Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
— Nie ma innej drogi do Nahilgył — odparł Snop. — Tak to już jest z górami. Tu czasami po prostu nie da się czegoś obejść albo ominąć. Są przepaści, wąwozy i ściany skalne. Poradzimy sobie. Możemy przejść jako oddział amitrajski, umiemy przekraść się niepostrzeżenie nawet przez blokadę na trakcie. Możemy przejść w przebraniu, przekupić strażników lub ich pozabijać. Na wszystko jest sposób. Rzecz w tym jednak, synu Piołunnika, że przywykłeś polegać jedynie na sobie. Czułbym się lepiej, gdybyś zmusił się do odrobiny zaufania. Wiemy, co robić. Jesteśmy tropicielami. I jest nas sześciu. Na tym pustkowiu to już armia. Jeżeli kilku samotnych żołnierzy zginie w tych górach bez śladu, nikt nie będzie rozpaczał.
— Sam byłem kiedyś zaganiaczem — warknął Brus. — Spędziłem wiele czasu na ziemi wrogów i na tyłach ich wojsk i wiem, co można zrobić, a czego nie.
Nie było jednak innego sposobu niż iść traktem. Droga wiła się między gołoborzami i ścianami wąwozów, potem prowadziła brzegiem płytkiego, najeżonego kamieniami potoku. Idąc nocami, nie spotkaliśmy nikogo, czasem pierzchały przed nami dzikie kozy, raz widzieliśmy trzy ogromne skalne wilki, na szczęście po drugiej stronie rzeki.
A pewnej nocy okazało się, że droga prowadzi środkiem wioski. Po bokach wznosiły się niedostępne zbocza, drogę przecinał mur z kamieni, zza którego widać było zarysy posępnych kamiennych domostw i sterczącą nad tym wszystkim wieżę spichrza. Wjazd zamykała brama z krzywych, zaostrzonych żerdzi spiętych łańcuchem. Przez ciemne drzwi domostw czasem błyskało światło paleniska, kiedy wiatr poruszał osłaniające je płaty skóry. Większość budynków jednak była zamknięta na głucho, tylko psy wyły i poszczekiwały, słychać było też, jak pobekują kowce w zagrodach.
Brus zaklął ledwo słyszalnie, choć z wyraźną złością.
— Przejdziemy — powiedział cicho Snop. — To trochę ryzykowne, ale nie bardzo. Jednak to Filar, syn Oszczepnika musi zdecydować. To on jest Nosicielem Losu. My nie wybieramy drogi. Pilnujemy tylko, by dało się nią iść. Nahilgył jest przed nami. O dwa dni marszu. Nie znam innej drogi niż tym traktem, bo otaczają nas góry. Decyduj, tohimonie.
— Jak chcesz przejść? — spytałem.
— Posterunki, które wystawia się w takich dziurach, służą do straszenia podróżnych i uświadamiania wieśniakom, że mimo iż żyją na końcu świata, władcy o nich pamiętają. Potęga posterunku to potęga władcy. Reprezentują ją, ale sami nie mają siły. To dwóch, może trzech znużonych strażników, którzy stroją groźne miny, studiują paszporty i dźgają durrę oszczepem. Czasem obmacują dziewczęta, żeby sprawdzić, czy nie przenoszą pod kieckami czegoś zabronionego. Teraz jednak jest noc. A nocą to prostu dwóch śpiących żołnierzy piechoty, samych w obcej ziemi i na pustkowiu, gdzie nikt im nie pomoże.
Brus pokręcił głową.
— Brusie?
— Ślad to ślad. Prędzej czy później ktoś się dowie, że jechaliśmy tędy. Moim zdaniem powinniśmy zabić strażników.
— Zrobimy to, jeśli do nas wyjdą — oznajmił Snop. — Założyć kaptury i miecze w dłoń. N’Dele i Benkej, szykować łuki.
Kaptur na kurcie tropiciela ma taśmę nad czołem, którą należy obwiązać wokół głowy. Potem trzeba odpiąć płat materiału, by przesłonić nim usta i nos. Po tym wszystkim można jeszcze spuścić na twarz zasłonę z drobnego muślinu, jednak w nocy lepiej tego nie robić, bo wtedy niewiele widać.
Kiedy podjechaliśmy do bramy, mieliśmy już miecze w dłoni i zakryte twarze. Kebiryjczyk i Amitraj trzymali w dłoniach łuki. Zazwyczaj ujmowali majdan, przytrzymując palcami założoną już strzałę. Łuk zwisał im w jednym ręku swobodnie, podczas gdy druga była wolna. Wiedziałem jednak, że wystarczy szybki ruch, by strzała wbiła się tam, gdzie chcą.
