Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Od jak dawna tego słuchał? John Candotti zawsze mi mówi, że jest w pobliżu, pomyślała poirytowana. Dlaczego ludzie siedzą i nic nie mówią? A potem pomyślała: Może Sean też coś mówił, ale o tym zapomniałam…
— Powiedziałam jej: Właśnie dlatego mój lud boi się Boga, ale również dlatego Go kocha. Bo nasz Bóg widzi wszystko, co robimy, wie, jacy naprawdę jesteśmy, a mimo to nas kocha.
I jak to się jej często zdarzało w owym czasie, znowu zaczęła błądzić myślami, łącząc się z ludźmi, którzy dawno pomarli, którzy byli dla niej bardziej realni niż ci nowi. „Nawet jeśli to tylko poezja, to warto nią żyć, Sofio… warto dla niej umrzeć”, powiedział jej D.W. Yarbrough… Kiedy? Pięćdziesiąt lat temu?
Sześćdziesiąt? A ona sama jest taka stara, taka stara. Nie wiedziała, czy jest życie po śmierci, ale zaczęła mieć nadzieję, że jest, nie ze strachu przed zapomnieniem, ale po prostu dlatego, że chciała się dowiedzieć, czy dobrze zrobiła…
Mogła minąć minuta, godzina albo cały dzień, kiedy znowu przemówiła.
— Kiedyś opowiedziałam Ha’anali o Sodomie i Gomorze. — Umilkła, czekając na reakcję.
— Jestem tutaj, Sofio — powiedział John.
— Opowiedziałam jej, jak Abraham targował się z Bogiem o życie dziesięciu sprawiedliwych, którzy mogli tam mieszkać. Powiedziała mi: „Abraham powinien zabrać dzieci z tych miast. Dzieci były niewinne”. — Zwróciła twarz w kierunku, z którego napłynął do niej głos Johna. — Nie zrobiłam źle, opowiadając jej o tym wszystkim. Nie wierzę, że było w tym coś złego.
— Zrobiłaś dobrze — powiedział John Candotti. — Jestem tego pewny.
Wtedy zasnęła. Wiara Johna jej wystarczała.
25. „GIORDANO BRUNO”: 2065 czasu ziemskiego
— Co? Co się dzieje? — zapytał Sandoz, osłaniając oczy ręką.
— Znowu wyłeś — powiedział John.
Emilio usiadł na pryczy, zaskoczony, ale nie przygnębiony. Spojrzał z ukosa na Johna, który stał półnagi w drzwiach kabiny.
— Przepraszam. Nie chciałem cię obudzić.
— Emilio, tak dłużej nie można — burknął John. — Musisz przekonać Carla, żeby przestał ci podawać to świństwo.
— A niby dlaczego? John, to mi robi dobrze na ręce. I to takie przyjemne, niczym się nie przejmować.
John wytrzeszczył oczy.
,— Emilio, wrzeszczysz co noc!
— No wiesz… te koszmary męczą mnie od lat. Teraz, kiedy się obudzę, przynajmniej ich nie pamiętam. — Oparł się wygodnie o ścianę i stamtąd przyglądał się Johnowi z irytująco wyrozumiałym rozbawieniem. — Jeśli to cię męczy, mogę się z powrotem przenieść do pomieszczenia dla chorych… tam są dźwiękokoszczelne ściany.
— Jezu, Emilio… tu przecież nie chodzi o mój sen! — krzyknął John. — Chodzi o to gówno, którym cię faszerują!
— Człowieku, wpadasz w cholerne długi. Jeszcze tego nie czujesz, ale niedługo przedstawią ci rachunek! Posłuchaj swojego oddechu! Serce ci wali, prawda? — Sandoz zmarszczył czoło, kiwnął głową, ale wzruszył ramionami. — Quell stosuje się zwykle tylko przez parę dni. A ciebie nim szpikują prawie od dwóch miesięcy!
— Musisz wrócić do rzeczywistości, a im szybciej, tym lepiej…
— O Jezu, John, wyluzuj się, dobrze? Może sam powinieneś spróbować tego zażyć…
John wpatrywał się w niego z otwartymi ustami. — Nie potrafisz już normalnie myśleć — powiedział sucho, wyłączył światło i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Emilio siedział przez jakiś czas oparty o ścianę, złożywszy bezwładne ręce na podołku. Próbował odtworzyć ów sen, który obudził Johna, ale z ulgą stwierdził, że nie potrafi.
Nocna amnezja jest chyba najlepszym efektem tego świństwa, pomyślał.
