Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 79 80 81 82 83 84 85 86 87 ... 173
Перейти на страницу:

Ci­sza eks­plo­do­wa­ła okrzy­ka­mi. Ka­ile­an po­czu­ła, jak ugi­na­ją się pod nią nogi.

– Nie! – Głos La­skol­ny­ka był jak cię­cie sza­blą. – Ci­sza!

Umil­kli, nie­chęt­nie i po­nu­ro.

– Cza­ar­dan to wo­ju­ją­cy ród. Nie może być opar­ty na kłam­stwie, a ja okła­my­wa­łem was od po­cząt­ku. Od chwi­li, gdy za­przy­sią­głem pierw­sze­go z was. Z po­wo­du tych kłamstw ze­szłej je­sie­ni zgi­nę­ła ko­bie­ta, Vee’ra, żona ko­wa­la, któ­rą sza­no­wa­łem jak sio­strę. – Ka­ile­an po­czu­ła na so­bie wzrok La­skol­ny­ka. – Wszy­scy o tym sły­sze­li­ście. To nie ban­dy­ci ich na­pa­dli, lecz im­pe­rial­ne Oga­ry. A ra­czej na­jem­ni­cy wy­sła­ni przez Psiar­nię. Wiem tyl­ko, że coś się wy­da­rzy­ło na Po­łu­dniu. Dru­gi Ogar Im­pe­rium zgi­nął w szczu­rzym zam­ku i wy­bu­chła woj­na mię­dzy wy­wia­dem ze­wnętrz­nym a we­wnętrz­nym, a Oga­ry do­wie­dzia­ły się skądś o mo­jej umo­wie ze Szczu­ra­mi. Już leje się krew, już tru­py spły­wa­ją rze­ka­mi, lu­dzie wy­cho­dzą z do­mów i ślad po nich gi­nie, a to do­pie­ro po­czą­tek. Je­śli cza­ar­dan La­skol­ny­ka bę­dzie jeź­dził po Ste­pach, sta­nie się ce­lem. Za­czną na was po­lo­wać jak na wil­ki.

Umilkł. Ka­ile­an po­wio­dła po wszyst­kich wzro­kiem. Spoj­rze­nia były róż­ne, uważ­ne, dzi­kie, aro­ganc­kie i iro­nicz­ne. Wszyst­kie mó­wi­ły jed­no: „Niech po­lu­ją, a co? Nie mamy kłów?”.

La­skol­nyk też je wi­dział.

– To nie za­ba­wa ze ste­po­wy­mi ba­ni­ta­mi, dzie­ci – wes­tchnął. – Woj­na wy­wia­dów to brud­na wal­ka, na tru­ci­znę w kie­li­chu i nóż w ple­cach, na fał­szy­we oskar­że­nia i cza­ry wy­peł­nia­ją­ce płu­ca krwią. Szczu­ry twier­dzą, że są nie­win­ne, że to nie oni za­bi­li tego Oga­ra. Nie wiem, jak było, ale to nie ma zna­cze­nia. Je­stem z nimi, bo sny, któ­re do mnie przy­szły po nocy w tam­tej wio­sce, są waż­niej­sze. I będę z Im­pe­rium, bo nie znisz­czę wła­sny­mi rę­ka­mi tego, cze­go przez pół ży­cia bro­ni­łem. Bo je­stem bę­kar­tem, a no­szę im­pe­rial­ny błę­kit i mó­wię do ce­sa­rza po imie­niu. Ro­zu­mie­cie?

Po­ki­wa­li gło­wa­mi.

– Ver­dan­no chcą od­zy­skać swo­ją wy­ży­nę. Wie­cie o tym. Plot­ki są szyb­sze niż wiatr. A ja przy­rze­kłem, że im po­mo­gę. I to tak, by Im­pe­rium na tym zy­ska­ło.

– Jak, kha-dar? – wy­rwa­ło jej się.

