Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
– To ci prorok! – rozbawiła się Herodiada. – Może ty też należysz do naszych? Jak to on odpowiedział?
Nie, odrzekł, nie należę. Żal mi was. Droga mężczyzny, który kocha mężczyzn, żałosna jest i wiedzie ku rozpaczy, bo bezpłodna jest.
Ubrał to w jakieś inne słowa, mniej składne, ale sens był właśnie taki. Zaskoczona Herodiada zadrżała. Próbowała jeszcze żartować:
– Bezpłodna dlatego, że nie możemy mieć dzieci?
On zaś poważnie: Tak, dlatego też. Ale nie tylko. Mężczyzna to ciemna strona duszy, kobieta zaś jasna. Wiesz, skąd bierze się nowa dusza? Stąd, że z Boskiego ognia krzesze się maleńka iskierka. A krzesze się, kiedy połówki duszy, jasna i ciemna, stykają się ze sobą, próbując ustalić, czy stanowią całość, czy nie. Wy zaś, biedacy, nigdy swej połówki nie odnajdziecie, bo ciemne z ciemnym nie łączy się. Zagubi się twoja półdusza, zaniknie. Trudny taki los – wieczna samotność. Ile byście stykali się ze sobą, iskra się nie pojawi. Oto w czym nieszczęście: nie w grzechu ciała, tylko w grzeszności duszy.
Herodiada zapomniała już, że zamierzała pośmiać się z samozwańca. Bo w istocie jaka to różnica, kim on jest naprawdę? Włóczęga mówił o tym, co sama czuła, nie wiedziała tylko, jak to ująć.
Zaczęła oponować.
To jasne, że nie chodzi tu wcale o sprawy cielesne. Kiedy odpadły zakazy i nie trzeba już było ukrywać się przed społeczeństwem, okazało się, że namiętne zbliżenia z ukochanym wcale nie są jej tak bardzo potrzebne. Ważniejsza okazała się czułość i poczucie bezpieczeństwa, jakich nigdy nie zaznasz z kobietą, bo kobiety są inne. Tutaj zaś nie trzeba udawać, rozumieją cię w pół słowa, a nawet bez słów – oto co jest istotne. Jesteśmy razem, jesteśmy tacy sami. Żadnej walki przeciwieństw, żadnego rozdarcia. Błogość i spokój.
Klarowała to wszystko obcemu człowiekowi, przejęta i rozgorączkowana – do tego stopnia poruszyły ją jego pouczenia.
Wysłuchał do końca, a potem ze smutkiem pokiwał głową i powiada: A iskry i tak nie będzie. Nie ma iskry, to nie ma też Boga.
Wczoraj Herodiada nie zgadzała się z nim, trwała przy swoim, a dzisiaj, kiedy fałszywego Manujły już nie było, rzucone przez niego słowa – „wieczna samotność", „grzeszność duszy" – wypłynęły nagle z pamięci i wyparły muzykę.
Lowuszka jakoś coraz więcej czasu spędza z Salomeą.
Nie, to nie zazdrość, ale to, o czym mówił wędrowiec: lęk przed samotnością. Antinous też prawie w domu nie bywa – znalazł nowe zajęcia, nowych przyjaciół. Możliwe, że są nie tylko przyjaciółmi...
A przecież minął zaledwie miesiąc, odkąd przyjechali do owego męskiego raju. Powiadają, że w Sodomie rodziny długo się nie trzymają. To co pozostaje?
Nie tak mało, dodała sobie otuchy Herodiada. Pozostają tańce i ogrody.
No właśnie, ogrody.
Nadszedł czas, by zajrzeć do peonii i nieszpułki. No i zobaczyć, co z różami – czy przypadkiem Dżemal nie przesadził z podlewaniem.
Herodiada odegnała od siebie niewesołe myśli. Włożyła lekki chiton, obwiązała włosy błękitną wstążką.
Słońce przypiekało jeszcze porządnie, ale od Gór Awarimskich wiał już wiaterek, który obiecywał wieczorny chłód.
Przeszła cienistą uliczką do Bramy Zachodniej, witając się przyjaźnie z napotkanymi – z niektórymi nawet się całując.
Wszystkie myśli krążyły teraz wokół ogrodu.
Przed wieczorem trzeba będzie spulchnić klomby, żeby rozsada mogła pooddychać. Jutro powinni dostarczyć z Hajfy dżdżownice. Wtedy będzie można na serio zabrać się za brzoskwiniową aleję. Po roku, dwóch w Sodomie będą takie ogrody, jakich ta nieszczęsna kraina nie widziała nawet za czasów Lota.
