Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Kan-Owar dotarł wreszcie do drzwi pałacu i odprawił rytuał z obmywaniem rąk i twarzy, z piciem rozrzedzonego, chłodnego wina. Wszystko pod okiem pół tuzina sług kręcących się po korytarzu, których luźne tuniki ledwo maskowały pikowane pancerze oraz noże i sztylety w ukrytych pochwach. Reszta uzbrojenia – tarcze, miecze i topory – wisiała na ścianach, pod ręką.
To go zdziwiło. Brązowy Klucznik rzadko stawiał swoich ludzi pod broń w tak rzucający się w oczy sposób.
Drzwi do Sali Paradnej były uchylone, a dobiegający zza nich stukot młotka brzmiał niepokojąco.
— Pan Luwo kończy właśnie swój koncept. — Sługa prowadzący szpiega miał twarz zakrytą maską chłodnej obojętności, choć jego oczy mówiły wszystko, co myślał o „konceptach” Pierwszego Szczura. — Proszę uważać pod nogi.
Gentrell westchnął. Nie było go ledwo trzy dni, a Luwo-asw–Nodares zdążył już doprowadzić do białej gorączki nawet tak zdyscyplinowaną bandę, jak osobista służba cesarza. Pięknie.
Poczuł prawie coś na kształt dumy.
Ale gdy wszedł do środka, duma uleciała z niego wraz z cichym jękiem, gdy walnął obolałym kolanem w stojącą naprzeciw wejścia ławę.
Chaos panujący w Sali Paradnej dawał się porównać jedynie z pobojowiskiem bitewnym. Kawałki drewna, deski, żerdzie ze sterczącymi z nich gwoździami, wiadra z różnokolorowymi farbami i szmaty leżały na posadzce wokół Szaleństwa, a sama płaskorzeźba wyglądała, jakby kilku pijanych malarzy przewróciło się na nią i tarzało, zostawiając kolorowe smugi. Dodatkowo umieszczono na niej dziesiątki, nie, setki drobnych figurek, wśród których szpieg ze zdumieniem rozpoznał gliniane i ołowiane posążki żołnierzy, koni, zwierząt, zabawkowe wozy, domy, mosty…
Najświętszy symbol cesarstwa zamieniono w pokój zabaw.
Kilku służących uzbrojonych w dziwaczne kije, przypominające małe grabki na długich trzonkach, stało wokół z minami sugerującymi, że niczego w życiu bardziej nie pragną, niż znaleźć się bardzo daleko stąd.
Nie dziwił im się.
Cesarz go zabije, ta myśl pierwsza pojawiła się w głowie Gentrella, gdy tylko ból w kolanie przycichł. A potem każe rozwiązać Norę. Jak on śmiał…
— No, jesteś wreszcie — głos Kregana-ber-Arlensa dobiegł gdzieś z góry. — Już myślałem, że trzeba będzie posłać po ciebie lektykę.
Trzeci Szczur uniósł głowę. Pod sufitem, a komnata miała ze dwadzieścia stóp wysokości, biegł podest, szeroki na kilka jardów, z balustradą i miejscem na mały stolik. Z góry spoglądali na niego cesarz, Suka i wyglądający niczym kocur opity po same wąsy śmietaną Luwo-asw-Nodares.
Gentrell zmrużył oczy, krzywiąc się. Prowadząca na podest drabina obiecywała jego kolanu kolejną porcję męki, ale cesarz przyglądał mu się z miną sugerującą, że czeka tylko na jakąś uwagę. W powietrzu wisiała solidna porcja kąśliwości.
Wszedł na górę. Czternaście pchnięć bólu, które przeszyły jego kolano, gdy wspinał się po szczeblach, uperliło mu twarz potem. Na szczęście mógł go zwalić na gorąco, które czekało pod sufitem.
— Uff. Duszno tu, Wasza Wysokość.
— Przyzwyczaisz się. Jak ja. Czekam na raport o ruchach Verdanno i Sahrendey. To pozwoli nam uzupełnić mapę. — Palec imperatora wskazał w dół. — Mów.
Cholera, po to wyciągnięto go z kąpieli? Gentrell zerknął na Szaleństwo Embrela. Z tej wysokości kolorowe smugi i paćki wyglądały inaczej. Mniej chaotycznie. Płaskorzeźbę zamieniono w olbrzymią, strategiczną mapę, na której fioletową farbą odwzorowano, i to bardzo wiernie, granice prowincji, niebieską rzeki i jeziora, a czerwoną – ważniejsze miasta. Figurki żołnierzy i koni rozmieszczono w – tego również był pewien – miejscach najważniejszych garnizonów. Północną część Wielkich Stepów oddzielał od reszty rząd wozów zabawek, zaczynający się u podstawy Olekadów i biegnący wzdłuż Amerthy aż do Wyżyny Lambijskiej, którą zaznaczono w północno-wschodniej części Szaleństwa.
— No?
— Przepraszam, Wasza Wysokość. Chodzi o ziemie zajmowane przez Sahrendey?
— Tak. Miałeś to ustalić.
— Przykro mi, panie, ale nie da się ustalić dokładnych granic na Stepach. Tam podaje się odległości w dniach drogi, a to dość swobodna miara.
— Nie proszę cię o dokładność naszych kartografów, wystarczy mi taka na szerokość konia.
Jeden ze służących wyjął ze stojącego na ziemi pudła ołowianego konika wysokiego na kilka cali i zaprezentował dumnie.
— Dobrze. Zacznijcie układać. Od miejsca, gdzie Lassa wpada do Amerthy, najpierw na wschód. — Na podstawie jego wskazówek na mapie rosła granica ze stojących jeden za drugim ołowianych koników. — Teraz na południowy wschód, nieco bardziej… jeszcze ze trzy konie, i znów na wschód. Do samego końca. Dobrze.
Kan-Owar odwrócił się do cesarza.
— Sahrendey zajmują mniej więcej dwa razy więcej ziem niż Verdanno, ale są mniej liczni. Łączy ich sojusz poprzez tych, których nazywają Ocalonymi Dziećmi. To delikatna sprawa, ale póki wszyscy czują się zagrożeni od południa, póty nie powinna ich poróżnić.
Suka westchnęła i zamachała wachlarzem. Cholera, kobiety mają się dobrze, jemu nie wypadało wachlować się kawałkiem malowanego jedwabiu rozpiętym na drewnianej ramce.
— Jak bardzo delikatna jest ta sprawa?
— Ocalone Dzieci, zwane też Widmowymi Wilkami, jeżdżą konno. I coraz więcej wozackiej młodzieży bierze z nich przykład. Rodzi się tam nowy kult… a raczej nowa interpretacja starego kultu, według której Laal Szarowłosa wybrała Key’lę Kalevenh, by zwolnić Verdanno z przysięgi i wskazać im nową drogę. By wsadzić ich na końskie grzbiety po prostu. To powinno ucieszyć naszych kapłanów Laal, bo jak do tej pory drażniły ich te wozackie dziwactwa…