Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Cisza eksplodowała okrzykami. Kailean poczuła, jak uginają się pod nią nogi.
– Nie! – Głos Laskolnyka był jak cięcie szablą. – Cisza!
Umilkli, niechętnie i ponuro.
– Czaardan to wojujący ród. Nie może być oparty na kłamstwie, a ja okłamywałem was od początku. Od chwili, gdy zaprzysiągłem pierwszego z was. Z powodu tych kłamstw zeszłej jesieni zginęła kobieta, Vee’ra, żona kowala, którą szanowałem jak siostrę. – Kailean poczuła na sobie wzrok Laskolnyka. – Wszyscy o tym słyszeliście. To nie bandyci ich napadli, lecz imperialne Ogary. A raczej najemnicy wysłani przez Psiarnię. Wiem tylko, że coś się wydarzyło na Południu. Drugi Ogar Imperium zginął w szczurzym zamku i wybuchła wojna między wywiadem zewnętrznym a wewnętrznym, a Ogary dowiedziały się skądś o mojej umowie ze Szczurami. Już leje się krew, już trupy spływają rzekami, ludzie wychodzą z domów i ślad po nich ginie, a to dopiero początek. Jeśli czaardan Laskolnyka będzie jeździł po Stepach, stanie się celem. Zaczną na was polować jak na wilki.
Umilkł. Kailean powiodła po wszystkich wzrokiem. Spojrzenia były różne, uważne, dzikie, aroganckie i ironiczne. Wszystkie mówiły jedno: „Niech polują, a co? Nie mamy kłów?”.
Laskolnyk też je widział.
– To nie zabawa ze stepowymi banitami, dzieci – westchnął. – Wojna wywiadów to brudna walka, na truciznę w kielichu i nóż w plecach, na fałszywe oskarżenia i czary wypełniające płuca krwią. Szczury twierdzą, że są niewinne, że to nie oni zabili tego Ogara. Nie wiem, jak było, ale to nie ma znaczenia. Jestem z nimi, bo sny, które do mnie przyszły po nocy w tamtej wiosce, są ważniejsze. I będę z Imperium, bo nie zniszczę własnymi rękami tego, czego przez pół życia broniłem. Bo jestem bękartem, a noszę imperialny błękit i mówię do cesarza po imieniu. Rozumiecie?
Pokiwali głowami.
– Verdanno chcą odzyskać swoją wyżynę. Wiecie o tym. Plotki są szybsze niż wiatr. A ja przyrzekłem, że im pomogę. I to tak, by Imperium na tym zyskało.
– Jak, kha-dar? – wyrwało jej się.
– Dwa miesiące temu poprosiłem, żeby znaleziono drogę przez Olekady. Słyszałem kiedyś plotki o jakichś uciekinierach z wyżyny, Verdanno, którzy przebyli te góry. I Górska Straż, której teraz tam pełno, znalazła taką drogę. Wyślemy więc Wozaków na północ, wzdłuż zachodniego krańca Olekadów. Oficjalnie na cesarski rozkaz, żeby usunąć ich znad granicy Stepów i nie prowokować Se-kohlandczyków. A potem oni podniosą bunt i przejdą przez góry prosto na wyżynę. Nasze nieliczne siły nie zdołają ich powstrzymać. Być może Verdanno pojadą prosto na śmierć, ale będą mieli większe szanse, niż gdyby próbowali przebić się przez pół Stepów. I nie, nie wyślę ich tam z zawiązanymi oczami. Starszyzna obozów zna ryzyko i je akceptuje. Wie, że jeśli opuszczą Imperium, będą skazani na własne siły. Ale jeśli nie poślemy ich przez góry, będziemy musieli wiosną szturmować ich obozy. Nie chcę wojny domowej na granicy.
Zamilkł, jakby właśnie wyczerpał wszystkie siły. Kailean dawno nie słyszała, żeby naraz tyle mówił.
