Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Pelagia i czerwony kogut - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pelagia i czerwony kogut

Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:

Na płynącym Rzeką parowcu Jesiotr zebrało się barwne towarzystwo pielgrzymujących do Ziemi Świętej. Wśród pasażerów są tez znajdy, odstępcy od wiary prawosławnej, którym przewodzi charyzmatyczny Manujła. Sytuacja nabiera dramatyzmu, gdy w kajucie ktoś znajduje jego zwłoki. A jeszcze większą niespodzianką okaże się ujawnienie prawdziwej tożsamości domniemanego proroka. Próby wyjaśnienia tajemnicy Manujły zawiodą Pelagię najpierw do małej wioski, zagubionej w nieprzebytych poduralskich lasach, a następnie do Ziemi Świętej, dokąd podąży za nią bezwzględny prześladowca. Pojawi się również czerwony kogut, który swoim pianiem sprawia, że rozstępują się ciemności i światło dnia zmusza do ucieczki demony nocy potrafi on wskazać wyjście z jaskini, a taka pomoc będzie siostrze Pelagii bardzo potrzebna.
1 ... 78 79 80 81 82 83 84 85 86 ... 104
Перейти на страницу:

– Dziękuję – odparła. – Bardzo mi przyjemnie, że tak mówisz. Nie mogę jednak zostać twoją żoną. Po pierwsze, mam Oblubieńca. A po drugie, co powie na to Fatima?

Drugi argument podziałał, jak się zdaje, mocniej niż pierwszy. Ponadto zaś w czasie oświadczyn Polina Andriejewna wyjęła flaszkę i zaczęła zmywać z twarzy „makijaż", przez co jej uroda najpewniej przyblakla.

Salach westchnął, strzelił z bata i chantur potoczył się dalej.

Góra zakończyła się ostrym, niemal pionowym urwiskiem, a zza zakrętu wynurzyło się nagle miasto. Rozłożyło się w niewielkiej kotlinie, z trzech stron otoczonej wzgórzami, i było niewyobrażalnie piękne, zupełnie jakby przeniesione tutaj ze starożytnej Hellady.

Nie wierząc oczom, Polina Andriejewna patrzyła na ozdobione posągami frontony, smukłe kolumnady, marmurowe fontanny, czerwone dachówki. Otoczone kwitnącymi ogrodami miasto chybotało się w płynnym, rozpalonym powietrzu.

Miraż! Miraż na pustyni, pomyślała zachwycona podróżniczka.

Podjechali do zielonej alei, gdzie leżały stosy tłustego czarnoziemu. Stała tam już znana im fura, na razie jeszcze nierozładowana. Woźnica zniknął – zapewne poszedł po wskazówki. Kilku Arabów kopało doły pod drzewa, podlewało klomby, kosiło trawę.

– To prawdziwe Elizjum – wyszeptała Pelagia, wdychając aromat kwiatów.

Zeskoczyła na ziemię, stanęła za krzewami róż, żeby nie ściągać na siebie uwagi, i wciąż nie mogła się napatrzeć na czarowny widok.

Kiedy pierwsze zachwyty minęły, zapytała:

– Ale jak ja dostanę się do miasta? Salach wzruszył ramionami.

– Nie wiem. Ja tylko obiecałem wieźć cię przez rogatka.

Taniec Herodiady

Sunąc po marmurowej podłodze, wciąż próbowała pochwycić umykającą melodię.

Pram-pam-pam, pram-pam-pam, dwa obroty z rozwiewającym się leciutkim tiulowym peniuarem, następnie dygnięcie, a potem lot, unoszenie się, a ręce niczym łabędzie skrzydła.

Dawniej tańczyła przy gramofonie, ale teraz mechaniczna muzyka nie była już jej potrzebna. Boskie melodie, których nie potrafiłby odtworzyć sam Paganini, rodziły się w jej wnętrzu. Żywot ich był krótki, tylko chwilowy, i dlatego tak piękny.

Dzisiaj jednak coś muzyce przeszkadzało, tłumiło ją, nie pozwalało ujawnić się jej czarodziejskiej sile.

Para-para-ram-pa-pam, para-para-ram-pa-pam... Nie, to nie to!

W błogosławionej oazie, dobrze chronionej przed brutalnym światem, Herodiada odkryła w sobie dwa źródła nieustannej rozkoszy, dwa nowe talenty, o których wcześniej nie miała nawet pojęcia.

Przede wszystkim taniec – nie dla domowników, nie dla gości, a już tym bardziej nie dla postronnych widzów: wyłącznie dla samej siebie.

Stać się harmonią, stać się wytwornym ruchem. Poczuć, jak ciało, tak niegdyś nieposłuszne, zardzewiałe, poskrzypujące, staje się lżejsze niż puch, bardziej sprężyste niż ciało węża. Któż by mógł pomyśleć, że przy piątym krzyżyku, kiedy, jak się wydaje, od własnego ciała nie można oczekiwać nic oprócz zawodów i rozczarowań, odczuje doskonałość swego organizmu! W domu cichutko. Lowuszka i Salomeą wylegują się w sypialni, wstaną pod wieczór, kiedy zelżeje upał. Antinousek pływa w basenie, nie wyciągnąłby go z wody nawet cały artel burłaków.

