Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
Planchet obracał bilecik w ręce, ale przyzwyczajony do biernego posłuszeństwa zeskoczył z tarasu, skręcił w uliczkę i w odległości dwudziestu kroków spotkał d’Artagnana, który widział wszystko i szedł mu naprzeciw.
— Dla pana — rzekł Planchet podając bilet młodzieńcowi.
— Dla mnie? — rzekł d’Artagnan. — Czy jesteś tego pewien?
— Do licha, czy jestem pewien! Pokojówka powiedziała: “Dla twego pana”. Nie mam innego pana prócz pana, a zatem... Na honor, śliczna ta pokojówka! D’Artagnan otworzył list i przeczytał te słowa:
“Pewna osoba, która bardziej interesuje się panem niż może wyznać, chciałaby wiedzieć, kiedy mógłby się pan wybrać do lasu na przechadzkę. Jutro w oberży “Pod Złotą Tarcza” lokaj w czarno-czerwonej liberii będzie czekał na pańską odpowiedź.”
— Ho, ho — powiedział do siebie d’Artagnan — wcale nieźle. Zdaje się, że Milady i ja troszczymy się o zdrowie tej samej osoby. Planchet, jakże się czuje ten pan de Wardes? Chyba nie umarł?
— Nie, proszę pana, czuje się o tyle dobrze, o ile to możliwe, kiedy się ma cztery rany, ponieważ pan, nie wypominając, zadał cztery ciosy temu godnemu szlachcicowi; jest on jeszcze bardzo słaby, utoczył mu pan sporo krwi. Jak mówiłem, Lubin mnie nie poznał i opowiedział mi naszą przygodę z najdrobniejszymi szczegółami.
— Doskonale, Planchet, jesteś królem służących, teraz wsiadaj na konia i jedźmy za karocą.
Pościg nie trwał długo. Po pięciu minutach zauważyli karocę na zakręcie drogi; bogato ubrany kawaler stał przy drzwiczkach.
Rozmowa między Milady i kawalerem była tak ożywiona, że choć d’Artagnan zatrzymał się z drugiej strony karocy, nikt prócz ładnej pokojówki nie zauważył jego obecności.
Rozmowa toczyła się po angielsku, a więc w języku, którego d’Artagnan nie znał, ale z intonacji młody człowiek mógł odgadnąć, że piękna Angielka była mocno zagniewana; wymowę zdań zakończyła gestem nie pozostawiającym wątpliwości: uderzyła kawalera wachlarzem tak gwałtownie, że ta niewielka zabawka rozleciała się w tysiące kawałków.
Kawaler wybuchnął śmiechem, co bardzo rozdrażniło Milady.
D’Artagnan pomyślał, że nadeszła chwila, by się wtrącić. Zbliżył się do drzwiczek i zdejmując kapelusz rzekł z szacunkiem:
— Pani, czy pozwolisz, że ofiaruję ci swe usługi? Zdaje mi się, że ten kawaler cię rozgniewał. Powiedz jedno słowo, pani, a ukarzę go za ten brak grzeczności.
Milady odwróciła się przy pierwszych jego słowach, patrząc na młodzieńca ze zdumieniem; kiedy d’Artagnan skończył, powiedziała bardzo dobrą francuszczyzną.
— Panie, z radością skorzystałabym z twej opieki, gdyby ten kawaler nie był moim bratem.
— Ach, w takim razie, proszę mi wybaczyć. Rozumie pani, że nie mogłem o tym wiedzieć.
— Po kiego licha wtrąca się ten żółtodziób! — zawołał pochylając się ku drzwiczkom kawaler, którego Milady nazwała bratem. — Dlaczego nie jedzie swoją drogą?
— Sam pan jesteś żółtodziób — rzekł d’Artagnan pochylając się z kolei na koniu i odpowiadając ze swej strony drzwiczek — nie jadę, bo spodobało mi się tu zatrzymać.
Kawaler powiedział kilka słów po angielsku do siostry.
— Mówię do pana po francusku — rzekł d’Artagnan — bądź więc łaskaw odpowiadać mi w tym samym języku. Jesteś pan bratem tej damy, i owszem, ale na szczęście nie moim.
Można by przypuszczać, że Milady, bojaźliwa jak to zwykle kobiety, zechce załagodzić sprzeczkę, by sprawy nie posunęły się zbyt daleko. Ale stało się inaczej: cofnęła się w głąb karocy i krzyknęła do woźnicy zimnym głosem:
— Ruszaj do pałacu!
