemem odpadków Ziemianie też sobie poradzili.
Mój pojemnik, który ku zdumieniu roaderów wrzuciłem do ogniska, zapłonął jasnym płomieniem bez dymu.
Pierwszym, komu znudziło się udawanie zrelaksowanego, był Andriej. Wstał z trawy, otrzepał nogi z przylepionych śmieci i zapytał, nie wiadomo, czy zwracając się do Christy, czy do wszystkich obecnych: