Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Panowały cisza i ciemność. Leżałem dłuższy czas, bojąc się zasnąć ponownie. Ognisko wygasło i widać było tylko zarysy skał i kolczastych krzewów. Nie mogłem wypatrzyć nawet nikogo ze śpiących. Nieruchomi, owinięci kocami, w swoich luźnych szatach obszytych postrzępionymi gałganami, przypominali sterty kamieni i piachu.
Sen nie przypominał tego z zeszłej nocy, kiedy patrzyłem oczami upiora, choć nie wiedziałem, na czym to polegało. Czułem, że śniłem zwyczajny koszmar, chociaż nocny strach sprawił, że byłem cały mokry z niepokoju i właściwie pewien, że Woda już nie żyje. W tamtej chwili wręcz chciałem zobaczyć upiora Mirah, żeby mieć pewność, że poszła za nami, ale mimo że wytrzeszczałem oczy, widziałem jedynie noc, skały i piach.
Wypatrzyłem w końcu Brusa, który jakby tknięty moim spojrzeniem otworzył oczy i spoglądał na mnie badawczo. Gdy poprawiał się w kocu, zobaczyłem, że cały czas ma w dłoni nóż. Schował go pod tobołkiem, który trzymał pod głową, mrugając do mnie porozumiewawczo.
Kolejny raz obudziłem się, gdy jeden z wartowników zmieniał drugiego, mimo że odbyło się to bez najmniejszego dźwięku. Jeden tropiciel odrzucił koc i wstał, po czym bezszelestnie wtopił się między skały, a drugi owinął się derką i zmienił w nieruchomy pagórek. W ciemnościach ponuro rozległ się głos polującego nocnego ptaka.
Dopiero niemal nad ranem zobaczyłem świat oczami roiho. Ten sen był inny niż poprzednie. Znów widziałem noc zalaną dziwacznym, rudym światłem. Usłyszałem przerażający krzyk, widziałem, jak ciska się bezradnie na brzegu rzeki, która była dla niego niczym wirujące kosy rozpędzonego rydwanu i hucząca ściana ognia. Widziałem, jak rozszarpuje zębami szmatkę z mojego opatrunku, usiłując zlizać trochę zakrzepłej krwi, a potem puszcza się biegiem wzdłuż brzegu. Ogromny niczym kuc skalny wilk, który bez trudu powaliłby i rozszarpał konia wraz z jeźdźcem, pił wodę ze strumienia. Zawył na widok upiora Mirah i rzucił się do ucieczki z podkulonym ogonem, ale dogoniła go łatwo, jak rumak może dogonić kozę. Usłyszałem jej pełen wściekłości wrzask, mignęły mi hakowate szpony i wilk wydał krótki, przerażający skowyt, po czym został rozdarty na parujące strzępy. Roiho przysiadła tylko, przytrzymując jego drgające cielsko, by sięgnąć trójkątnymi kłami do szyi, i zaraz pognała dalej.
A ja obudziłem się z ulgą, bo czułem, że widziałem prawdę i upiór pognał naszym śladem.
Obudziwszy się, zobaczyłem, że Kebiryjczyk tańczy na tle płonącego wschodu słońca.
Kolejne dni były monotonne, ale na swój sposób spokojne. Dotąd byliśmy obaj z Brusem zdani jedynie na siebie. Dotąd nieustannie musieliśmy pozostawać czujni i napięci jak cięciwa łuku. Teraz mogliśmy zdać się na naszych milczących tropicieli. To oni dbali, gdzie iść, co jeść i gdzie się ukryć. Wędrowaliśmy przez niewysokie, skaliste góry, przez okolice puste i zupełnie bezludne. Był tylko kłus w kłębach pyłu lub marsz wśród kamieni u boku konia, z żywych istot widywaliśmy jedynie drapieżne ptaki, węże i szakale.
Sama wędrówka okazała się męcząca, ale mimo to miałem wrażenie, jakbym odpoczywał. Odkąd przebyliśmy rzekę, cały czas nosiliśmy ochronne formuły na ciele, co postój okadzaliśmy się dymem trociczek i odprawialiśmy rytuały, które miały uczynić nas niewidzialnymi dla upiornych zmysłów roiho. Sądziłem, że zostawiliśmy Mirah daleko z tyłu, choć nie miałem złudzeń, że rzeka zatrzyma ją na zawsze. Na razie jednak uważałem, że nam się powiodło, bo nawet koszmary przestały mnie nawiedzać i nie musiałem co noc oglądać krwawego świata widzianego jej oczami.
Wędrowaliśmy, spędzając w siodle długie godziny. Nie przeszkadzała mi nieustanna cisza, także obolałe siedzenie przestało z czasem dokuczać.
