Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Przejeżdżali teraz między szeregami namiotów i ogniskami armii. Większość namiotów była pusta, ponieważ Bryne wysłał swoich ludzi na front. Nadejścia Trolloków spodziewano się w ciągu godziny.
Generała zastała w namiocie położonym niemal w centrum obozu, spokojnie porządkował swoje papiery i mapy. Yukiri też tam była, stała z rękoma zaplecionymi na piersiach. Egwene zsiadła z konia i weszła do środka.
Bryne poderwał gwałtownym ruchem głowę – Matko! – wykrzyknął ostrzegawczo, sprawiając, że zamarła.
Spojrzała w dół. W podłodze namiotu ziała dziura, omalże w nią nie weszła.
To była brama! Wychodząca z drugiej strony na jakieś miejsce, gdzieś wysoko w powietrzu, z którego rozciągał się widok na armię Trolloków maszerującą przez wzgórza. Ostatni tydzień przyniósł rozliczne potyczki, podczas których łucznicy i kawaleria Egwene urządzali Trollokom krwawą kośbę na trasie ich przemarszu ku wzgórzom i granicy z Arafel.
Egwene zajrzała w bramę na podłodze. Zaiste jej wylot znajdował się wysoko, dobrze poza zasięgiem strzału z łuku, jednak widok w dół na Trolloki sprawił, że zakręciło się jej w głowie.
– Nie umiem powiedzieć, czy to geniusz – zwróciła się do Bryne’a – czy szaleńcza brawura.
Bryne oderwał się od map i uśmiechnął się.
– Zwycięstwo w wojnie osiąga się dzięki informacji, Matko. Jeżeli dokładnie wiem, co robi przeciwnik, gdzie zamierza nas zaatakować, jakimi drogami idzie jego zaopatrzenie, mogę się przygotować na każdą możliwość. To jest jeszcze lepsze niż wieża bojowa. Powinienem pomyśleć o tym wieki temu.
– Cień ma Lordów Strachu, którzy potrafią przenosić Moc, generale – zauważyła Egwene. – Wyglądanie przez bramę może się skończyć tym, że zostanie z ciebie kupka popiołu. Nie wspominając już o draghkarach. Jeżeli ich stado przeleci przez to…
– Draghkary są Pomiotem Cienia – wszedł jej w słowo Bryne. – Mówiono mi, że on ginie, próbując przedostać się przez bramę.
– Myślę, że to prawda – zgodziła się Egwene – ale wtedy będziesz miał u siebie stado martwych draghkarów. Poza tym strumienie Mocy i tak cię sięgną.
– Zaryzykuję. Przewaga, jaką zapewnia, jest niewiarygodna.
– Osobiście wolałabym, żebyś kazał zwiadowcom obserwować, co się dzieje po drugiej stronie – sprzeciwiła się – i oszczędzał własne oczy. Jesteś niezastąpiony. Bezcenny. Oczywiście, na wojnie ryzyko jest nieuniknione, wolałabym jednak, abyś je ograniczał jak to tylko możliwe.
– Tak, Matko – powiedział.
Przyjrzała się splotom, po czym spojrzała na Yukiri.
– Zgłosiłam się na ochotnika, Matko – oświadczyła Yukiri, zanim Egwene zdążyła spytać, jakim sposobem jedna z Zasiadających Komnaty skończyła na wykonywaniu prostych obowiązków splatania bramy. – Generał wysłał do nas zapytanie, w którym chciał się dowiedzieć, czy stworzenie takiej bramy… to znaczy poziomej, miast pionowej… jest możliwe. Problem wydał mi się interesujący.
Egwene nie była zaskoczona tym, że Bryne zwrócił się do Szarych. W ich Ajah narastało przekonanie, że jak Żółte specjalizowały się w Uzdrawianiu, a Zielone w splotach bojowych, Szare powinny ze szczególną uwagą zająć się splotami Podróżowania. Podróżowanie bowiem mogło być uznane za część ich powołania w charakterze ambasadorów i mediatorek.
– Możesz mi pokazać nasze szeregi? – zapytała Egwene.
– Oczywiście, Matko – zgodziła się Yukiri, zamykając bramę. Zaraz otworzyła kolejną i Egwene mogła przyjrzeć się swojej armii, która zajmowała obronne pozycje na wzgórzach.
To było znacznie bardziej skuteczne niż wszelkie mapy. Żadna bowiem mapa nie jest w stanie z całkowitą dokładnością oddać rzeźby terenu, po którym przyjdzie poruszać się oddziałom. A ona teraz czuła się, jakby oglądała idealną kopię terenu w miniaturze.
Niespodzianie dopadł ją zawrót głowy. Stała na krawędzi przepaści rozciągającej się na setki stóp w dół. Myśli zawirowały – musiała się cofnąć o krok i kilka razy głęboko odetchnąć.
