Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
Wkrótce kilku mężczyzn przybyło w milczeniu na to samo miejsce; zgodnie z obyczajem zamorskim nastąpiły teraz prezentacje.
Anglicy byli ludźmi z najlepszego towarzystwa i dziwaczne nazwiska przeciwników nie tylko ich zdumiały, ale wzbudziły w nich niepokój.
— Jednakże — rzekł lord Winter, kiedy trzej przyjaciele wymienili swe nazwiska — nie wiemy nadal, kim jesteście, panowie, i nie będziemy się bili z ludźmi, którzy tak się zwą: to są imiona pasterzy.
— Bo i w samej rzeczy, milordzie, są to nazwiska fałszywe — odpowiedział Atos.
— Co budzi w nas tym większe pragnienie poznania nazwisk prawdziwych — odparł Anglik.
— Graliście jednak z nami nie znając naszych nazwisk — rzekł Atos — i nawet wygraliście od nas dwa konie.
— To prawda, ale szło nam jedynie o pieniądze, gdy tym razem idzie o życie. Grać można z każdym, ale bić się tylko z równym sobie.
— Słusznie — rzekł Atos. Odprowadził na stronę Anglika, z którym miał się bić, i powiedział mu cicho swe nazwisko.
Portos i Aramis uczynili to samo.
— Czy to panu wystarczy — rzekł Atos do swego przeciwnika — i czy uważasz mnie za dość wielkiego pana, byś zechciał skrzyżować ze mną szpadę?
— Tak, panie — powiedział Anglik z ukłonem.
— Dobrze. A teraz, czy pozwoli pan, że mu coś powiem? — rzekł chłodno Atos.
— Słucham — odparł Anglik.
— Uczyniłbyś pan lepiej nie pytając mnie o nazwisko.
— Dlaczego?
— Ponieważ mniema się, że nie żyję, ponieważ mam powody, dla których nie chcę, by wiedziano o tym, że żyję, i ponieważ będę musiał pana zabić, by moja tajemnica nie została odkryta.
Anglik spojrzał na Atosa przypuszczając, że ten żartuje, ale Atos zgoła nie żartował.
— Panowie — rzekł Atos zwracając się jednocześnie do swych towarzyszy i przeciwników — czy jesteśmy gotowi?
— Tak — odparli jednym głosem Anglicy i Francuzi.
— A zatem do dzieła — rzekł Atos.
Za chwilę osiem szpad błysnęło w promieniach zachodzącego słońca i rozpoczęła się zawzięta walka, co jest całkowicie zrozumiałe, jeśli się zważy, że potykali się ludzie będący podwójnie wrogami.
Atos walczył z tak wielkim spokojem i tak regularnie, jakby był w sali fechtunku.
Portos, którego przygoda w Chantilly uleczyła ze zbytniej pewności siebie, prowadził grę tyle przebiegłą co ostrożną.
Aramis miał skończyć trzecią pieśń swego poematu, śpieszył się więc jak człowiek mający niewiele czasu.
Atos pierwszy zabił swego przeciwnika: zadał mu tylko jeden cios, ale, jak zapowiedział, cios był śmiertelny, szpada przebiła serce.
Portos drugi z kolei rozciągnął przeciwnika na trawie: przebił mu udo.
Wówczas Anglik nie opierając się dłużej oddał mu swoją szpadę, a Portos zaniósł go do kolaski.
Aramis nacierał tak ostro, że przeciwnik cofnął się o jakie pięćdziesiąt kroków, wreszcie rzucił się do ucieczki co sił w nogach i znikł wśród szyderczych śmiechów służby.
Tymczasem d’Artagnan obrał taktykę obronną, a kiedy zobaczył, że przeciwnik jest już mocno zmęczony, tęgim ciosem flankowym wyłuskał mu szpadę z ręki. Baron widząc, że jest bezbronny, cofnął się kilka kroków wstecz; ale w tej chwili noga mu się pośliznęła i upadł na wznak.
D’Artagnan jednym skokiem znalazł się przy nim i przyłożywszy szpadę do gardła Anglika, powiedział:
— Mógłbym cię zabić, panie, jesteś bowiem zdany na moją łaskę, ale daruję ci życie ze względu na twą siostrę.
D’Artagnan był u szczytu radości; wprowadził w życie plan, który powziął i do którego, jak mówiliśmy, uśmiechał się zawczasu.
