Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
Zasiadać co dzień do suto zastawionego stołu jak członek rodziny, spędzać chmury z żółtego i pomarszczonego czoła starego prokuratora, skubnąć niekiedy młodych pisarczyków wprowadzając ich w arkana basety, gry w trzy kostki, lancknechta, i w nagrodę za udzieloną lekcję w godzinę pozbawić ich oszczędności miesięcznych — wszystko to niezmiernie uśmiechało się Portosowi.
Muszkieter pamiętał dobrze, zasłyszane tu i owdzie, niezbyt zresztą pochlebne opinie o prokuratorach, które przetrwały po dzień dzisiejszy: powiadano, że są skąpi, że jadają odgrzewane potrawy i przestrzegają dni postu; ponieważ jednak mógł stwierdzić, że prócz przystępów oszczędności, które uważał zawsze za niewczesne, prokuratorowa jest osobą dość szczodrą (jak na prokuratorową, oczywiście), miał nadzieję, że wejdzie do domu postawionego na godnej stopie.
Ale już przy drzwiach muszkieter zaznał niejakich wątpliwości. Wejście nie było zachęcające: cuchnący i ciemny korytarz, źle oświetlone schody, gdzie światło przenikało z sąsiedniego podwórza, na pierwszym piętrze drzwi niskie i nabijane olbrzymimi gwoździami niczym główna brama do Grand-Châtelet[8][*].
Portos lekko zapukał. Wysoki i blady pisarczyk z wiechą włosów, które nie zaznały grzebienia, otworzył i powitał muszkietera z miną człowieka, który musi uszanować w drugim postawę zdradzającą siłę, mundur wojskowy i rumianą twarz świadczącą o przyzwyczajeniu do dobrego życia.
Za pierwszym pisarczykiem stał drugi, mniejszy, za nim trzeci, większy, i całkiem z tyłu dwunastoletni wyrostek.
Słowem, trzech i pół pisarczyka, co w owych czasach wskazywało, że kancelaria cieszy się dużą wziętością.
Chociaż muszkieter miał przybyć o pierwszej, prokuratorowa wyglądała go od dwunastej, licząc, że serce, a może i żołądek kochanka każą mu się pośpieszyć.
Pani Coquenard ukazała się tedy w drzwiach prowadzących do mieszkania w tej samej chwili, kiedy gość wchodził drzwiami wiodącymi ze schodów; pojawienie się godnej damy wybawiło go z wielkiego kłopotu. Pisarczyki patrzyły nań ciekawym okiem, a on, nie wiedząc, co powiedzieć tej rosnącej i malejącej gamie, stał w milczeniu.
— To mój krewniak! — zawołała prokuratorowa. — Wejdźże, wejdź, panie Portosie.
Nazwisko wywarło odpowiedni efekt na pisarczykach, którzy zaczęli się śmiać; ale Portos spojrzał na nich i znów zapanowała powaga.
Do gabinetu prokuratora wchodziło się przez przedpokój, gdzie znajdowały się właśnie pisarczyki, i kancelarię, gdzie powinni się byli znajdować: była to mroczna sala pełna papierów. Wychodząc z niej minęli kuchnię po prawej stronie i weszli do bawialni. Wszystkie te pokoje nie usposabiały przychylnie.
Drzwi były otwarte na oścież i z daleka usłyszałbyś zapewne każde słowo; w przejściu Portos rzucił szybkie i badawcze spojrzenie w stronę kuchni i musiał wyznać sobie w cichości, ku wstydowi prokuratorowej i swemu wielkiemu żalowi, że nie widzi tej krzątaniny, ożywienia i ruchu, które w chwili przygotowywania dobrego posiłku panują zazwyczaj w owym sanktuarium żarłoków.
Prokurator był zapewne uprzedzony o wizycie, ponieważ nie okazał zdumienia na widok Portosa, który zbliżył się do niego z miną dość swobodną i pozdrowił go dwornie.
— Zdaje się, że jesteśmy krewniakami, panie Portosie? — rzekł prokurator podciągając się w trzcinowym fotelu.
Starzec otulony w wielki czarny kaftan, w którym gubiło się jego wątłe ciało, był zielony i suchy; małe szare oczy płonęły jak robaczki świętojańskie, usta poruszały się nieustannie; zdawało się, że w oczach i ustach prokuratora skupiło się całe życie, reszta twarzy była martwa. Niestety, nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa tej kościstej machinie, jakoż od kilku miesięcy godny prokurator stał się niemal niewolnikiem swej żony.