– Dwa mie­sią­ce temu po­pro­si­łem, żeby zna­le­zio­no dro­gę przez Ole­ka­dy. Sły­sza­łem kie­dyś plot­ki o ja­kichś ucie­ki­nie­rach z wy­ży­ny, Ver­dan­no, któ­rzy prze­by­li te góry. I Gór­ska Straż, któ­rej te­raz tam peł­no, zna­la­zła taką dro­gę. Wy­śle­my więc Wo­za­ków na pół­noc, wzdłuż za­chod­nie­go krań­ca Ole­ka­dów. Ofi­cjal­nie na ce­sar­ski roz­kaz, żeby usu­nąć ich znad gra­ni­cy Ste­pów i nie pro­wo­ko­wać Se-koh­land­czy­ków. A po­tem oni pod­nio­są bunt i przej­dą przez góry pro­sto na wy­ży­nę. Na­sze nie­licz­ne siły nie zdo­ła­ją ich po­wstrzy­mać. Być może Ver­dan­no po­ja­dą pro­sto na śmierć, ale będą mie­li więk­sze szan­se, niż gdy­by pró­bo­wa­li prze­bić się przez pół Ste­pów. I nie, nie wy­ślę ich tam z za­wią­za­ny­mi ocza­mi. Star­szy­zna obo­zów zna ry­zy­ko i je ak­cep­tu­je. Wie, że je­śli opusz­czą Im­pe­rium, będą ska­za­ni na wła­sne siły. Ale je­śli nie po­śle­my ich przez góry, bę­dzie­my mu­sie­li wio­sną sztur­mo­wać ich obo­zy. Nie chcę woj­ny do­mo­wej na gra­ni­cy.

Za­milkł, jak­by wła­śnie wy­czer­pał wszyst­kie siły. Ka­ile­an daw­no nie sły­sza­ła, żeby na­raz tyle mó­wił.

– Wy­bra­łem was – pod­jął ci­cho – nie tyl­ko tych, któ­rzy po­tra­fią ro­bić rze­czy za­ka­za­ne przez Ko­deks, ale i resz­tę, każ­de­go z osob­na, bo każ­dy ma w so­bie coś spe­cjal­ne­go. Niiar wal­czy to­po­rem jak de­mon, Lan­deh strze­la na­wet le­piej niż Ka­ile­an, Ve­ria tro­pi jak nikt. Ale nie o to cho­dzi, a ra­czej nie tyl­ko o to. Każ­de­mu z was bez wa­ha­nia po­wie­rzył­bym wła­sne ży­cie. Przez ostat­nie mie­sią­ce sta­li­ście się naj­lep­szym od­dzia­łem, ja­kim do­wo­dzi­łem. Je­ste­ście praw­dzi­wym cza­ar­da­nem, nie z na­zwy, ale z du­cha. Wie­cie, o czym mó­wię? No­si­cie tar­cze, żeby osła­niać to­wa­rzy­szy, tak mó­wią na Ste­pach i nie ma lep­sze­go okre­śle­nia na to, kim się sta­li­ście. Więc nie wy­sta­wię was na kły Oga­rów. Ju­tro ogło­szę ofi­cjal­nie, że roz­wią­za­łem cza­ar­dan. Plot­ka pry­śnie w świat jak pest­ka wi­śni i zo­ba­czy­my, co z niej da­lej wy­ro­śnie.

Uśmiech­nął się.

Za­pa­no­wa­ła ci­sza, jak­by nikt nie wie­dział, co ma te­raz ro­bić. Tak po pro­stu? We­szli tu jako cza­ar­dan, a wyj­dą jako garść sza­bel do wy­na­ję­cia? To...