Oto czemu należało poświęcić życie! Nie uczyć gimnazjalistów łaciny, tylko zajmować się ogrodami i kwietnikami. Rosja to dla roślin raj. I wody tam pod dostatkiem, i ziemia żyzna, nie to co tutaj.
Nawiasem mówiąc, takiego czarnoziemu, jaki dostarczają tu furgonami, nie znajdzie się nawet w Rosji. Jakiś szczególnie tłusty, kosztuje bardzo dużo. Chwała Bogu, panu Cyrusowi pieniędzy nie brakuje.
Za murami miasta Herodiada przyspieszyła kroku. Zapomniawszy o upale, obeszła drzewa, krzewy, klomby. Napomniała starszego ogrodnika – tak jak myślała, podlewał krzewy róż równomiernie, gdy tymczasem od strony wschodniej, gdzie nocami wieje bryza, należałoby oszczędniej. Dżemal słuchał uważnie – wiedział, że stary Lut ma od Allaha szczególny dar rozumienia życia roślin, odnosił się zatem do owego talentu z szacunkiem.
Na uniwersytecie, oprócz innych zbędnych mądrości, Herodiada uczyła się także hebrajskiego i dlatego arabski przychodził jej zdumiewająco łatwo. Już po dwóch tygodniach wspólnej pracy porozumiewała się z Dżemalem doskonale.
– Co to ma być? – Herodiada popatrzyła niezadowolona na wóz z czarnoziemem. – Gdzie woźnica? Dlaczego nie rozładował?
– Tam kobieta – powiedział Dżemal, wskazując na ostatni różany krzew. – Jak się dostała, nie wiadomo. Sadyk poszedł powiedzieć strażnikowi.
Ukłonił się i wrócił do podlewania klombów. Herodiada rozejrzała się. Istotnie, za krzakiem ktoś się ukrywał.
Podeszła bliżej – bez wątpienia kobieta. Z daleka widać, że nie jest to przebieraniec. Nie tyle nawet po samej figurze, ile po sposobie trzymania głowy, po lekko odchylonej od ciała ręce. Tego żadną miarą nie da się podrobić.
Trzeba jej powiedzieć, żeby wyniosła się stąd jak najszybciej. Szef ochrony to były brytyjski pułkownik – z nim nie ma żartów. Przekaże podejrzaną tureckiej straży, ponadto zaś ukarze Said-beja grzywną za niedbalstwo, a ten wywrze całą złość na głupiej ciekawskiej – Azjaci dżentelmenerii nie uznają.
Jakow Michajłowicz podsłuchuje
Kto by pomyślał, że z tą furą tak się trafi! Udało się – w odpowiednim czasie znalazł się w odpowiednim miejscu.
A z początku przeklinał siebie, że przedobrzył, kiedy, by tak rzec, legł za życia w ziemi. Gdy wlekli się szosą, pomstował na cały świat. Gorąco, robaki pchają się pod ubranie. Jeden, ścierwo, wlazł nawet do nosa – Jakow Michajłowicz cudem powstrzymał kichanie.
Oddychał przez trzcinkę, wysuniętą na zewnątrz. Potem wymyślił też sposób, żeby coś widzieć. Miał ze sobą gliniany dzbanek z długą szyjką – na wodę. Zawartość stopniowo wychłeptał (przy okazji najadł się ziemi rodzicielki), ale dla pustego naczynia znalazł pożyteczne zastosowanie. Szyjkę odłamal u podstawy i pozostała mu rurka, którą przepchnął przez czarnoziem. Dzbanek miał ziemistą barwę, zatem szyjki nawet z bliska nie można było dostrzec. Prawdę powiedziawszy, owa mała rurka niespecjalnie odsłaniała jakieś widoki, ale zawsze to lepsze niż być całkowicie ślepym. Obrócisz ją tu i tam i patrzysz jak przez lunetę. Albo jak przez optyczną sztycę na łodzi podwodnej – nazywa się to peryskop.
Że osiągnął cel, stało się pewne, kiedy fura zatrzymała się, przybywszy do miejsca przeznaczenia. Okazało się, że Ruda, której Jakow Michajłowicz całą drogę wyglądał przez swój peryskop, przebiera nogami tuż obok. Zsiadła ze swojej taratajki i stanęła za krzakiem róż, a od tego krzaka do punktu obserwacyjnego Jakowa Michajłowicza było już na wyciągnięcie ręki.
Mniszka zaczęła wzdychać i rozważać głośno, jak teraz dostać się do miasta. Jej Arab (zwie się Salach) nie okazał żadnego współczucia.