Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 79 80 81 82 83 84 85 86 87 ... 210
Перейти на страницу:

Kan-Owar do­tarł wresz­cie do drzwi pa­ła­cu i od­pra­wił ry­tu­ał z ob­my­wa­niem rąk i twa­rzy, z pi­ciem roz­rze­dzo­ne­go, chłod­ne­go wina. Wszyst­ko pod okiem pół tu­zi­na sług krę­cą­cych się po ko­ry­ta­rzu, któ­rych luź­ne tu­ni­ki le­d­wo ma­sko­wa­ły pi­ko­wa­ne pan­ce­rze oraz noże i szty­le­ty w ukry­tych po­chwach. Resz­ta uzbro­je­nia – tar­cze, mie­cze i to­po­ry – wi­sia­ła na ścia­nach, pod ręką.

To go zdzi­wi­ło. Brą­zo­wy Klucz­nik rzad­ko sta­wiał swo­ich lu­dzi pod broń w tak rzu­ca­ją­cy się w oczy spo­sób.

Drzwi do Sali Pa­rad­nej były uchy­lo­ne, a do­bie­ga­ją­cy zza nich stu­kot młot­ka brzmiał nie­po­ko­ją­co.

— Pan Luwo koń­czy wła­śnie swój kon­cept. — Słu­ga pro­wa­dzą­cy szpie­ga miał twarz za­kry­tą ma­ską chłod­nej obo­jęt­no­ści, choć jego oczy mó­wi­ły wszyst­ko, co my­ślał o „kon­cep­tach” Pierw­sze­go Szczu­ra. — Pro­szę uwa­żać pod nogi.

Gen­trell wes­tchnął. Nie było go le­d­wo trzy dni, a Luwo-asw–No­da­res zdą­żył już do­pro­wa­dzić do bia­łej go­rącz­ki na­wet tak zdy­scy­pli­no­wa­ną ban­dę, jak oso­bi­sta służ­ba ce­sa­rza. Pięk­nie.

Po­czuł pra­wie coś na kształt dumy.

Ale gdy wszedł do środ­ka, duma ule­cia­ła z nie­go wraz z ci­chym ję­kiem, gdy wal­nął obo­la­łym ko­la­nem w sto­ją­cą na­prze­ciw wej­ścia ławę.

Cha­os pa­nu­ją­cy w Sali Pa­rad­nej da­wał się po­rów­nać je­dy­nie z po­bo­jo­wi­skiem bi­tew­nym. Ka­wał­ki drew­na, de­ski, żer­dzie ze ster­czą­cy­mi z nich gwoź­dzia­mi, wia­dra z róż­no­ko­lo­ro­wy­mi far­ba­mi i szma­ty le­ża­ły na po­sadz­ce wo­kół Sza­leń­stwa, a sama pła­sko­rzeź­ba wy­glą­da­ła, jak­by kil­ku pi­ja­nych ma­la­rzy prze­wró­ci­ło się na nią i ta­rza­ło, zo­sta­wia­jąc ko­lo­ro­we smu­gi. Do­dat­ko­wo umiesz­czo­no na niej dzie­siąt­ki, nie, set­ki drob­nych fi­gu­rek, wśród któ­rych szpieg ze zdu­mie­niem roz­po­znał gli­nia­ne i oło­wia­ne po­sąż­ki żoł­nie­rzy, koni, zwie­rząt, za­baw­ko­we wozy, domy, mo­sty…

Naj­święt­szy sym­bol ce­sar­stwa za­mie­nio­no w po­kój za­baw.

Kil­ku słu­żą­cych uzbro­jo­nych w dzi­wacz­ne kije, przy­po­mi­na­ją­ce małe grab­ki na dłu­gich trzon­kach, sta­ło wo­kół z mi­na­mi su­ge­ru­ją­cy­mi, że ni­cze­go w ży­ciu bar­dziej nie pra­gną, niż zna­leźć się bar­dzo da­le­ko stąd.

Nie dzi­wił im się.

Ce­sarz go za­bi­je, ta myśl pierw­sza po­ja­wi­ła się w gło­wie Gen­trel­la, gdy tyl­ko ból w ko­la­nie przy­cichł. A po­tem każe roz­wią­zać Norę. Jak on śmiał…

— No, je­steś wresz­cie — głos Kre­ga­na-ber-Ar­len­sa do­biegł gdzieś z góry. — Już my­śla­łem, że trze­ba bę­dzie po­słać po cie­bie lek­ty­kę.

Trze­ci Szczur uniósł gło­wę. Pod su­fi­tem, a kom­na­ta mia­ła ze dwa­dzie­ścia stóp wy­so­ko­ści, biegł po­dest, sze­ro­ki na kil­ka jar­dów, z ba­lu­stra­dą i miej­scem na mały sto­lik. Z góry spo­glą­da­li na nie­go ce­sarz, Suka i wy­glą­da­ją­cy ni­czym ko­cur opi­ty po same wąsy śmie­ta­ną Luwo-asw-No­da­res.

Gen­trell zmru­żył oczy, krzy­wiąc się. Pro­wa­dzą­ca na po­dest dra­bi­na obie­cy­wa­ła jego ko­la­nu ko­lej­ną por­cję męki, ale ce­sarz przy­glą­dał mu się z miną su­ge­ru­ją­cą, że cze­ka tyl­ko na ja­kąś uwa­gę. W po­wie­trzu wi­sia­ła so­lid­na por­cja ką­śli­wo­ści.

