Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Kochałem panią Bonacieux sercem, Milady zaś zajmuje tylko mój umysł — rzekł — idąc do niej chcę przede wszystkim dowiedzieć się, jaką rolę odgrywa na dworze.
— Do kaduka! Nietrudno to odgadnąć po tym, co mi powiedziałeś. To agent kardynała: ta kobieta wciągnie cię w zasadzkę, nie ujdziesz z życiem.
— Do diabła, mój drogi Atosie, zdaje mi się, że widzisz wszystko w zbyt czarnych kolorach.
— Mój drogi, mam się na baczności przed kobietami; cóż chcesz, zdobyłem już doświadczenie, zwłaszcza z blondynkami. Milady jest blondynką, jak powiedziałeś?
— Ma najpiękniejsze jasne włosy, jakie zdarzyło mi się widzieć.
— Ach, mój biedny d’Artagnanie — rzekł Atos.
— Posłuchaj, pragnę rzecz wyświetlić; potem, kiedy będę wiedział, co chcę wiedzieć, odejdę.
— Wyświetlaj — rzekł flegmatycznie Atos.
Lord Winter przybył o umówionej godzinie, ale Atos, uprzedzony w porę, wyszedł do drugiego pokoju. Zastał więc d’Artagnana samego, a ponieważ dochodziła ósma, zabrał młodzieńca ze sobą.
Piękna karoca zaprzężona w dwa rącze konie czekała na dole; w mgnieniu oka byli na placu Royale.
Lady Clarick przyjęła d’Artagnana z powagą. Jej pałac odznaczał się wielkim przepychem i choć na skutek wojny większość Anglików musiała opuścić Francję lub zbierała się teraz do odjazdu, Milady poczyniła nowe wydatki na urządzenie, co dowodziło, że ograniczenia dotyczące Anglików jej nie obejmowały.
— Widzisz przed sobą — rzekł lord Winter przedstawiając d’Artagnana siostrze — młodego szlachcica, który miał moje życie w swych rękach i nie skorzystał z tej przewagi, choć po dwakroć miał powód, by to uczynić; obraziłem go i jestem Anglikiem. Podziękuj mu zatem, jeśli masz trochę przyjaźni dla mnie.
Milady zmarszczyła lekko brwi. Ledwie dostrzegalna chmura przemknęła przez jej czoło i uśmiech tak osobliwy pojawił się na ustach, że młodzieńca przebiegł dreszcz.
Brat nic nie zauważył; odwrócił się, by pobawić się z ulubioną małpką Milady, która pociągnęła go za kaftan.
— Witam cię, panie — powiedziała Milady głosem, którego szczególna słodycz kontrastowała z oznakami złego humoru dostrzeżonymi przez d’Artagnana — zdobyłeś dziś prawa do mojej wiecznej wdzięczności.
Anglik opowiedział teraz przebieg walki nie omijając żadnego szczegółu. Milady słuchała z największą uwagą, jednak widać było wyraźnie, choć starała się ukryć swe wrażenia, że opowieść nie jest jej miła. Krew uderzała jej do głowy, a mała nóżka poruszała się niecierpliwie pod suknią.
Lord Winter i tym razem nic nie dostrzegł. Gdy skończył, zbliżył się do stołu, gdzie stała na tacy butelka wina hiszpańskiego i szklanki. Napełnił dwie szklanki i gestem zaprosił d’Artagnana.
D’Artagnan wiedział, że dla Anglika odmowa wzniesienia toastu jest ciężką zniewagą. Podszedł więc do stołu i wziął szklankę. Jednakże nie tracił Milady z oka i w lustrze widział jej zmienione rysy. Teraz, kiedy sądziła, że nikt na nią nie patrzy, coś na kształt okrucieństwa ożywiło jej twarz. Gryzła chustkę pięknymi zębami.
Weszła ładniutka pokojówka, którą d’Artagnan był już zauważył. Powiedziała po angielsku kilka słów do lorda Wintera; ten natychmiast przeprosił d’Artagnana, że musi odejść, powołując się na ważność sprawy i polecając siostrze, by wytłumaczyła go przed gościem.
D’Artagnan uścisnął dłoń lorda Wintera i wrócił do Milady. Jej twarz zdumiewająco szybko przybrała wdzięczny wyraz, jedynie kilka małych czerwonych plamek rozsianych po chusteczce wskazywało na to, że gryzła sobie usta do krwi.
Usta miała piękne, rzekłbyś z koralu.
