Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Skręć w pierwszą na prawo – powiedział Santiago, wskazując kierunek. – Ten żółty dom, ta rudera, tak, tutaj.
Zadzwonił, wsunął głowę i na szczycie schodów zobaczył Carlitosa, w spodniach od piżamy, z ręcznikiem przewieszonym przez ramię: już lecę, Zavalita. Wrócił do samochodu.
– Jak się śpieszysz, Chispas, to jedź. Złapiemy taksówkę do Callao. „Kronika” płaci za nasze przejazdy.
– Podwiozę was – powiedział Chispas. – Chyba teraz częściej się będziemy widywać, nie? Teté też by chciała cię zobaczyć. Mogę ją kiedy przyprowadzić? Czy i z nią też się pogniewałeś?
– Nie, jasne, że nie – powiedział Santiago. – Z nikim się nie pogniewałem, ze starymi też nie. Niedługo do nich wpadnę. Ja tylko chcę, żeby się przyzwyczaili do myśli, że już zawsze będę mieszkał osobno.
– Nigdy się z tym nie pogodzą, sam dobrze wiesz – powiedział Chispas. – Zatrułeś im życie. Nie upieraj się przy tych kretyńskich pomysłach, mądralo.
Ale urwał, bo właśnie wyszedł Garlitos i zbity z tropu patrzył na auto i na Chispasa. Santiago otworzył drzwiczki: wsiadaj, wsiadaj, poznajcie się, to mój brat, podrzuci nas na miejsce. No to jazda, powiedział Chispas, wszyscy trzej byli nie w sosie. Zapalił i jechał wzdłuż torów tramwajowych, przez jakiś czas nic nie mówili. Chispas częstował papierosami, a Garlitos patrzył na nas kątem oka, myśli, i badawczym spojrzeniem obrzucał niklowaną tablicę rozdzielczą, nowiutkie obicia, eleganckie ubranie Chispasa.
– Nawet nie zauważyłeś, że to nowy wóz – powiedział Chispas.
– A, prawda – powiedział Santiago. – Stary sprzedał buicka?
– Nie, to mój – Chispas chuchnął na swoje paznokcie. Wziąłem na raty. Nie ma jeszcze miesiąca. A po co jedziecie do Callao?
– Robić wywiad z dyrektorem Urzędu Celnego – powiedział Santiago. – Garlitos i ja piszemy serię reportaży o przemycie.
– Tak? To bardzo ciekawe – powiedział Chispas; i po chwili: – Wiesz, odkąd zacząłeś pracować, co dzień kupujemy „Kronikę”. Ale nigdy nie wiemy, co piszesz. Dlaczego nie podpisujesz twoich artykułów? Zdobyłbyś rozgłos.
I wtedy, Zavalita, kpiące, zdumione oczy Carlitosa, było ci cholernie głupio. Chispas minął Barranco, Miraflores, skręcił w aleję Pardo i wjechał na Costanera. Rozmawiali, ale od czasu do czasu zapadało niezręczne milczenie, mówili tylko Chispas i Santiago, Garlitos obserwował ich spode łba, z twarzą ironiczną i zaintrygowaną.
– To musi być ciekawe pracować jako dziennikarz – powiedział Chispas. – Ja bym nie mógł, jestem za tępy do pisania, nawet listu nie umiem napisać. Ale ty się tu pewno czujesz jak ryba w wodzie, co, Santiago?
Przed drzwiami Urzędu Celnego czekał Periquito, z aparatami na ramieniu, a kawałek dalej redakcyjna furgonetka.
– Zajrzę do ciebie któregoś dnia o tej samej porze – powiedział Chispas. – I wezmę Teté, dobrze?
– Świetnie – powiedział Santiago. – Dziękuję za podwiezienie.
Chispas wahał się przez chwilę, otworzył usta, ale nic nie powiedział, tylko kiwnął im ręką na pożegnanie. Patrzyli, jak samochód odjeżdża po zabłoconej kostce ulicy.
– To naprawdę twój brat? – Garlitos niedowierzająco kręcił głową. – Masz nadzianą rodzinkę, nie?
– Z tego, co mówił Chispas, wynika, że są na skraju nędzy – powiedział Santiago.
– Chciałbym być w takiej nędzy – powiedział Garlitos.
– Co się z wami dzieje, do cholery, czekam od pół godziny – powiedział Periquito. – Słuchaliście wiadomości? Gabinet wojskowy z powodu zamieszek w Arequipie. Ci z Arequipy zdjęli Bermúdeza. To koniec Odrii.
