Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Widać, że kochasz swoją rodzinę, pani Coquenard — rzekł prokurator z uśmiechem niemal tragicznym — wspaniale raczysz swego krewniaka.
Nieszczęsna kura była chuda i pokryta skórą twardą i kostropatą, której nie zdołały przebić ostre i sterczące kości; zapewne szukano jej długo na grzędzie, gdzie chciała w spokoju dokonać długiego żywota.
“Do licha — pomyślał Portos — bardzo to smutne; szanuję starość, ale nie mam jej w wielkiej estymie, kiedy jest ugotowana lub upieczona”.
Tu rozejrzał się wokół, by sprawdzić, czy współbiesiadnicy podzielają jego mniemanie; wszelako rzecz miała się przeciwnie: zebrani przy stole płonącymi oczami pożerali cudowną kurę, przedmiot jego pogardy.
Pani Coquenard przysunęła do siebie półmisek, oderwała zręcznie dwie wielkie czarne łapy i położyła je na talerzu męża; odcięła szyję, którą wraz z głową przeznaczyła dla siebie; odjęła wreszcie skrzydła dla Portosa, po czym oddała służącej półmisek z nietkniętym niemal ptakiem. Kura znikła, zanim muszkieter miał czas zauważyć, jak ów zawód odbił się na twarzach, zależnie od charakteru i temperamentu biesiadników.
Zamiast pieczystego wjechał na stół olbrzymi półmisek fasoli przybranej kilkoma baranimi kośćmi, które na pierwszy rzut oka mogły się wydać pokryte mięsem.
Ale pisarczyki nie dały się zwieść pozorom i na ich posępnych twarzach ukazał się wyraz rezygnacji.
Pani Coquenard obdzieliła tym daniem młodych ludzi z umiarem godnym dobrej gospodyni.
Przyszła kolej na wino. Pan Coquenard napełnił z butelki szczupłych rozmiarów jedną trzecią szklanki każdego z młodzieńców, nalał sobie mniej więcej tyle samo i butelka przeszła na stronę Portosa i pani Coquenard.
Młodzieńcy dopełnili szklanki wodą, a kiedy wypili połowę, dodali sobie znów wody, wciąż powtarzając ten zabieg, tak że przy końcu posiłku popijali napój, którego rubinowy zrazu kolor ustąpił barwie dymnego topazu.
Portos jadł nieśmiało skrzydło kury i zadrżał czując, jak kolano prokuratorowej dotyka pod stołem jego kolana. Wypił także pół szklanki owego oszczędnie odmierzonego wina, w którym rozpoznał okropnego cienkusza z Montreuil, plagę wyrafinowanego podniebienia.
Coquenard ujrzał, że gość wypija wino bez kropli wody, i westchnął.
— Zjesz może nieco tej fasoli, mój kuzynie? — rzekła pani Coquenard tonem, który oznacza: wierzaj mi, nie jedz.
— Niech mnie diabli, jeśli jej skosztuję! — mruknął cicho Portos.
Za czym rzekł głośno:
— Dziękuję, kuzynko, nie jestem już głodny.
Zapadła cisza. Portos nie wiedział, jak się zachować. Prokurator powtarzał:
— Ach, pani Coquenard, muszę ci powinszować, ten obiad był prawdziwą ucztą. Boże, alem sobie podjadł!
Imć Coquenard zjadł zupę, czarne łapy kury i obgryzł jedyną kość baranią, na której było nieco mięsa.
Portos sądził, że kpią sobie z niego, podkręcił więc wąsa i zmarszczył brew; ale kolano pani Coquenard łagodnie zaleciło mu cierpliwość.
Ta cisza i przerwa w podawaniu potraw, niezrozumiałe dla Portosa, miały straszliwą wymowę dla pisarczyków: widząc spojrzenie prokuratora, któremu towarzyszył uśmiech prokuratorowej, wstali powoli od stołu, jeszcze wolniej złożyli serwety, skłonili się i ruszyli ku drzwiom.
— Nuże, młodzieńcy, odpoczniecie po obiedzie pracując — rzekł surowo prokurator.
Gdy pisarczyki wyszły, pani Coquenard wstała i wyjęła z kredensu kawałek sera, konfitury z pigwy i ciasto z migdałami i miodem własnej roboty.
Imć Coquenard zmarszczył brew, jako że zbyt wiele dań pojawiało się na stole; Portos zagryzł wargi, ponieważ zrozumiał, że nie zje obiadu.