Krewniak został przyjęty z rezygnacją i tyle. Gdyby imć pan Coquenard był równie żwawy jak dawniej, uchyliłby się od wszelkiego pokrewieństwa.
— Tak, panie, jesteśmy spokrewnieni — rzekł nie tracąc kontenansu Portos, który nie liczył zresztą na to, że mąż przyjmie go z zachwytem.
— Przez kobiety, hę? — rzekł złośliwie prokurator.
Portos nie dostrzegł kpiny i uznał ją za naiwność, toteż uśmiechnął się pod wąsem. Pani Coquenard, świadoma, że naiwny wśród prokuratorów to ptak bardzo rzadki, uśmiechnęła się lekko i mocno zaczerwieniła.
Imć pan Coquenard z chwilą przybycia Portosa rzucił niespokojne spojrzenie na wielką szafę umieszczoną naprzeciw dębowego biurka. Portos zrozumiał, że szafa, choć kształtem zgoła różna od tej, jaką widywał w snach, jest zapewne ową upragnioną skrzynią, i powinszował sobie, że rzeczywistość mierzy o sześć stóp więcej niż sen.
Coquenard nie ciągnął dalej swoich dociekań genealogicznych, ale przenosząc niespokojne spojrzenie z szafy na Portosa, zadowolił się powiedzeniem:
— Nasz pan krewniak przed wyruszeniem w pole zechce nam uczynić zaszczyt i przyjdzie do nas raz jeszcze, ale na obiad, nieprawdaż, żono?
Tym razem cios trafił Portosa prosto w żołądek, odczuł to dobrze; zdawało się, że pani Coquenard również nie pozostała nieczuła, ponieważ dodała:
— Mój krewniak nie odwiedzi nas więcej, jeśli będziemy go źle traktowali; pozostaje krótko w Paryżu i nie będzie miał zbyt wiele czasu, powinniśmy więc tym bardziej go prosić, by zechciał nam poświęcić wszystkie wolne chwile, jakimi rozporządza przed wyjazdem.
— Och, moje nogi, moje biedne nogi, co z wami? — zamruczał Coquenard.
I spróbował się uśmiechnąć.
Ta pomoc, udzielona w chwili, kiedy Portos został dotknięty w swych nadziejach gastronomicznych, natchnęła go wielką wdzięcznością dla prokuratorowej.
Wkrótce nadeszła pora obiadu. Towarzystwo udało się do jadalni, wielkiej ciemnej sali, położonej naprzeciw kuchni.
Pisarczyki, które, jak widać, poczuły w domu niezwykłe zapachy, przybyły z iście wojskową punktualnością, trzymając w rękach taborety i gotowi zasiąść do stołu. Sposób, w jaki ruszali szczękami, wskazywał na to, że mieli straszliwe zamiary.
“Tam do kata! — pomyślał Portos rzucając okiem na trzech głodomorów, ponieważ podrostek, jak można się domyślić, nie był dopuszczony do zaszczytu zasiadania przy głównym stole — tam do kata, na miejscu mojego krewniaka miałbym się na baczności przed takimi żarłokami. Powiedziałbyś, że to rozbitkowie, którzy od sześciu tygodni nie mieli nic w ustach”.
Wjechał imć Coquenard w fotelu na kółkach, popychanym przez panią domu, której Portos pomógł przysunąć męża do stołu.
Ledwie się zjawił, prokurator poruszył nosem i szczękami, idąc w ślad pisarczyków.
— Ho, ho — zawołał — jak cudownie pachnie ta zupa!
“Co nadzwyczajnego, u diabła, widzą oni w tej zupie?” — rzekł do siebie Portos na widok sporej wazy rosołu, bladego, bez jednego oczka, na którym niczym wyspy archipelagu pływało kilka grzanek.
Pani Coquenard uśmiechnęła się i na znak przez nią dany wszyscy szybko zasiedli do stołu.
Pan Coquenard został obsłużony pierwszy, po nim Portos, potem pani Coquenard napełniła swój talerz i rozdzieliła grzanki bez rosołu pomiędzy niecierpliwych pisarczyków.
W tej chwili drzwi do jadalni otworzyły się poskrzypując i Portos ujrzał małego pisarczyka, który nie mogąc brać udziału w uczcie, zajadał swój chleb okraszony wonią płynącą z kuchni i jadalni.
Po zupie służąca podała gotowaną kurę; na widok tej wspaniałości oczy biesiadników otworzyły się tak szeroko, że zdawało się, wyskoczą z orbit.
8
Grand-Châtelet — więzienie dla przestępców kryminalnych okręgu Paryża, które mieściło się w starej fortecy. Zostało zburzone w 1802 r.