Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
– Roaderem… no, wędrowcem – powiedział, dzieląc słowo na sylaby. – A może nikt już o nas nie pamięta?
Postanowiłem zagrać va banque.
– Wydawało mi się – zacząłem ostrożnie – że zostały tylko jednostki.
Chłopak skrzywił się, ale już wiedziałem, że zgadłem.
– Nie, dziesiątki… No tak. To przez Fangów i genormistów. My jesteśmy poza nawiasem. Ale jesteśmy.
Skinąłem głową i przeciągnąłem się.
– To co słychać w kwestii śniadania? – zapytałem. Chłopiec znowu wytrzeszczył na mnie oczy. Z jakiegoś powodu zdjął okulary i zauważyłem, że nie sprawia mu to różnicy.
– Ciekawie mówisz. Skąd jesteś?
Bez zastanowienia wskazałem ręką niebo.
– Kolonista?
– Z Ziemi, ale długo byłem tam.
– W zakresie – podsumował niezrozumiale chłopak. Moja odpowiedź chyba go zadowoliła. – W kwestii śniadania… w kwestii… – powtórzył, jakby smakując to słowo. – Chodźmy.
Ruszyliśmy do lasu.
– Poznajmy się – zaproponował chłopiec.
Skinąłem głową. Im mniej będę mówił, tym lepiej.
– Andriej.
– Siergiej.
Szliśmy przez las – Andriej przodem, wymachując okularami, ja za nim. Chłopak lawirował pomiędzy drzewami w skomplikowany sposób. Nie zauważyłem żadnych śladów ścieżki i zaniepokoiłem się.
– Nie zabłądzimy?
Chwała Bogu, to słowo Andriej znał. Znowu się stropił, jak przy pytaniu o liczebność roaderów, i wymamrotał:
– Nie, mam piszczałkę.
Nieokreślonym gestem wskazał swoje ucho. Przyjrzałem się uważniej i na płatku ucha dostrzegłem mały różowy plasterek.
– Sto metrów – dodał Andriej i podał mi okulary. – Popatrz sobie na razie.
Próbując zachować spokój, włożyłem okulary. Były bardzo lekkie, a szkła, jeśli to rzeczywiście były szkła, miały płaskie.
Gdy odsunąłem rękę od okularów, szkła lekko pociemniały. Z góry na dół przebiegł czerwony błyszczący pasek. Na ciemnym tle pojawił się obraz – wirujący biały sześcian. Stawał się coraz większy, aż wreszcie wypadł ze szkieł i poleciał przed moim nosem, nadal rosnąc.
– Dostroiły się? – zapytał z troską Andriej.
– Tak. – Z trudem stłumiłem pragnienie zdjęcia okularów. Szkła pojaśniały, iluzja sześcianu była teraz absolutna. Oto on, metr ode mnie, wystarczy jeden krok i sięgnę do niego ręką.
Sześcian rozłożył się i zmienił w półprzeźroczyste płótno… w ogromny klonowy liść… w trzepoczącego skrzydłami motyla. To nie był prawdziwy owad, raczej animowany wariant. Motyl fruwał przed mną, starannie omijając gałęzie drzew. O, do diabła!
Opuściłem głowę i spojrzałem ponad okularami. Oczywiście żadnych motyli nie było.
W uszach zadźwięczała cicha muzyka – może flet, może fujarka, gdzieś daleko, daleko, niemal na granicy słyszalności.
– To Jurkinson, Motylek i Io[Aluzja do rosyjskiego barda, poety i pisarza SF, Julija Burkina i jego albumu Yanessa Io.] – powiedział Andriej. – Zaraz pójdziemy dołem… Jesteśmy na miejscu.
Z ulgą zdjąłem okulary i oddałem Andrzejowi. Wyszliśmy na polanę i roader pospiesznie zdarł z ucha plaster.
– Kompletnie nic – powiedział, rzucając piszczałkę w krzaki. Jasne. Cóż, zmilczę. Widocznie roaderom, kimkolwiek oni są, podobne „pomoce” są zabronione.
– Oczywiście, Andriej. Kompletnie nic – uspokoiłem go.
3. Śniadanie na polanie
W życiu nie widziałem dziwniejszego towarzystwa. Najważniejszy był tutaj Dziadek, mężczyzna około czterdziestki (prawdziwego wieku mogłem się najwyżej domyślać) o jasnorudych włosach, ubrany swobodnie, w coś przypominającego dres. Takie ubranie wyglądałoby równie naturalnie na Ziemi XX wieku czy na Tarze albo Shedmonie XXI. Moje pojawienie się skwitował znanym mi już gestem dłoni, po czym wrócił do rozpalania ogniska.
Ognisko ułożono beznadziejnie.