Rozejrzał się, czy półmisek z fasolą jest jeszcze na stole, ale półmiska nie było.
— Prawdziwa uczta — zawołał pan Coquenard poruszając się na fotelu — prawdziwa uczta, epulae epularum, Lukullus na obiedzie u Lukullusa!
Portos zerknął na butelkę stojącą obok niego mając nadzieję, że zaspokoi głód winem, chlebem i serem, ale wina nie było, butelka stała pusta; pani i pan Coquenard zdawali się tego nie zauważać.
“Dobrze — rzekł do siebie Portos — teraz wiem wszystko”.
Skosztował konfitur, które nabrał małą łyżeczką, i zakleił sobie zęby lepiącym się ciastem pani Coquenard.
“Teraz — powiedział sobie — ofiara jest dopełniona. Ach, gdybym nie żywił nadziei, że wraz z panią Coquenard zajrzę do szafy jej męża!”
Imć Coquenard po rozkoszach tak świetnego obiadu, który mienił zbytkiem, odczuł potrzebę odpoczynku. Portos miał nadzieję, że prokurator zdrzemnie się natychmiast i w tym samym pokoju, ale przeklęty starowina nie chciał nawet o tym słyszeć: trzeba go było zawieźć do gabinetu, a krzyczał tak długo, aż znalazł się przy swej szafie; dla większego bezpieczeństwa umieścił nogi na jej listwie.
Prokuratorowa zaprowadziła Portosa do sąsiedniego pokoju i tu podjęto pierwsze kroki zmierzające do porozumienia.
— Możesz pan bywać u nas na obiedzie trzy razy w tygodniu — powiedziała pani Coquenard.
— Dziękuję — rzekł Portos — ale nie lubię nadużywać gościnności; zresztą muszę myśleć o ekwipunku.
— To prawda — powiedziała prokuratorowa z jękiem — ten nieszczęsny ekwipunek!
— Niestety! — rzekł Portos — w tym właśnie sęk.
— Ale z czego składa się ekwipunek w twoim regimencie, panie Portosie?
— Och, z wielu rzeczy — rzekł Portos — muszkieterowie, jak pani wie, to kwiat wojska i trzeba im wielu rzeczy, zbędnych dla gwardzistów czy Szwajcarów.
— Powiedz mi wreszcie szczegółowo.
— To może kosztować nie więcej... — powiedział Portos, który wolał omawiać rzecz ogólnie niż zagłębiać się w szczegóły.
Prokuratorowa czekała cała drżąca.
— Nie więcej niż? — rzekła — mam nadzieję, że suma nie przekroczy...
Urwała, zabrakło jej słów.
— O, nie — odparł Portos — nie przekroczy dwu tysięcy pięciuset liwrów; myślę nawet, że przy pewnych oszczędnościach dam sobie radę z dwoma tysiącami.
— Wielki Boże, dwa tysiące liwrów! — zawołała — ależ to cała fortuna!
Portos skrzywił się w sposób wielce znaczący i pani Coquenard to zrozumiała.
— Pytam o szczegóły — rzekła — ponieważ wielu naszych krewnych i klientów trudni się handlem i jestem niemal pewna, że mogłabym kupić wszystko o sto procent taniej niż pan.
— Ach, tak, więc to chciałaś pani powiedzieć — rzekł Portos.
— A tak, panie Portosie! A zatem trzeba ci konia?
— Tak, konia.
— Dobrze, ja to załatwię.
— O — zawołał Portos promieniejąc — świetnie się składa; poza tym trzeba mi jeszcze całkowitej uprzęży, którą tylko muszkieter może kupić; nie będzie to zresztą kosztowało więcej niż trzysta liwrów.
— Trzysta liwrów, dobrze, niech będzie trzysta liwrów — odparła prokuratorowa z westchnieniem.
Portos uśmiechnął się: pamiętamy, że miał siodło od Buckinghama, a więc liczył, że te trzysta liwrów schowa do kieszeni.
— Poza tym — ciągnął — chodzi jeszcze o konia dla mego służącego i kufer podróżny; o broń nie potrzebuje się pani troszczyć, mam jej pod dostatkiem.
— Konia dla służącego? — podjęła z wahaniem prokuratorowa. — Wielki pan z twego służącego, mój przyjacielu.
— Ach, pani — rzekł dumnie Portos — czy masz mnie za hołysza?
— Nie, chciałam tylko powiedzieć, że ładny muł wygląda czasem równie zacnie jak koń i że dając ci ładnego muła dla Mousquetona...