Wszedł na górę. Czter­na­ście pchnięć bólu, któ­re prze­szy­ły jego ko­la­no, gdy wspi­nał się po szcze­blach, uper­li­ło mu twarz po­tem. Na szczę­ście mógł go zwa­lić na go­rą­co, któ­re cze­ka­ło pod su­fi­tem.

— Uff. Dusz­no tu, Wa­sza Wy­so­kość.

— Przy­zwy­cza­isz się. Jak ja. Cze­kam na ra­port o ru­chach Ver­dan­no i Sah­ren­dey. To po­zwo­li nam uzu­peł­nić mapę. — Pa­lec im­pe­ra­to­ra wska­zał w dół. — Mów.

Cho­le­ra, po to wy­cią­gnię­to go z ką­pie­li? Gen­trell zer­k­nął na Sza­leń­stwo Em­bre­la. Z tej wy­so­ko­ści ko­lo­ro­we smu­gi i pać­ki wy­glą­da­ły ina­czej. Mniej cha­otycz­nie. Pła­sko­rzeź­bę za­mie­nio­no w ol­brzy­mią, stra­te­gicz­ną mapę, na któ­rej fio­le­to­wą far­bą od­wzo­ro­wa­no, i to bar­dzo wier­nie, gra­ni­ce pro­win­cji, nie­bie­ską rze­ki i je­zio­ra, a czer­wo­ną – waż­niej­sze mia­sta. Fi­gur­ki żoł­nie­rzy i koni roz­miesz­czo­no w – tego rów­nież był pe­wien – miej­scach naj­waż­niej­szych gar­ni­zo­nów. Pół­noc­ną część Wiel­kich Ste­pów od­dzie­lał od resz­ty rząd wo­zów za­ba­wek, za­czy­na­ją­cy się u pod­sta­wy Ole­ka­dów i bie­gną­cy wzdłuż Amer­thy aż do Wy­ży­ny Lam­bij­skiej, któ­rą za­zna­czo­no w pół­noc­no-wschod­niej czę­ści Sza­leń­stwa.

— No?

— Prze­pra­szam, Wa­sza Wy­so­kość. Cho­dzi o zie­mie zaj­mo­wa­ne przez Sah­ren­dey?

— Tak. Mia­łeś to usta­lić.

— Przy­kro mi, pa­nie, ale nie da się usta­lić do­kład­nych gra­nic na Ste­pach. Tam po­da­je się od­le­gło­ści w dniach dro­gi, a to dość swo­bod­na mia­ra.

— Nie pro­szę cię o do­kład­ność na­szych kar­to­gra­fów, wy­star­czy mi taka na sze­ro­kość ko­nia.

Je­den ze słu­żą­cych wy­jął ze sto­ją­ce­go na zie­mi pu­dła oło­wia­ne­go ko­ni­ka wy­so­kie­go na kil­ka cali i za­pre­zen­to­wał dum­nie.

— Do­brze. Za­cznij­cie ukła­dać. Od miej­sca, gdzie Las­sa wpa­da do Amer­thy, naj­pierw na wschód. — Na pod­sta­wie jego wska­zó­wek na ma­pie ro­sła gra­ni­ca ze sto­ją­cych je­den za dru­gim oło­wia­nych ko­ni­ków. — Te­raz na po­łu­dnio­wy wschód, nie­co bar­dziej… jesz­cze ze trzy ko­nie, i znów na wschód. Do sa­me­go koń­ca. Do­brze.

Kan-Owar od­wró­cił się do ce­sa­rza.

— Sah­ren­dey zaj­mu­ją mniej wię­cej dwa razy wię­cej ziem niż Ver­dan­no, ale są mniej licz­ni. Łą­czy ich so­jusz po­przez tych, któ­rych na­zy­wa­ją Oca­lo­ny­mi Dzieć­mi. To de­li­kat­na spra­wa, ale póki wszy­scy czu­ją się za­gro­że­ni od po­łu­dnia, póty nie po­win­na ich po­róż­nić.

Suka wes­tchnę­ła i za­ma­cha­ła wa­chla­rzem. Cho­le­ra, ko­bie­ty mają się do­brze, jemu nie wy­pa­da­ło wa­chlo­wać się ka­wał­kiem ma­lo­wa­ne­go je­dwa­biu roz­pię­tym na drew­nia­nej ram­ce.

— Jak bar­dzo de­li­kat­na jest ta spra­wa?

— Oca­lo­ne Dzie­ci, zwa­ne też Wid­mo­wy­mi Wil­ka­mi, jeż­dżą kon­no. I co­raz wię­cej wo­zac­kiej mło­dzie­ży bie­rze z nich przy­kład. Ro­dzi się tam nowy kult… a ra­czej nowa in­ter­pre­ta­cja sta­re­go kul­tu, we­dług któ­rej Laal Sza­ro­wło­sa wy­bra­ła Key’lę Ka­le­venh, by zwol­nić Ver­dan­no z przy­się­gi i wska­zać im nową dro­gę. By wsa­dzić ich na koń­skie grzbie­ty po pro­stu. To po­win­no ucie­szyć na­szych ka­pła­nów Laal, bo jak do tej pory draż­ni­ły ich te wo­zac­kie dzi­wac­twa…

1 ... 79 80 81 82 83 84 85 86 87 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)