– Wsadź se łeb w koń­ską dupę, ge­ne­ra­le – głos był tak stłu­mio­ny, że z po­cząt­ku go nie po­zna­ła. Fay­len wy­su­nął się na śro­dek krę­gu, świe­ca, któ­rą trzy­mał, drża­ła tak, że wy­da­wa­ło się, iż za­raz zga­śnie. Mimo to kon­ty­nu­ował – cza­ar­dan to cza­ar­dan. Ród. Je­dy­ny, jaki mo­żesz wy­brać, i je­dy­ny, jaki może wy­brać cie­bie. – Na­brał po­wie­trza w płu­ca. – Ja, Fay­len-ena-Klo­wer, przy­się­gam na pło­mień w mym ręku, że uzna­ję Gen­na La­skol­ny­ka za mo­je­go kha-dara, bez wzglę­du na wszyst­ko, co nie­sie dla nie­go i dla mnie los. I każ­dy, kto na­zwie go kha-da­rem, bę­dzie moim bra­tem.

– Albo sio­strą – wtrą­ci­ła Da­ghe­na, z sza­lo­nym, ra­do­snym uśmie­chem na twa­rzy. – To przy­się­ga przy­ję­cia do rodu z mo­je­go ple­mie­nia, wy­po­wiedz ją jak na­le­ży, głup­ku.

– Albo sio­strą. – Fay­len ski­nął gło­wą. – Mój na­miot bę­dzie jego na­mio­tem, mój koń jego ko­niem, moja tar­cza jego tar­czą. Ani krew, ani ogień, ani woda, ani zie­mia, ani że­la­zo nie sta­ną mię­dzy nami. To usły­szał pło­mień i niech zo­sta­nie w nim za­pi­sa­ne.

Zdmuch­nął swo­ją świe­cę.

– Fay­len?

– Słu­cham, kha-dar?

– Nie mo­żesz...

– Ja, Da­ghe­na Oany­ter z rodu We­ghe­in z ple­mie­nia He­ary­sów, przy­się­gam na pło­mień w mym ręku...

Ka­ile­an słu­cha­ła słów przy­się­gi, tego dzi­wacz­ne­go, po­wsta­łe­go pod wpły­wem chwi­li zwy­cza­ju, bę­dą­ce­go mie­sza­ni­ną me­ekhań­skiej przy­się­gi na pło­mień i he­ary­skiej przy­się­gi przy­ję­cia do rodu, i czu­ła, jak coś w niej ło­po­cze i wy­ry­wa się na ze­wnątrz.

Po­trze­bu­je­my tego, po­my­śla­ła, dzie­ci róż­nych ple­mion, wy­cho­wa­ne w róż­nych zwy­cza­jach, na­uczo­ne róż­nych prawd o świe­cie. Po­trze­bu­je­my wspól­nych ry­tu­ałów, wspól­nych ob­rzę­dów, bo ina­czej ni­g­dy nie po­tra­fi­li­by­śmy żyć ra­zem. Na­sze na­ro­dy to­czy­ły kie­dyś woj­ny, skła­da­ły i ła­ma­ły przy­się­gi, wal­czy­ły wspól­nie lub prze­ciw so­bie. A my sto­imy tu­taj ra­zem, po­łą­cze­ni zwy­cza­jem przy­nie­sio­nym z Za­cho­du przez Im­pe­rium i ze Wscho­du przez ko­czow­ni­cze ple­mię, i na nowo wy­ku­wa­my swo­ją toż­sa­mość. Kha-dar, cza­ar­dan, am­reh, otwar­cie. Każ­de sło­wo po­cho­dzi z in­ne­go ję­zy­ka, ale wszyst­kich uży­wa­my, jak­by były na­szy­mi ro­dzi­my­mi. I wią­że­my się no­wy­mi oby­cza­ja­mi, spla­ta­jąc sta­re. Nie je­ste­śmy już Me­ekhań­czy­ka­mi, He­ary­sa­mi, pół­krwi Ver­dan­no czy jesz­cze in­ny­mi mie­szań­ca­mi, tyl­ko cza­ar­da­nem La­skol­ny­ka. Na­wet je­śli on tego nie chce.

1 ... 79 80 81 82 83 84 85 86 87 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)