Ładna pokojówka rzuciła niespokojne spojrzenie na d’Artagnana, którego chwacka mina wywarła na niej, widać, wrażenie.
Karoca ruszyła pozostawiając dwóch mężczyzn naprzeciw siebie, teraz nie dzieliła ich już żadna przeszkoda.
Kawaler zrobił ruch, jakby chciał towarzyszyć karocy, ale wściekły gniew d’Artagnana jeszcze przybrał na sile, kiedy młodzieniec się przekonał, że kawaler jest Anglikiem z Amiens, tym samym, co wygrał jego konia, i mało brakowało, a wygrałby od Atosa jego diament, skoczył więc, chwycił za uzdę konia przeciwnika i zatrzymał go.
— Ach, panie — powiedział — wydaje mi się, że jeszcze większy z ciebie żółtodziób niż ze mnie, zapominasz bowiem, jak widać, że mamy ze sobą sprawę.
— Ach, to ty, mój panie! Widzę, że grywasz we wszelkie gry?
— Tak, i to mi przypomina, że powinienem się jeszcze odegrać. Zobaczymy, drogi panie, czy równie zręcznie posługujesz się rapierem, jak kubkiem do kości.
— Widzisz pan przecie, że nie mam przy sobie szpady — rzekł Anglik. — Chcesz udawać zucha wobec bezbronnego człowieka?
— Mam nadzieję, że ma pan jakąś broń w domu — odparł d’Artagnan. — W każdym razie ja mam dwie szpady i jeśli chcesz, jestem gotów panu służyć.
— Nie trzeba — rzekł Anglik — jestem dostatecznie zaopatrzony w przedmioty tego rodzaju.
— Dobrze więc, mój zacny panie szlachcicu — odpowiedział d’Artagnan — wybierz najdłuższą szpadę i pokaż mi ją dziś wieczór.
— Gdzie, jeśli łaska?
— Za Luksemburgiem, to prześliczne miejsce i odpowiednie do takich schadzek.
— Dobrze, stawię się.
— O której godzinie?
— O szóstej.
— Zapewne ma pan dwóch przyjaciół?
— Mam nawet trzech, bez wątpienia będą zachwyceni tą okazją.
— Trzech? Wybornie! Co za szczęśliwy zbieg okoliczności, mam również tylu — odparł d’Artagnan.
— A teraz powiedz mi pan, kim jesteś?
— Jestem d’Artagnan, szlachcic gaskoński, służę w gwardii, kompania pana des Essarts. A pan?
— Lord Winter, baron Sheffield[*].
— Doskonale, jestem do twych usług, panie baronie — rzekł d’Artagnan — choć masz nazwisko trudne do zapamiętania.
I spiąwszy konia ostrogami, ruszył galopem w stronę Paryża.
Jak zazwyczaj w takich wypadkach, d’Artagnan udał się prosto do Atosa.
Znalazł przyjaciela leżącego na wielkiej kanapie, gdzie czekał, aż ekwipunek sam do niego przyjdzie.
D’Artagnan opowiedział Atosowi o tym, co zaszło, zatajając jedynie list do pana de Wardes.
Atos był zachwycony, kiedy się dowiedział, że będzie się bił z Anglikiem. Mówiliśmy już, że tylko o tym marzył.
Posłano natychmiast służącego do Portosa i Aramisa, by zawiadomić ich o tym, co zaszło.
Portos wyciągnął szpadę z pochwy i zaczął się fechtować biorąc ścianę za przeciwnika i podskakując jak tancerz. Aramis, który wciąż pracował nad swym poematem, zamknął się w gabinecie Atosa prosząc, by mu na razie nie przeszkadzano.
Atos dał znak Grimaudowi, by przyniósł butelkę wina.
Natomiast d’Artagnan układał sobie plan, który zostanie wprowadzony w życie nieco później; jak widać było z uśmiechów przebiegających od czasu do czasu po jego zamyślonej twarzy, obiecywał sobie po nim niejedną miłą przygodę.
CZĘŚĆ DRUGA
Rozdział I
ANGLICY I FRANCUZI
O oznaczonej godzinie czterej przyjaciele wraz ze swymi służącymi udali się na ogrodzony plac za Luksemburgiem, gdzie pasły się kozy. Atos dał drobną monetę pastuchowi, by się oddalił, służących postawiono na straży.