– Wybrałem was – podjął cicho – nie tylko tych, którzy potrafią robić rzeczy zakazane przez Kodeks, ale i resztę, każdego z osobna, bo każdy ma w sobie coś specjalnego. Niiar walczy toporem jak demon, Landeh strzela nawet lepiej niż Kailean, Veria tropi jak nikt. Ale nie o to chodzi, a raczej nie tylko o to. Każdemu z was bez wahania powierzyłbym własne życie. Przez ostatnie miesiące staliście się najlepszym oddziałem, jakim dowodziłem. Jesteście prawdziwym czaardanem, nie z nazwy, ale z ducha. Wiecie, o czym mówię? Nosicie tarcze, żeby osłaniać towarzyszy, tak mówią na Stepach i nie ma lepszego określenia na to, kim się staliście. Więc nie wystawię was na kły Ogarów. Jutro ogłoszę oficjalnie, że rozwiązałem czaardan. Plotka pryśnie w świat jak pestka wiśni i zobaczymy, co z niej dalej wyrośnie.
Uśmiechnął się.
Zapanowała cisza, jakby nikt nie wiedział, co ma teraz robić. Tak po prostu? Weszli tu jako czaardan, a wyjdą jako garść szabel do wynajęcia? To...
– Wsadź se łeb w końską dupę, generale – głos był tak stłumiony, że z początku go nie poznała. Faylen wysunął się na środek kręgu, świeca, którą trzymał, drżała tak, że wydawało się, iż zaraz zgaśnie. Mimo to kontynuował – czaardan to czaardan. Ród. Jedyny, jaki możesz wybrać, i jedyny, jaki może wybrać ciebie. – Nabrał powietrza w płuca. – Ja, Faylen-ena-Klower, przysięgam na płomień w mym ręku, że uznaję Genna Laskolnyka za mojego kha-dara, bez względu na wszystko, co niesie dla niego i dla mnie los. I każdy, kto nazwie go kha-darem, będzie moim bratem.
– Albo siostrą – wtrąciła Daghena, z szalonym, radosnym uśmiechem na twarzy. – To przysięga przyjęcia do rodu z mojego plemienia, wypowiedz ją jak należy, głupku.
– Albo siostrą. – Faylen skinął głową. – Mój namiot będzie jego namiotem, mój koń jego koniem, moja tarcza jego tarczą. Ani krew, ani ogień, ani woda, ani ziemia, ani żelazo nie staną między nami. To usłyszał płomień i niech zostanie w nim zapisane.
Zdmuchnął swoją świecę.
– Faylen?
– Słucham, kha-dar?
– Nie możesz...
– Ja, Daghena Oanyter z rodu Weghein z plemienia Hearysów, przysięgam na płomień w mym ręku...
Kailean słuchała słów przysięgi, tego dziwacznego, powstałego pod wpływem chwili zwyczaju, będącego mieszaniną meekhańskiej przysięgi na płomień i hearyskiej przysięgi przyjęcia do rodu, i czuła, jak coś w niej łopocze i wyrywa się na zewnątrz.
Potrzebujemy tego, pomyślała, dzieci różnych plemion, wychowane w różnych zwyczajach, nauczone różnych prawd o świecie. Potrzebujemy wspólnych rytuałów, wspólnych obrzędów, bo inaczej nigdy nie potrafilibyśmy żyć razem. Nasze narody toczyły kiedyś wojny, składały i łamały przysięgi, walczyły wspólnie lub przeciw sobie. A my stoimy tutaj razem, połączeni zwyczajem przyniesionym z Zachodu przez Imperium i ze Wschodu przez koczownicze plemię, i na nowo wykuwamy swoją tożsamość. Kha-dar, czaardan, amreh, otwarcie. Każde słowo pochodzi z innego języka, ale wszystkich używamy, jakby były naszymi rodzimymi. I wiążemy się nowymi obyczajami, splatając stare. Nie jesteśmy już Meekhańczykami, Hearysami, półkrwi Verdanno czy jeszcze innymi mieszańcami, tylko czaardanem Laskolnyka. Nawet jeśli on tego nie chce.