Anglik zachwycony, że ma do czynienia z tak dwornym szlachcicem, uścisnął d’Artagnana, powiedział mnóstwo uprzejmości trzem muszkieterom, a ponieważ przeciwnik Portosa znajdował się już w kolasce, przeciwnik Aramisa zmykał zaś ile sił w nogach, myślano tylko o nieboszczyku.
Kiedy Portos i Aramis rozbierali go w nadziei, że rana nie jest śmiertelna, zza pasa wypadła mu ciężka sakiewka. D’Artagnan podniósł ją i podał lordowi Winter.
— I cóż mam z tym robić, u diabła? — rzekł Anglik.
— Zwrócisz pan rodzinie — odparł d’Artagnan.
— Rodzinie nic po tej drobnostce: dziedziczy po nim piętnaście tysięcy luidorów renty. Oddaj tę sakiewkę waszym służącym.
D’Artagnan włożył sakiewkę do kieszeni.
— A teraz, mój młody przyjacielu (mam bowiem nadzieję, że pozwolisz mi tak do siebie mówić) — rzekł lord Winter — jeśli zechcesz, przedstawię cię dziś wieczór mojej siostrze, lady Clarick[*], pragnę bowiem, byś pozyskał sobie jej względy; jest dobrze widziana na dworze i może ci być użyteczna.
D’Artagnan zarumienił się z zadowolenia i skłonił się na znak zgody. Tymczasem Atos podszedł do d’Artagnana.
— Co masz zamiar zrobić z tą sakiewką? — szepnął mu do ucha.
— Oddać tobie, mój drogi Atosie.
— Mnie? A to dlaczego?
— Do kroćset, tyś go zabił; to przecież łup wojenny.
— Ja miałbym dziedziczyć po wrogu! — rzekł Atos — za kogo mnie bierzesz?
— To obyczaj wojenny — powiedział d’Artagnan. — Dlaczego nie miałby być stosowany w pojedynku?
— Nawet na polu bitwy nigdy tego nie robię — odparł Atos.
Portos wzruszył ramionami, Aramis ruchem warg przytaknął Atosowi.
— A zatem — rzekł d’Artagnan — dajmy te pieniądze służbie, jak powiedział lord Winter.
— Tak — rzekł Atos — dajmy tę sakiewkę służbie, nie naszej wszakże, lecz Anglików.
Atos wziął sakiewkę i rzucił ją woźnicy.
— To dla ciebie i twoich towarzyszy.
Ten wielkopański gest człowieka pozbawionego wszelkich zasobów zdumiał nawet Portosa. Lord Winter i jego przyjaciel nie omieszkali rozpowiedzieć wszystkim o szczodrości Francuza i czyn Atosa zdobył sobie powszechny aplauz; jedynie panowie Grimaud, Mousqueton, Planchet i Bazin mieli w tej sprawie zgoła odmienne zdanie.
Lord Winter, żegnając się z d’Artagnanem, dał mu adres swej siostry; mieszkała przy placu Royale[*] pod numerem 6, w bardzo modnej podówczas dzielnicy. Powiedział zresztą, że przyjdzie po niego: D’Artagnan umówił się z lordem na godzinę ósmą u Atosa.
Wizyta u Milady zaprzątała całkowicie umysł naszego Gaskończyka. Nie mógł zapomnieć, że ta kobieta miała jakieś osobliwe związki z jego losami; choć był przekonany, że Milady pozostaje na służbie u kardynała, czuł, iż namiętność, z której nie potrafił sobie zdać sprawy, pociąga go ku niej nieodparcie. Obawiał się tylko, by nie rozpoznała w nim człowieka z Meung i Dover. Wówczas wiedziałaby, że należy do przyjaciół pana de Tréville, a zatem do stronnictwa wiernego królowi; utraciłby od razu przynajmniej część jej faworów, graliby bowiem w otwarte karty. Jeśli idzie o zawiązek romansu między Milady a hrabią de Wardes, nasz pyszałek nie bardzo brał go w rachubę, choć hrabia był młody, piękny, bogaty i w łaskach u kardynała. To nie byle co mieć lat dwadzieścia, a zwłaszcza urodzić się w Tarbes.
D’Artagnan wystroił się więc wspaniale, po czym udał się do Atosa, żeby swym zwyczajem wszystko mu opowiedzieć. Atos wysłuchał go, pokiwał głową i z pewną goryczą zalecił mu ostrożność.
— Jak to — powiedział — straciłeś kobietę, którą uważałeś za dobrą, uroczą, szlachetną, i już gonisz za inną?
D’Artagnan odczuł słuszność zarzutu.