Snop zrobił odpowiedni gest, na co Hacel wspiął się na siodło, chwycił zaostrzony pal bramy, właściwie krzywej zapory i przeskoczył za nią, znikając w ciemnościach. Nie usłyszałem nawet, jak spadł na ziemię. Po prostu przeskoczył furtę niczym kot.
Po chwili łańcuch zaszczekał lekko i znowu zapadła cisza.
Czekaliśmy, a wioska trwała w zupełnym uśpieniu, jakby noc pochłonęła wszystko, co żywe.
Łańcuch zaterkotał, wyślizgnął się spomiędzy belek, jakby zamienił się w węża, a potem furta otworzyła się ze skrzypnięciem.
Przy samej bramie stał niewielki domek wzniesiony z kamieni jak wszystko wokół, jednak najwyraźniej zbudowano go niedawno, co więcej, zaopatrzony był wąskie okno, którego górale nie mieli w zwyczaju umieszczać w swoich chałupach.
W oknie wiedzieliśmy światło kaganka, jednak kiedy tylko wjechaliśmy za bramę, ktoś zdmuchnął płomyk i zaraz zasłonił okno od środka drewnianą okiennicą. Słyszałem, że stara się jak najdelikatniej zasunąć rygle.
Hacel podszedł do chałupki i zastukał w deski głowicą swojego pałasza.
— Spać! — zawołał po amitrajsku. W środku coś zaszeleściło krótko.
Jechaliśmy przez wieś w głębokiej, aksamitnej ciszy i mroku. Tylko kopyta postukiwały o kamienie. Snop jechał przodem, Benkej i N’Dele po jego bokach, trochę z tyłu, z łukami w dłoniach opartych wygodnie o łęk, ale czujnie rozglądający się po dachach i mrocznych zakamarkach między kamiennymi chałupami. Hacel i Brus jechali jeszcze szerzej, a na końcu ja, usiłując co chwilę oglądać się za siebie i co jakiś czas obracając się wraz z koniem. Byłem napięty niczym struna, waliło mi serce, a rękojeść pałasza tropiciela zrobiła się śliska od potu.
W ciemnościach czasem słychać było delikatne szelesty, gdzieś stuknęły drewniane drzwi, coś zaskrzypiało. Jakiś pies rozszczekał się w mroku, zaraz jednak zaskowyczał przeraźliwie i umilkł. Znów było słychać tylko kopyta naszych koni. Za moment rzeczywiście przejedziemy przez wieś, która udawała, że nas nie ma.
Do bramy zostało nam kilkadziesiąt kroków, kiedy nagle zobaczyłem światło. Plamę światła, jasny płomień pochodni, łopocący przy bramie. Wiedziałem, co to jest. Oddział zbrojnych stojący w poprzek traktu, drugi taki sam stoi zapewne u wjazdu do wioski, odcinając nam drogę. Dziesięciu konnych zaganiaczy z każdej strony, wszyscy z łukami w rękach. Pułapka, w którą weszliśmy jak głupcy. Weszliśmy, bo tak chciał Snop, syn Cieśli, a ja mu na to pozwoliłem.
Przez myśl przebiegło mi, że musimy rozproszyć się pomiędzy domostwami, chyba że tam zapłoną za chwilę kolejne pochodnie. Nikt nie wiedział, że jedziemy tym szlakiem. Nikt prócz Snopa, syna Cieśli.
A wtedy zobaczyłem, że pochodnię trzyma tylko jeden człowiek. Dziewczyna ubrana w wąską suknię w jaskrawe, czerwone i złote pasy, o czole przeciętym pstrokatą przepaską, z której zwisają wstążki i migocące w świetle pochodni błyskotki.
Dziewczyna drżała z zimna albo ze strachu, pochodnia zadygotała w jej ręku, kiedy podjechaliśmy bliżej. Skierowała płonący koniec w dół, oświetlając stojącą na ziemi misę, w której coś lśniło. Potem pochodnia przesunęła się z hukiem płomienia, sypiąc iskrami, i oświetliła leżący pod tatuowanymi w drobne wzory stopami skórzany bukłak. Dziewczyna cofnęła się i zatknęła łuczywo w żelazny uchwyt przy ścianie.
Patrzyliśmy na to widowisko w milczeniu, a ja ledwo dochodziłem do siebie. Jeszcze przed chwilą byłem zaklęty w stal i kamień, dopiero teraz wracało mi życie. Interesowało mnie tylko to, że nie zwalę się na bruk naszpikowany strzałami zaganiaczy.
Snop warknął coś po amitrajsku tym swoim zardzewiałym głosem, co brzmiało jak „trybut!".