Zawsze przywiązywał dużą wagę do snów. W seminarium miał zwyczaj rozmyślania o ostatnim śnie, jaki miał w nocy, starając się odnaleźć w nim lęki i ukryte zainteresowania, które nie dochodziły do głosu na jawie. Jednak w ciągu ostatnich trzech latjego sny rzadko wymagały interpretacji. Przerażające w swoim realizmie, były zwykle odtworzeniem wydarzeń z ostatniego roku jego pobytu na Rakhacie. Nawet teraz, nafaszerowany narkotykiem i pozbawiony emocji, widział to wszystko: rzeź, poetów. Nie musiał śnić, by słyszeć odgłosy towarzyszące masakrze i gwałtom. Nie musiał śnić, by czuć smak niemowlęcego mięsa, żelazny uścisk szponów i gorący oddech na karku. Aby patrzeć z daleka na samego siebie wzywającego Boga i słyszącego w odpowiedzi tylko własne łkanie i jęk rozkoszy wydobywający się z gardła gwałciciela…
Noc po nocy budził się z takich snów, czując mdłości podchodzące mu do gardła. Krzyk to coś nowego. Czyżby koszmary się zmieniły? I odpowiedział sobie: Wspaniale! Wrzask jest o wiele lepszy od wymiotowania.
John miał chyba rację — kiedyś musi wrócić do rzeczywistości. Ale rzeczywistość nie miała mu ostatnio wiele do zaoferowania, a Emilio wolał sztuczny spokój po quellu od tego, co mogło być w tych snach, choćby nawet się zmieniły.
Chemiczny zen, pomyślał, wślizgując się pod pościel i poddając kojącemu działaniu narkotyku. Gliny powinny rozdawać to gówno na ulicach jak cukierki.
Zanim zapadł w sen, zastanawiał się przez chwilę: Boże, co to za sen, który sprawia, że wrzeszczę? I, jak Pius IX po porwaniu małego Mortary, ipso vero dormiebat: spał po tym dobrze.
Tylko on dobrze spał.
John Candotti wrócił do swojej kabiny, gdzie uaktywnił kody interkomu, by usłyszeli go wszyscy prócz Emilia.
— Mesa. Za pięć minut — powiedział głosem, który nie pozwalał wątpić, że osobiście powyciąga ich z łóżek, jeśli nie przyjdą sami.
Było trochę gniewnego pomrukiwania, ale niktjuż nie udawał, i że nie został wyrwany ze snu tymi wrzaskami, więc jeden po drugim wchodzili do mesy. John czekał w milczeniu, z rękami założonymi na piersi, aż w końcu wkroczył Carlo, jak zwykle promienny, odświeżony i ubrany ze smakiem, z Nikiem u boku.
— No dobra — zaczął John, patrząc po wszystkich — każdy z was ma swoje powody. Ale on nie przyda się nikomu jako psychotyk, a do tego szybko zmierzamy!
Sean pokiwał głową, rozcierając sobie przedwcześnie obwisłe policzki.
— Candotti ma rację. Nie można komuś wciąż rozpieprzać neurochemii. Będzie gorzej.
— Muszę się zgodzić — oświadczył Joseba, przeczesując palcami swoje splątane włosy i wpatrując się w Żelaznego Konia. Przeciągnął się i ziewnął. — Bez względu na to, jakie były powody, by faszerować go narkotykiem, nadszedł czas, by zastanowić się nad konsekwencjami.
— Mam nadzieję, że przestał się już dąsać — powiedział Carlo, rezygnując ze swojej sztucznej obojętności, bo sam wciąż ostatnio śnił o wpadaniu w ciemne dziury bez dna. Trudno było zachować obojętność wobec koszmarów Sandoza. — Twoja kolej, Żelazny Koniu — dodał lekkim tonem, pragnąc, by Danny go wyręczył.
— To nie jest tylko działanie ąuellu — ostrzegł John, spoglądając gniewnie na Danny’ego. — Rozwaliliście mu całe życie… po raz drugi. Znowu jest całkowicie rozbity, tym razem przez ludzi, którym miał prawo zaufać.
— Trzeba pozamykać noże — poradził pogodnie Frans Vanderhelst; w mdłym świetle jego wielki brzuch bielał jak księżyc w pełni. — Bo inaczej Szef dostanie nożem w plecy.
Nico potrząsnął głową.
— Na pokładzie „Giordana Bruna” nie będzie żadnej bójki — oświadczył stanowczo i rozpromienił się, kiedy don Carlo pokiwał głową.