Rozmowa potoczyła się wesoło, Milady odzyskała już spokój ducha. Opowiedziała, że lord Winter jest jej szwagrem, a nie bratem; wyszła za mąż za jego młodszego brata, który osierocił ją wraz z dzieckiem. Dziecko jest jedynym spadkobiercą lorda Wintera, jeśli lord się nie ożeni. D’Artagnan czuł, że za tymi słowami coś się kryje, ale co, tego jeszcze nie wiedział.
Po półgodzinnej rozmowie d’Artagnan doszedł do przekonania, że Milady jest jego rodaczką: mówiła po francusku tak czysto i wykwintnie, że jej narodowość nie ulegała żadnej wątpliwości.
D’Artagnan rozpływał się w komplementach i zapewnieniach o swym oddaniu, Milady słuchała naszego Gaskończyka z życzliwym uśmiechem. Ale trzeba było już odejść. D’Artagnan pożegnał Milady i opuścił salon czując się najszczęśliwszym z ludzi.
Na schodach spotkał ładniutka pokojówkę, która w przejściu otarła się o niego lekko i cała w rumieńcach przeprosiła go głosem tak słodkim, że młodzieniec wybaczył jej natychmiast.
D’Artagnan zjawił się nazajutrz i został przyjęty jeszcze uprzejmiej niż dnia poprzedniego. Lorda Wintera nie było i Milady tym razem sama czyniła honory domu. Okazała naszemu młodzieńcowi wiele zainteresowania, spytała go, skąd pochodzi, jakich ma przyjaciół i czy nie pomyślał kiedy o tym, by wstąpić na służbę do kardynała.
D’Artagnan, chłopiec bardzo ostrożny jak na swoje dwadzieścia lat, przypomniał sobie o podejrzeniach, jakie żywił wobec Milady. Wygłosił tedy wielką pochwałę Jego Eminencji; powiedział, że na pewno wstąpiłby do jego gwardii zamiast do gwardii królewskiej, gdyby znał na przykład pana de Cavois, a nie pana de Tréville.
Milady zmieniła temat rozmowy w najbardziej naturalny sposób i zapytała d’Artagnana tonem niedbałym, czy był kiedy w Anglii.
D’Artagnan odparł, że pan de Tréville wysłał go po zakup koni; przywiózł nawet cztery konie na próbę.
W czasie rozmowy Milady kilka razy zagryzała wargi: miała do czynienia z bardzo ostrożnym Gaskończykiem.
D’Artagnan wyszedł o tej samej godzinie co poprzedniego dnia. Na korytarzu znów spotkał ładną Ketty[*]: tak nazywała się pokojówka. Patrzyła na niego z przychylnością, co do której nie można było się mylić, ale d’Artagnan tak był zajęty jej panią, że nie zwrócił na dziewczynę żadnej uwagi.
Zjawił się u Milady nazajutrz i dnia następnego; dama przyjmowała go coraz bardziej życzliwie.
Każdego wieczora w przedpokoju, w korytarzu czy na schodach spotykał ładną pokojówkę, Ale jak już powiedzieliśmy, d’Artagnan nie zwracał uwagi na stałość biednej Ketty.
Rozdział II
OBIAD U PROKURATORA
Portos nie zapomniał o obiedzie u swojej prokuratorowej, jakkolwiek bardzo był przejęty pojedynkiem, w którym odegrał tak świetną rolę. Nazajutrz około pierwszej kazał Mousquetonowi, by po raz ostatni poprawił mu fryzurę, i krokiem człowieka, któremu sprzyjała fortuna, skierował się na ulicę aux Ours.
Serce mu biło, ale nie jak d’Artagnanowi z młodej i niecierpliwej miłości. Za zgoła inną i wielce przyziemną przyczyną krew burzyła mu się w żyłach: wreszcie przekroczy tajemniczy próg i wejdzie na nieznane schody, którymi jeden po drugim stąpały talary imć pana Coquenard.
Miał ujrzeć ową skrzynię, której obraz dwadzieścia razy widział we snach, skrzynię o kształcie podłużnym, głęboką, zamczystą, okutą, przytwierdzoną do podłogi; skrzynię, o której tak często słyszał. Ręce prokuratorowej, nieco wyschnięte co prawda, ale wciąż jeszcze niebrzydkie, miały ją ukazać zachwyconym oczom muszkietera.
Co więcej, on, człowiek bezdomny, bez majątku, bez rodziny, żołnierz przywykły do oberż, szynków, zajazdów, żarłok skazany najczęściej na przypadek, miał zasiąść do familijnego stołu, rozkoszować się domowymi wygodami, zaznać tych drobnych przyjemności, które, jak mówią starzy żołnierze, tym bardziej przypadają do smaku, im bardziej twardy wiedzie się żywot.