Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Cały majątek? — rzekł Portos.
— Cały.
— Jesteś kobietą przewidującą, droga pani Coquenard — powiedział Portos, czule ściskając jej rękę.
— A zatem pogodziliśmy się, drogi panie Portosie? — rzekła wdzięcząc się prokuratorowa.
— Na zawsze — odparł Portos z równie czułą miną.
— Do widzenia, mój zdrajco.
— Do widzenia, moja wietrznico.
— Do jutra, aniele.
— Do jutra, miłości mego życia.
Rozdział XXX
MILADY
D’Artagnan szedł za Milady nie będąc przez nią widziany. Zobaczył, jak wsiadła do karocy, i usłyszał, jak kazała jechać woźnicy do Saint-Germain.
Byłoby rzeczą bezcelową iść pieszo za karocą, unoszoną kłusem przez dwa rącze konie. D’Artagnan udał się więc na ulicę Férou.
Na ulicy Seine spotkał Plancheta, który przystanął przed sklepem cukiernika i pogrążony w zachwycie patrzył na ciastko o wielce smakowitym wyglądzie.
D’Artagnan kazał mu iść do stajni pana de Tréville i osiodłać dwa konie, pan de Tréville bowiem pozwolił d’Artagnanowi korzystać z jego stajni, kiedy zechce.
Za czym Planchet poszedł na ulicę Vieux-Colombier, a d’Artagnan na ulicę Férou. Atos był w domu, smutnie popijając owo sławne wino hiszpańskie, które przywiózł z Pikardii. Dał znak Grimaudowi, by podał szklankę d’Artagnanowi, i Grimaud usłuchał jak zwykle.
D’Artagnan opowiedział tedy Atosowi, co zaszło w kościele między Porostem a prokuratorową; zapewne teraz ich towarzysz jest na najlepszej drodze do zdobycia ekwipunku.
— Co do mnie — rzekł Atos na to — kobiety nie będą płacić za mój ekwipunek, jestem o to zupełnie spokojny.
— A jednak, mój drogi Atosie, jesteś tak piękny, dworny, tak wielki pan, że nawet księżniczki i królowe nie oparłyby się tobie.
— Jaki ten d’Artagnan jeszcze młody! — rzekł Atos wzruszając ramionami.
Po czym dał znak Grimaudowi, by przyniósł jeszcze jedną butelkę.
W tej chwili Planchet wsunął skromnie głowę przez uchylone drzwi i zameldował panu, że konie czekają.
— Jakie konie? — zapytał Atos.
— Dwa konie, które pan de Tréville pożycza mi na przejażdżkę. Wybieram się do Saint-Germain.
— Co chcesz robić w Saint-Germain? — zapytał znów Atos.
Wówczas d’Artagnan opowiedział o spotkaniu w kościele, o tym, jak rozpoznał ową damę, która, podobnie jak szlachcic w czarnym płaszczu i z blizną na skroni, wciąż go niepokoi.
— To znaczy, że jesteś w niej zakochany, jak byłeś zakochany w pani Bonacieux — rzekł Atos wzruszając pogardliwie ramionami, jak gdyby przejęty litością dla słabości ludzkiej.
— Ja? Skądże znowu! — zawołał d’Artagnan. — Chciałbym tylko wyjaśnić tajemnicę z nią związaną. Nie wiem dlaczego, ale wyobrażam sobie, że ta kobieta, choć nie znam jej zupełnie i ona mnie nie zna, ma wpływ na moje życie.
— W gruncie rzeczy masz rację — rzekł Atos — nie znam kobiety, której warto by szukać, skoro raz zginęła. Pani Bonacieux zginęła, tym gorzej dla niej, jeśli się znajdzie.
— Nie, Atosie, nie, mylisz się — powiedział d’Artagnan — kocham moją biedną Konstancję bardziej niż kiedykolwiek i gdybym wiedział, gdzie się znajduje, choćby to było na końcu świata, poszedłbym uwolnić ją z rąk nieprzyjaciół; ale nic nie wiem i wszystkie moje poszukiwania były bezowocne. Cóż więc chcesz, trzeba się rozerwać.
— Rozerwij się więc, mój drogi d’Artagnanie, życzą ci z całego serca zabawy z Milady.
— Posłuchaj, Atosie — rzekł d’Artagnan — zamiast siedzieć tu zamknięty jak w więzieniu, siądź na konia i jedź ze mną do Saint-Germain.
— Mój drogi — odparł Atos — dosiadam koni, jeśli je mam; w przeciwnym razie chodzę pieszo.
