Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
– Jak mam utrzymać porządek w Olekadach, jak zabezpieczyć nasze skrzydło, na wypadek, gdyby koczownicy ruszyli, jeśli sami kopiemy w gniazdo os? Powiesz mi, Szczurze? A może ty, panienko? Hę?
Już raz ktoś nazwał ją panienką, ale wtedy brzmiało to lepiej. Mniej... lekceważąco.
– Te zabójstwa i przybycie Verdanno nie mają ze sobą nic wspólnego. – Mężczyzna po jej prawej powiedział to spokojnie, niemal mentorskim tonem. Błąd.
– Jak to, na cycki Anday’yi, nic wspólnego?! Co ty mi tu, chłopcze, wciskasz za głupoty?! Wszystko zaczęło się właśnie wtedy, gdy dałem znać, że jest droga na Wyżynę!
„Chłopiec” miał na oko dobrze powyżej trzydziestki. Ekkenhard, Wolny Szczur, jak się już zdążyła dowiedzieć. Okazało się, że znał Laskolnyka oraz większość ludzi z jego czaardanu. Najprawdopodobniej to właśnie jemu zawdzięczali, że ostatnich godzin nie spędzili w najgłębszym lochu twierdzy. Kailean wymieniła spojrzenie z Dagheną, byli w komnacie generała we czwórkę. One, Szczur i dowódca całej Górskiej Straży stacjonującej w Olekadach. To Ekkenhard je tu zaprosił, ale dotychczas nie miał okazji, by powiedzieć po co.
Choć główny powód Kailean znała. W górach, zwłaszcza w okolicach zamku, od dłuższego czasu robiło się coraz goręcej. Nieszczęsna wieża, którą sprawdzali, była szóstą w ciągu ostatnich trzech miesięcy, której załogę zamordowano. Dziesięć patroli Straży zaginęło bez wieści, choć jak powiedział ten rudy oficer, wszyscy się spodziewają, że gdy tylko puszczą śniegi, ich ciała zostaną odnalezione. O stratach wśród okolicznej ludności krążyły jak na razie tylko makabryczne plotki.
Wśród miejscowej szlachty wrzało. Hrabiowie i baronowie odgrażali się, że jeśli Straż nie zapewni bezpieczeństwa, sami to zrobią. Już kilka razy żołnierze napotykali w górach podejrzane bandy, legitymujące się pozwoleniem miejscowego barona na patrolowanie okolicy i zatrzymywanie każdego podejrzanego. Jak na razie obeszło się bez starć, ale widmo bełtów świszczących w powietrzu i lepiących się od krwi ostrzy spędzało wszystkim sen z powiek. Najwyraźniej Law-Onee przestało być najnudniejszą prowincją Imperium.
A w to wszystko wjeżdżało właśnie czterdzieści tysięcy verdańskich wozów. Nic dziwnego, że generał był wściekły.
– Co ten Laskolnyk wymyślił, hę?
* * *
Otwarcie szło po kole i zamknęło się na dowódcy czaardanu. Uśmiechnął się i popatrzył na nich z jakąś taką... czułością.
– Wszyscy, prawda? Więc teraz ja. Na czym skończyłem? A... Chciałem odejść. Ale ze stolicy nie da się odejść tak łatwo. Gdy bawiło się w intrygi Rady Pierwszych, nie można ogłosić, że już nam się odechciało. Miałem przyjaciół i sojuszników w armii, wśród imperialnych Szczurów, na dworze, w otoczeniu samego cesarza. Uprzedzili mnie, że jeśli wycofam się, sprzedam majątek, wyjadę na prowincję, nie przeżyję trzech miesięcy. Ta księżna nie była jedynym śmiertelnym wrogiem, jakiego sobie zrobiłem. Spadłbym z konia na polowaniu, zadławił się ością, skręcił kark na schodach. Mogłem spędzić resztę życia, trzęsąc się ze strachu i wydając fortunę na strażników. Albo przyjąć propozycję Szczurzej Nory. Wywiad Wewnętrzny zaoferował mi ochronę i zajęcie... – Przez stajnię przebiegł szmer, ale Laskolnyk zdawał się go ignorować. – Miałem zostać... nie, nie szpiegiem, tylko kimś, kto wykuje dla Szczurów broń. Odmówiłem, byłem wtedy żołnierzem... uważałem się za żołnierza i potraktowałem tę propozycję jak obelgę. Miałbym zostać zwierzątkiem na szczurzej smyczy? Nigdy.
