Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
Rozdział XXIX
W POGONI ZA EKWIPUNKIEM
Czterech przyjaciół najbardziej zatroskany sprawą ekwipunku był na pewno d’Artagnan, choć jako gwardzista mógł wyekwipować się znacznie łatwiej niż muszkieterowie, którzy byli wielkimi panami; jak mogliśmy jednak zauważyć, nasz młody Gaskończyk był bardzo przezorny i niemal skąpy, a przy tym (któż zrozumie te przeciwieństwa!) próżny tak, że mógł konkurować z Portosem. Ale do tej próżności dołączyło się w tej chwili uczucie mniej samolubne. Choć bardzo o to zabiegał, nie dowiedział się nic o losach pani Bonacieux. Pan de Tréville mówił o niej z królową; królowa nie wiedziała, gdzie jest młoda kramarka, i przyrzekła, że każe jej szukać. Była to jednak obietnica bardzo mglista i niezbyt pocieszyła d’Artagnana.
Atos nie opuszczał swego mieszkania i postanowił nie robić nic dla zdobycia ekwipunku.
— Zostaje nam dwa tygodnie — mówił do przyjaciół. — Jeśli przez ten czas nic nie znajdę lub raczej jakaś okazja mnie nie znajdzie, poszukam zaczepki z czterema gwardzistami Jego Eminencji lub ośmiu Anglikami (jestem bowiem zbyt dobrym katolikiem, by roztrzaskać sobie łeb kulą z pistoletu) i będę się bił tak długo, aż jeden z nich mnie zabije, co stanie się niezawodnie, zważywszy liczbę przeciwników. Wówczas powiedzą, że zginąłem dla króla, tak iż wypełnię swe obowiązki bez zdobywania ekwipunku.
Portos przechadzał się z rękami założonymi na plecy, potrząsając głową i mówiąc:
— Mam pomysł.
Zatroskany i niedbale uczesany Aramis nic nie mówił.
Z tych żałosnych szczegółów można wnosić, że przygnębienie ogarnęło przyjaciół.
Słudzy, niczym rumaki Hipolita, dzielili smutek swych panów; Mousqueton robił zapasy sucharów; Bazin, który zawsze miał skłonność do dewocji, nie wychodził z kościoła; Planchet łapał muchy; Grimaud zaś, którego nawet powszechna rozpacz nie mogła skłonić do złamania milczenia nakazanego przez pana, wzdychał tak, że kamień by się wzruszył.
Trzej przyjaciele — Atos poprzysiągł bowiem, że nie ruszy się z miejsca — wychodzili z domu wczesnym rankiem i wracali bardzo późno. Włóczyli się po ulicach, liczyli kamienie bruku w nadziei, że jakiś przechodzień zgubi sakiewkę. Powiedziałbyś, że są na czyimś tropie, tak bardzo byli uważni. Spotykając się spoglądali po sobie smutnymi oczami, w których kryło się pytanie: czyś co znalazł?
Tymczasem Portos, który pierwszy wpadł na pomysł i uparcie zmierzał do wprowadzenia go w życie, pierwszy też zaczął działać. Nasz zacny Portos był człowiekiem czynu. Pewnego dnia d’Artagnan zobaczył, jak przyjaciel zmierza do kościoła Saint-Leu[*], i poszedł za nim wiedziony instynktem. Portos wchodząc do świętego przybytku podkręcił wąsa i przygładził bródkę, co oznaczało, że rusza na podbój. Ponieważ d’Artagnan postarał się ukryć, Portos mniemał, że nikt go nie widzi. D’Artagnan wszedł za nim. Portos wsparł się o filar, d’Artagnan, wciąż niewidzialny, wsparł się o ten sam filar z drugiej strony.
Było właśnie kazanie i kościół był pełen. Portos skorzystał z okazji, by przyjrzeć się kobietom: dzięki troskliwym zabiegom Mousquetona jego wygląd nie zdradzał trosk wewnętrznych: wprawdzie kapelusz miał nieco wytarty, pióro wypłowiałe, hafty nieświeże, a koronki podarte, ale w półcieniu tych drobnostek nie było widać i Portos był wciąż pięknym Portosem.
Na ławce znajdującej się najbliżej filaru, o który się oparli, d’Artagnan ujrzał jakąś przejrzałą piękność, pożółkłą nieco i wyschniętą, ale trzymającą się prosto i wyniośle pod czarnym kwefem. Oczy Portosa zatrzymały się przelotnie na tej damie, później błądziły daleko po nawie.