– Nie ciesz się – powiedział Garlitos. – Koniec Odrii, ale początek czego?
III
W następną niedzielę Ambrosio czekał na nią o drugiej, poszli na poranek, zjedli obiad niedaleko Placu Broni i zrobili długi spacer. To będzie dzisiaj, myślała Amalia, dziś to się stanie. On coraz to spoglądał na nią i wiedziała, że też myśli to będzie dzisiaj. Na ulicy Francisca Pizarro jest taka restauracja, całkiem niezła, powiedział Ambrosio, kiedy się ściemniło. Restauracja była trochę kreolska, a trochę chińska; zjedli i wypili tyle, że ledwo się mogli ruszać. Tu niedaleko można potańczyć, powiedział Ambrosio, chodź, zobaczymy. To był cyrkowy namiot ustawiony za torami kolejowymi. Orkiestra stała na podeście z desek, a na ziemi porozkładano maty, żeby tańczący nie ubłocili sobie nóg. Ambrosio coraz to odchodził i wracał z piwem w kartonowych kubeczkach. Było dużo ludzi, pary dreptały w miejscu nie mając gdzie się ruszyć; raz i drugi dochodziło do bójki, ale nic z tego nie było, bo zaraz zjawiało się dwóch osiłków, rozdzielali walczących i wyrzucali na zewnątrz. Upiłam się, myślała Amalia. Robiło się coraz goręcej i czuła się coraz lepiej, coraz swobodniej, i nagle ona sama pociągnęła Ambrosia do tańca. Pary tłoczyły się objęte uściskiem, a muzyka brzmiała bez końca. Ambrosio trzymał ją mocno, Ambrosio odepchnął pijaka, który ją potrącił, Ambrosio całował ją w szyję: było tak, jakby to wszystko działo się gdzieś daleko, i Amalia głośno się śmiała. Potem podłoga zaczęła wirować, a ona złapała Ambrosia, żeby nie upaść: niedobrze mi. Usłyszała jego śmiech, poczuła, że ją gdzieś ciągnie, i nagle ulica. Zimny powiew uderzył ją w twarz i trochę otrzeźwiała. Szła uczepiona jego ramienia, czuła, jak jego ręka obejmuje ją w pasie, mówiła wiem dlaczego mnie namawiałeś do picia. Była zadowolona, nie obchodziło jej, dokąd idą, chodnik jakby się zapadał, nie mówisz mi, ale ja i tak wiem dokąd. Jak przez mgłę rozpoznawała pokój Ludovica. Obejmowała Ambrosia, jej ciało tuliło się do Ambrosia, usta szukały ust Ambrosia, mówiła nienawidzę cię, Ambrosio, byłeś dla mnie niedobry, i wydawało jej się, że to jakaś inna Amalia robi to wszystko. Pozwoliła się rozebrać i położyć na łóżku, i myślała ty głupia, czemu płaczesz. Potem otoczyły ją twarde męskie ramiona, poczuła ciężar, który ją miażdżył, i ściskanie w gardle, aż jej brakło tchu. Wiedziała, że już się nie śmieje ani nie płacze, i gdzieś daleko zobaczyła twarz Trinidada. I nagle ktoś nią potrząsnął. Otworzyła oczy: w pokoju paliło się światło, pośpiesz się, mówił Ambrosio zapinając koszulę. Która godzina? Była czwarta rano. Głowę miała ciężką, ciało obolałe, co na to powie pani. Ambrosio podawał jej bluzkę, pończochy, pantofle, a ona ubierała się prędko, nie patrząc mu w oczy. Na ulicy było pusto, teraz chłodne powietrze sprawiało jej ból. Szła tuż koło Ambrosia, a on ją objął ramieniem. Ciotka zachorowała i musiałaś przy niej zostać, myślała, albo ty zachorowałaś i ciotka nie pozwoliła ci wyjść. Ambrosio głaskał ją po głowie, ale nie rozmawiali. Autobus przyszedł w chwili, kiedy nad dachami pojawiła się słaba poświata; jechali przez plac San Martín i był już dzień, gazeciarze wybiegali z bram. Ambrosio odprowadził ją do przystanku tramwajowego. Tym razem już nie będzie tak jak wtedy, Ambrosio, już nie będziesz niedobry? Jesteś moją żoną, powiedział Ambrosio, kocham cię. Stała przytulona do niego, aż nadszedł tramwaj. Pokiwała mu przez okno na pożegnanie i patrzyła za nim, tramwaj się oddalał, a on był coraz mniejszy.