– Musisz to coś zabezpieczyć liną dookoła – ostrzegła. – Ktoś mógłby wejść do środka. – „Albo runąć głową w dół od samego patrzenia…”
– Posłałem Siuan po coś w tym rodzaju – mruknął Bryne i zawiesił na moment głos. – Ona nie lubi, jak się ją po coś posyła, więc może wrócić z jakimś zupełnie bezużytecznym przedmiotem.
– Wciąż się zastanawiam – wtrąciła się Yukiri – czy nie powinno być możliwe stworzenie takiej bramy, która wszakże przepuszczałaby jedynie światło? Niczym okno. Można by na niej stanąć i patrzeć w dół, nie obawiając się upadku. Dzięki odpowiednim splotom zapewne można by sprawić, żeby była niewidoczna z drugiej strony.
„Stanąć na niej? Musiałaś chyba stracić zmysły”.
– Lordzie Bryne – oznajmiła Egwene – nasze formacje bitewne wyglądają nadzwyczaj solidnie.
– Dziękuję, Matko.
– Równocześnie są niezadowalające.
Bryne uniósł wzrok. Inni ludzie zapewne od razu zareagowaliby gwałtowanie na taki zarzut, ale nie on. Najpewniej był to skutek długiej służby u Morgase.
– Pod jakim względem?
– Rozmieściłeś oddziały w zwykły sposób – wyjaśniała Egwene. – Łucznicy z przodu i na wzgórzach, żeby spowolnić postępy wroga, ciężka kawaleria na pozycjach, z których może szarżować i uderzać go mocno, a potem się wycofać. Pikinierzy, których zadaniem jest utrzymanie linii szeregu, lekka kawaleria dla ochrony flank i uniemożliwienia wrogowi okrążenia nas.
– Najlepsze strategie to najczęściej te, które przeszły próbę czasu – rzekł Bryne. – Dzięki tym wszystkim Zaprzysiężonym Smokowi dysponujemy poważną siłą, niemniej przewaga liczebna wciąż jest po stronie wroga. Nie można zdecydować się tu na bardziej agresywny szyk niż ten, który przyjąłem.
– Nieprawda, można – spokojnie sprzeciwiła się Egwene. Ich spojrzenia zetknęły się. – To w niczym nie przypomina żadnej bitwy, jaką dotąd stoczyłeś, a i twoja armia jest zupełnie inna, generale. Dysponujesz poważną przewagą, z której istnienia nie zdajesz sobie sprawy.
– Chodzi ci o Aes Sedai?
„Jasne, cholera, że tak” – pomyślała. I zaraz skarciła się w ten sam sposób: – „Światłości, chyba spędzam ostatnio zbyt wiele czasu w towarzystwie Elayne”.
– Wziąłem was pod uwagę, Matko – rzekł Bryne. – Dla Aes Sedai przewidziałem rolę odwodów, które wspomogą kompanie w walce podczas odwrotu potrzebnego do rotacji walczących.
– Wybacz mi, lordzie Bryne – obstawała przy swoim Egwene. – To jest mądry plan i z pewnością niektóre Aes Sedai da się w ten sposób zaprząc do boju. Niemniej Biała Wieża nie po to się przez tysiące lat szkoliła i przygotowywała, żeby w trakcie Ostatniej Bitwy stanowić siły rezerwy.
Bryne pokiwał głową, spod stosu papierów wyciągnął nowy komplet dokumentów.
– Wziąłem pod uwagę możliwość bardziej dynamicznego rozwoju sytuacji, ale nie chciałem wykraczać poza swoje kompetencje. – Podał jej dokumenty.
Egwene obrzuciła je wzrokiem. Poczuła, jak jej brwi same unoszą się do góry. Wreszcie uśmiechnęła się.
Mat nie pamiętał, aby kiedykolwiek wokół Ebou Dar zgromadziło się tylu Druciarzy. Pomalowane w jaskrawe barwy wozy wyglądały na ziemistym polu niczym kolorowe grzyby na bezbarwnej leśnej ściółce. Było ich tu tyle, że mogliby zaludnić cholerne miasto. Miasto Druciarzy? To byłoby jak miasto Aielów. Sprzeczne z naturalnym porządkiem rzeczy.
Oczko szedł truchtem po drodze. Oczywiście, istniało miasto Aielów, więc może kiedyś powstanie i miasto Druciarzy. Wykupią wszystkie barwniki świata i reszta ludzkości będzie zmuszona nosić wyłącznie brunatne tkaniny. W mieście nikt nie będzie się wdawał w bójki, więc nuda w nim zagości na stałe, a poza tym w promieniu dwudziestu lig nie trafi się żaden cholerny dziurawy garnek!