Tropiciele uczyli mnie, jak być niewidzialnym. Jak kryć się wśród skał i kamieni, wykorzystując bezkształtny, bury strój i pozostawać w zupełnym bezruchu. Jak przemykać bezgłośnie i niepostrzeżenie niczym podmuch wiatru. Twierdzili, że obok dobrze ukrytego, przyczajonego tropiciela może przejść nawet oddział wojska, nie zauważając nic podejrzanego. Kiedy oni to robili, wydawało się bardzo proste, jednak parę razy kazali mi się skryć o sto kroków od siebie i, mimo że jak najpilniej słuchałem ich wskazówek, znajdowali mnie natychmiast. Smarowałem skórę gliną, tarzałem się w pyle, wplatałem w sieć źdźbła i gałązki tak samo jak mi pokazywano, ale nie robiłem się od tego niewidzialny. Zdradzał mnie kawałek odsłoniętej skóry, błysk okucia, nienaturalne ułożenie ciała, które w moim wydaniu za nic nie chciało upodobnić się do sterty niewielkich głazów albo piaszczystego pagórka. Śmiali się i obrzucali mnie kamieniami, mimo że wytężałem cały swój spryt i rozum, wyszukując coraz bardziej pomysłowe kryjówki.
Na moich oczach Benkej wtopił się w skałę, ledwo odszedł na odległość paru końskich długości, mimo że nie spuszczałem z niego oka. Po prostu rozpłynął się w powietrzu. Dopiero gdy podszedłem na kilka kroków, zdołałem rozpoznać jego sylwetkę wśród suchych źdźbeł i skalnych złomków. Gdybym nie wiedział dokładnie, gdzie zniknął, nigdy by mi się to nie udało.
Otaczające nas góry wyglądały jakby rozsypywały się ze starości i w miarę marszu robiły się coraz niższe. Niewiele tam było roślin, a wszystkie suche i pokryte kolcami, pasujące do niegościnnego krajobrazu, aż zacząłem zastanawiać się, czy w tych dzikich ostępach żyją w ogóle jacyś ludzie, a jeśli tak, to czy czasem nie wyglądają podobnie.
Mijaliśmy opuszczone wioski, równie ponure jak wszystko dokoła. Domostwa zbudowane były z kamieni, okrągłe niczym ule i pozbawione okien. Opodal wioski pozostały nędzne poletka, również otoczone murkami z ustawionych jeden na drugim kamieni. Pośrodku wioski wznosiła się koślawa, niezbyt wysoka wieża, ale nie była siedzibą kultu Pramatki. Brus powiedział mi, że to obronne spichrze. Na tym pustkowiu nie istniało nic cenniejszego niż żywność, więc przechowywano ją w tych wieżach. Pasterze często cierpieli głód i wówczas często najeżdżali sąsiednie wioski, chcąc zdobyć choć trochę jedzenia. Wtedy napadnięci chronili się w wieży i zaciekle bronili swoich zapasów. Te wioski, które mijaliśmy, stały jednak puste. Były to miejsca tak ponure i jałowe, że samo patrzenie na nie wywoływało rozpacz. Próbowałem wyobrazić sobie, jak to jest urodzić się tutaj, wśród posępnych gór, w ciemnym domostwie będącym stertą ułożonych jeden na drugim głazów, nie znając niczego prócz kamieni, błota i skał. Myślenie o tym aż bolało. Przyszło mi jedynie do głowy, że sam odszedłbym, ledwo nauczyłbym się chodzić. Gdziekolwiek. Wszystko było lepsze niż ta mroczna kraina.
Susza sprowadzona przez Nahel Ifriję na Wewnętrzny Krąg tu spłukała zbocza powodziami i lawinami błota, więc górale albo pomarli z głodu, albo uciekli.
Zaczęliśmy w końcu widywać ludzi. Nielicznych pasterzy strzegących stad dziwnie wyglądających chudych kowiec, skubiących porosty z powierzchni kamieni lub żujących wyschłe łodygi kolczastych krzewów. Kilka razy przemknęliśmy wśród skał, skryci przed ich wzrokiem, potem powróciliśmy do dobrego obyczaju uciekinierów i tropicieli i zaczęliśmy wędrować nocami. Bezgłośni niczym cienie mijaliśmy pogrążone w mroku kamienne wioski, oszczekiwani jedynie przez psy.
Później zaś musieliśmy iść traktem. Krzywym i kamienistym, jak wszystko tutaj, ale była to jedyna możliwa droga.
— Nie podoba mi się to — oznajmił Brus podczas postoju. — Gdzie droga, tam posterunek. Prędzej czy później. Nawet na takim posępnym zadupiu jak to. A przez posterunek łatwiej przekraść się pieszo i we dwóch niż przejechać w sześciu na koniach, z jucznymi zwierzętami. Wędrując w przebraniu, możemy przejść zupełnie zwyczajnie, pokazując papiery i nie wzbudzając podejrzeń.