Codziennie w poobiedniej godzinie Herodiada, pozostawiona samej sobie, w całkowitej ciszy tańczyła przed lustrem. Elektryczny wentylator rozpraszał po atrium fale aromatyzowanego powietrza. Tancerka wykonywała niezwykle wyszukane pas, a po jej twarzy spływały kropelki potu i natychmiast wysychały.

Pół godziny szczęścia absolutnego, potem wspaniały zimny prysznic, kielich smolistego wina z lodem i wreszcie, w jedwabnym chitonie, uda się na spotkanie z inną przyjemnością – do ogrodów.

A jednak całkowite oddanie się ruchowi nie było dzisiaj możliwe, w głowie zaś, która winna być przepełniona wyłącznie muzyką, merdała mysim ogonkiem jakaś niewyraźna, niepokojąca myśl.

Przepadnie, zagaśnie – Herodiada usłyszała nagle dziwny głos i znieruchomiała.

Ach, tak.

Wczorajsza rozmowa. Dziwnego człowieka w przepasanych niebieskim sznurem łachmanach przywieźli do miasta Zbyszek i Rafałek, dwaj postrzeleni warszawiacy. Ścigali się wozami wzdłuż morza i zabrali ze sobą napotkanego włóczęgę, którego wygląd ich rozśmieszył.

Kiedy dowiedzieli się, że wędrowiec przybył z Rosji, zaprowadzili go do swych rosyjskich przyjaciół.

Była wtedy w domu sama. Lowuszka obradował w Areopagu, a dzieci poszły na plażę.

Kiedy oberwaniec przedstawił się jako Manujła, przywódca „znajd", gospodyni zaśmiała się w duchu. Biedakowi nie przyszło do głowy, że ona zna przypadkiem okoliczności śmierci prawdziwego Manujły, którego zamordowano, by tak rzec, na jej oczach.

Herodiada nie spieszyła się, by go zdemaskować, czekała na stosowną chwilę. Kiedy warszawscy nicponie poprowadzili włóczęgę do miasta, poszła z nimi.

Rzekomy Manujła kręcił głową na wszystkie strony, dziwił się nieustannie i zasypywał ich pytaniami. Zbyszek i Rafałek przeważnie chichotali i zabawiali się, tak że rola przewodnika przypadła w udziale Herodiadzie.

A co z kobietami, czy w ogóle ich nie uznajecie? – zdumiewał się samozwaniec.

– Uznajemy i szanujemy – odpowiedziała. – Na placu Zachodnim mamy pomnik żony Lota; znaleźliśmy na brzegu słup soli i zamówiliśmy u rzeźbiarza statuę. Wielu, co prawda, sprzeciwiało się nagiej kobiecej postaci, ale większość wyraziła zgodę. Nie mamy niczego przeciwko kobietom, tyle że nam lepiej bez nich, a im bez nas.

No cóż, to pewnie kobiece miasto także gdzieś istnieje, domyślił się „prorok".

– Na razie nie – wyjaśniła Herodiada – ale wkrótce będzie. Nasz dobroczyńca, George Cyrus, zamierzał kupić ziemię dla lesbijek na wyspie Lesbos, ale nie otrzymał zgody rządu greckiego. Wówczas wpadł na pomysł odbudowania Gomory – roboty już ruszyły. Będziemy przyjaźnić się z naszymi sąsiadkami, jak ludzie przyjaźnią się z delfinami. Wszakże środowiskiem delfina jest morze, człowieka zaś ląd, a zatem po cóż człowiek miałby spółkować z delfinem?

Zabawny spryciarz zachwycał się pięknem budowli i technicznymi udoskonaleniami, których w Sodomie było mnóstwo: i tramwajem elektrycznym, który kursował od Akropolu do plaży, i kinematografem, i lodowiskiem ze sztucznym lodem, i wieloma, wieloma innymi.

Fałszywego Manujłę zainteresowały jednak przede wszystkim stosunki między sodomitami: czy mają rodziny, czy też każdy żyje na własny rachunek?

Herodiada, która zawczasu smakowała moment zdemaskowania, odparła uprzejmie, że rodzin z dziećmi, takich jak jej własna, jest tutaj bardzo mało. Niektórzy łączą się w pary, ale większość korzysta po prostu ze swobody i bezkarności.

Rafałek i Zbyszek zapraszali potem do Labiryntu, szczególnego miejsca, gdzie młodzież oddaje się w ciemności rozmaitym nieprzyzwoitościom. Herodiada nie poszła, bo osiągnęła wiek, kiedy człowieka nie zajmują już cielesne bezeceństwa – teraz bardziej ceniła uczucia. Ku jej zdumieniu, włóczęga także nie chciał iść do Labiryntu; powiedział, że w tych zabawach nie ma niczego nowego, że znali je i Rzymianie, i Grecy, i Babilończycy.

Tak więc Herodiada została z nim sama.

– To cóż, Boży człowieku, czy Pan spuści na nas ogień i siarkę za nasze występki? – zapytała drwiąco, wskazując głową w stronę Labiryntu, skąd dochodziły chichoty i dzikie wrzaski.

Za to najpewniej nie, „prorok" wzruszył ramionami. Wszak nikt tu nikogo do niczego nie zmusza. Niech im będzie, jeśli tak im lepiej. Radość jest święta, złem jest smutek.

1 ... 78 79 80 81 82 83 84 85 86 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)