Kailean bardzo dobrze rozumiała ten szmer. Imperialne Szczury, Wywiad Wewnętrzny, zajmowały się tropieniem szpiegów w granicach Imperium, wykrywaniem intryg na dworze, pilnowaniem gildii magów i świątyń, patrzeniem na ręce armii. Szczury miały potężną władzę i często korzystały z niej w sposób bezwzględny. Nikt ich nie lubił.
– Lecz Szczury potrafią być przekonujące. Pokazały mi... pewne rzeczy. Opowiedziały historię o wiosce zmiecionej z powierzchni ziemi i dziwnych wydarzeniach, które temu towarzyszyły. Pokazały rysunki i efekty działania sił, o których nawet nie śniłem. Zawiozły do tej wioski i pozwoliły się zdrzemnąć. Tylko zdrzemnąć, a przez następny rok budziły mnie koszmary. A potem poprosiły o pomoc... Poprosiły – Laskolnyk uśmiechnął się – a było we mnie wtedy jeszcze na tyle dużo dworskiego intryganta, że wiedziałem, iż nie kłamią. Prośba była szczera. Szczury nie przejmują się Kodeksem, mają ludzi, którzy potrafią władać magią inną niż aspektowana, ale niezbyt wielu i wszyscy z nich są pod ścisłą kontrolą. Potrzebowały innych. Chciały, żebym znalazł dla nich tych, którzy potrafią okiełznać Moc, nie krocząc Ścieżkami ani nie używając Źródeł. Bo w miejscu, gdzie mnie zabrały, aspekty nie działały, były tak wypaczone, że zwykli magowie tracili zmysły. Nie! – Uniósł dłoń.
– Nie przerywajcie mi teraz. Wszyscy widzieli, co stało się trzy miesiące temu, gdy polowaliśmy na Źrebiarzy. Nikt z was o tym głośno nie mówi, ale niejeden patrzy krzywo na Leę, Janne czy Dag. Niektórzy sądzą, że to źle mieć w czaardanie kogoś takiego, chociaż dobrze wiecie, że niemal w każdym innym są podobni ludzie. Dobrze mieć kogoś takiego przy boku, gdy strzały zaczynają świstać koło ucha. Kogoś, kto wezwie na pomoc duchy przodków albo ustali, skąd nadchodzi wróg. I... do cholery, nie to chciałem powiedzieć. Teraz wiecie, że jest tu nas więcej. Kailean, Sarden... ja.
Gdyby nagle pękła zasłona Mroku i najpotężniejszy z demonów Niechcianych pojawił się między nimi, nie zrobiłby większego wrażenia. Kailean otworzyła usta i tak zamarła.
– Ja – powtórzył Laskolnyk, jakby nie widział ich reakcji. – Przemówiłem do pierwszego konia, gdy miałem sześć lat. A on przemówił do mnie. Nazwał mnie dwunogim źrebięciem i pozwolił się dosiąść. To był ogier mojego ojca, czarny jak smoła, wielki jak dom. Bojowy koń o duszy wojownika i moja matka prawie zemdlała, gdy mnie zobaczyła na jego grzbiecie. A mój talent się rozwijał. Potrafię wyczuć, gdzie są wszystkie konie w promieniu kilku mil. Dla dowódcy jazdy to umiejętność cenniejsza niż wzrok. Potrafię dosiąść i okiełznać każdego konia, a z niektórymi z nich mogę rozmawiać. Jestem Mówcą Koni. I dziś, w tej chwili, rozwiązuję czaardan Laskolnyka.