Jedyną dziewczyną w grupie była młoda osoba o imieniu Christa. Okrągła figurka rażąco kontrastowała z twarzą o ostrych rysach. Ale uśmiech miała miły i chyba szczery. Biały, ozdobiony kolorowym haftem strój wyglądał na rękodzieło, ale gdy Christa wstała z mokrej trawy, na ubraniu nie było ani jednej plamki.
Najbardziej obojętnie moje pojawienie się przyjęło dwóch czternastoletnich chłopców. Jeden drzemał pod drzewem na rozłożonej kołdrze. Miał na sobie tylko burozielone szorty i w myślach pogratulowałem mu zahartowania. Był ranek, od jeziora wiał chłodny, wilgotny wiatr. Potem zauważyłem, że powietrze nad nim drga jak nad asfaltową szosą w gorący dzień. Podobne modyfikacje cieplnych kołder spotykałem już nieraz.
Drugi chłopiec skinął mi głową i zanurkował do pomarańczowego niedużego namiotu. Zdążyłem tylko zauważyć, że twarz ma zupełnie dziecinną, a na szyi nosi złocisty okrągły medalion.
Andriej odprowadził chłopca spojrzeniem i powiedział:
– To Vic nas na ciebie naprowadził. Jest sensem, wprawdzie niezbyt silnym, ale w takiej głuszy wyczuje człowieka z odległości dziesięciu kilometrów.
Skinąłem głową. Skoro Świątynie posługiwały się telepatią, dlaczego nie mieliby tej sztuki posiąść Siewcy? Miałem tylko nadzieję, że sens nie zdoła odczytać moich myśli.
Dziadek w końcu poradził sobie z rzuconymi byle jak gałęziami, zaczęły trzaskać płomienie. Z miną niezmiernie zadowoloną odszedł od ognia i zapytał:
– Ma pan ochotę na pieczone mięso? Naturalne.
Skinąłem głową i zauważyłem, że moją zgodę przyjęto ze zdumieniem. Sytuację uratował Andriej:
– Siergiej jest kolonistą. Produkty naturalne to dla niego nic nadzwyczajnego.
Christa popatrzyła na mnie zaskoczona, drzemiący nastolatek podniósł głowę, a Dziadek zapytał:
– Skąd? Jeśli szczerze…
Rzadko oglądałem ziemskie wiadomości. Chyba bałem się nostalgii. Ale informacji z planet-kolonii nie przepuszczałem. Ziemia miała czterdzieści kolonii zasiedlonych przez międzygwiezdne ekspedycje. Wszystkie pozostałe były tworem Świątyń. Stosunek do prawdziwych i „świątynnych” kolonistów mógł być różny.
– Z Brzegu Grunwalda – oznajmiłem.
Kolonię na Syriuszu, nazwaną na cześć poległego szwedzkiego pilota, zamieszkiwali głównie Słowianie. Poza tym zasiedlono ją stosunkowo niedawno, dopiero po zainstalowaniu ekranu chroniącego planetę przed promieniowaniem Syriusza. Kolonia była w dużej mierze zależna od metropolii, a jednocześnie miała swój język, zwyczaje i etykę.
– Z Brzegu? – drzemiący chłopak uniósł powieki i roześmiał się. – To tam gdzie niebo jest w kratkę?
– Sieć tarczy widać jedynie na zachodzie – zareagowałem ostro.
– Dzięki niej możemy chodzić bez zbędnej ochrony.
– Czego się złościsz – prychnął chłopak i znowu stracił zainteresowanie.
Czasem dobrze jest oglądać programy edukacyjne… W myślach postawiłem sobie plus i zacząłem opowiadać na pytania Dziadka i Christy – najbardziej ciekawskich osób w tym towarzystwie.
Owszem, urodziłem się na Ziemi, w Moskwie (miałem nadzieję, że nie zmieniono nazwy rosyjskiej stolicy). Na Brzeg Grunwalda poleciałem z rodzicami, jak skończyłem dziesięć lat. Pracowałem jako pilot, woziłem ładunki na dyskach transportowych i pasażerów na flaerach. Po co są potrzebni piloci? Automatyka nie radzi sobie z naszymi huraganami. Wynajmowanie zawodowych pilotów wychodzi taniej (wiedza rodem z wiadomości). Tak, jestem żonaty. Dzieci nie mam, zdążę. Zbieram modele statków kosmicznych, szczególnie dawnych. Wostok, Gemini… Nie słyszeliście? Na Ziemię wróciłem wczoraj. Cały dzień włóczyłem się po Moskwie, potem zachciało mi się pobyć na łonie natury. Jutro, może jeszcze dziś odlecę. Jasne, mogę upiec mięso „po grunwaldzku”, ale potrzebne będą przyprawy. Nie ma? Jaka szkoda.