— Ja zaś — oświadczył d’Artagnan uśmiechając się z tej mizantropii Atosa, która u kogoś innego na pewno by go uraziła — ja zaś, mniej dumny od ciebie, wsiadam na każdego konia, który mi wpadnie pod rękę. Do widzenia tedy, mój drogi Atosie.
— Do widzenia — rzekł muszkieter dając znak Grimaudowi, by otworzył butelkę, którą właśnie przyniósł.
D’Artagnan i Planchet dosiedli koni i ruszyli do Saint-Germain.
Przez całą drogę prześladowały młodzieńca słowa Atosa o pani Bonacieux. Chociaż d’Artagnan nie miał zbyt sentymentalnego usposobienia, wdzięczna kramarka naprawdę zapadła mu w serce; jak to powiedział, gotów był pójść na koniec świata, by ją odnaleźć. Ale świat ma wiele końców, ponieważ ziemia jest kulą, nie wiedział przeto, w którą stronę się udać.
Na razie chciał się dowiedzieć, kim jest Milady. Milady rozmawiała z szlachcicem w czarnym płaszczu, a więc go znała, d’Artagnan zaś mniemał, że to on porwał panią Bonacieux po raz wtóry, jak to uczynił za pierwszym razem. D’Artagnan skłamał więc tylko w połowie, co jest niewielkim kłamstwem, kiedy powiedział, że szukając Milady szuka zarazem Konstancji.
Tak rozmyślając i od czasu do czasu bodąc konia ostrogą, d’Artagnan dojechał do Saint-Germain. Minął pawilon, gdzie w dziesięć lat później miał się urodzić Ludwik XIV, i jechał odludną ulicą rozglądając się na prawo i lewo, by trafić na ślad pięknej Angielki, kiedy na parterze ładnego domu, który zwyczajem owego czasu nie miał ani jednego okna wychodzącego na ulicę, ujrzał znajomą postać. Ów człowiek przechadzał się po tarasie ozdobionym kwiatami. Planchet rozpoznał go pierwszy.
— Panie — rzekł zwracając się do d’Artagnana — czy nie przypominasz sobie tej rozdziawionej gęby?
— Nie — odparł d’Artagnan — mimo to jestem pewien, że nie widzę jej po raz pierwszy.
— Myślę sobie — rzekł Planchet — to ten biedak Lubin, służący hrabiego de Wardes, którego pan tak pięknie urządził przed miesiącem, w Calais, na drodze wiodącej do letniego domu zarządcy.
— Tak — powiedział d’Artagnan — poznaję go teraz. Czy sądzisz, że cię pozna?
— Doprawdy, panie, był tak przestraszony, że wątpię, by mógł zachować jasność myśli.
— Dobrze więc, idź, pogadaj z nim i dowiedz się, czy jego pan żyje.
Planchet zsiadł z konia i podszedł do Lubina, który rzeczywiście go nie poznał. Dwaj służący nawiązali rozmowę najserdeczniejszą w świecie, a d’Artagnan ruszył tymczasem uliczką i okrążywszy dom, ukrył się, nasłuchując za leszczynowym szpalerem.
Po kwadransie usłyszał turkot pojazdu i ujrzał, jak naprzeciw zatrzymuje się karoca Milady. Nie ulegało wątpliwości, to była Milady. D’Artagnan położył się na szyi konia, by wszystko widzieć nie będąc widzianym.
Milady wychyliła śliczną głowę przez drzwiczki karocy i dała polecenie pokojówce.
Pokojówka, ładna dziewczyna mogąca liczyć dwadzieścia jeden lub dwadzieścia dwa lata, zwinna i fertyczna, prawdziwa pokojówka wielkiej damy, zeskoczyła ze stopnia, na którym siedziała wedle zwyczaju owych czasów, i skierowała się ku tarasowi, gdzie d’Artagnan zauważył Lubina.
D’Artagnan odprowadził ją oczami i ujrzał, jak podchodzi do tarasu. Jakiś rozkaz wezwał Lubina do środka, tak że Planchet został sam i rozglądał się na wszystkie strony za d’Artagnanem.
Pokojówka zbliżyła się do Plancheta, którego wzięła za Lubina, i podała mu bilecik.
— Dla twego pana — rzekła.
— Dla mego pana? — spytał zdumiony Planchet.
— Tak, to bardzo pilne. Proszę wziąć szybko.
Co powiedziawszy pobiegła ku karocy, która już zawróciła; wskoczyła na stopień i karoca znikła.