Dama ze swej strony okrywała się rumieńcem i od czasu do czasu, z szybkością błyskawicy, rzucała spojrzenia na płochego Portosa; natychmiast jego oczy zaczynały wściekle latać. Było jasne, że ten manewr rani do żywego damę w czarnym kwefie, gryzła bowiem wargi do krwi, pocierała koniec nosa i kręciła się rozpaczliwie w miejscu.
Widząc to Portos znów podkręcał wąsa, wygładzał bródkę i dawał znaki pięknej pani znajdującej się w pobliżu chóru. Owa pani była nie tylko kobietą piękną, ale i wielką damą, stał bowiem za nią Murzynek, a Murzynek ten przyniósł poduszkę, na której klęczała teraz; pokojowa trzymała ozdobiony herbem pokrowiec od książki do nabożeństwa, z której modliła się dama.
Dama w czarnym kwefie śledziła każde spojrzenie Portosa i mogła stwierdzić, że jego oczy zatrzymywały się na damie klęczącej na aksamitnej poduszce, Murzynku i pokojowej.
Portos zaś poczynał sobie dzielnie: mrugał oczami, kładł palce na usta i posyłał zabójcze uśmiechy, dobijające wzgardzoną kochankę.
Jakoż przy mea culpa uderzyła się w piersi i chrząknęła tak żywo, że wszyscy, nawet dama na czerwonej poduszce, odwrócili się w jej stronę. Portos nie dał nic poznać po sobie, choć zrozumiał to chrząknięcie; udawał jednak głuchego.
Dama klęcząca na czerwonej poduszce, jako że była bardzo piękna, wywarła wielkie wrażenie na damie w czarnym kwefie, która ujrzała w niej groźną rywalkę; wywarła też wielkie wrażenie na Portosie, który uznał, że znacznie jest piękniejsza od damy w czarnym kwefie; na d’Artagnanie wreszcie, rozpoznał w niej bowiem nieznajomą z Meung, Calais i Dover; jego wróg, mężczyzna z blizną na twarzy, nazywał ją Milady.
D’Artagnan, nie tracąc z oczu damy na czerwonej poduszce, wciąż obserwował manewry Portosa, co go wielce bawiło; przypuszczał, że dama w czarnym kwefie jest prokuratorową z ulicy aux Ours, tym bardziej że kościół Saint-Leu znajdował się niedaleko od tej ulicy.
Domyślił się też, że Portos chciał się zemścić za swoje niepowodzenie w Chantilly, kiedy prokuratorowa okazała się tak twarda i za nic nie chciała otworzyć sakiewki.
D’Artagnan zauważył również, że zaloty Portosa pozostawały bez odpowiedzi. Były to pozory i urojenia; ale czy dla prawdziwej miłości, dla prawdziwej zazdrości trzeba czegoś więcej niż pozorów i urojeń?
Kazanie się skończyło; prokuratorowa podeszła do kropielnicy; Portos wyprzedził ją i zamiast zanurzyć palec, włożył do wody całą rękę. Prokuratorowa uśmiechnęła się sądząc, że Portos poda jej wodę święconą, ale wkrótce została okrutnie wyprowadzona z błędu: kiedy była o trzy kroki od niego, odwrócił głowę przeszywając spojrzeniem damę, która powstała z czerwonej poduszki i zbliżała się w towarzystwie Murzynka i pokojowej.
Kiedy dama znalazła się obok Portosa, muszkieter wyciągnął z kropielnicy ociekającą wodą rękę; piękna pobożnisia dotknęła delikatnie ręką wielkiej dłoni Portosa, uśmiechając się uczyniła znak krzyża i wyszła z kościoła.
Tego było już prokuratorowej nadto; miała teraz pewność, że coś się święci między damą i Portosem. Gdyby była wielką panią, zemdlałaby; ale była tylko prokuratorowa, toteż poprzestała na słowach, które z wściekłością rzuciła muszkieterowi:
— Cóż, panie Portosie, nie podasz mi wody święconej?
Na dźwięk tego głosu Portos podskoczył niczym człowiek, który budzi się ze snu trwającego sto lat.
— Pa... pani? — zawołał. — Ach, to pani! Jakże się miewa pani mąż, drogi pan Coquenard? Czy wciąż jeszcze jest taki skąpy? Gdzież miałem oczy, że nie zauważyłem pani podczas kazania trwającego dwie godziny?
— Byłam o dwa kroki od pana — odparła prokuratorowa — nie zauważyłeś mnie, ponieważ nie spuszczałeś oka z tej pięknej damy, której podawałeś wodę święconą.
Portos udał zakłopotanie.
— Ach, więc pani zauważyła...
— Musiałabym być ślepa, żeby nie zauważyć.