Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 77 78 79 80 81 82 83 84 85 ... 163
Перейти на страницу:

– No a teraz ty mi coś powiedz – rzekł Chispas; chciał, żeby to wypadło lekko i serdecznie, ale zaczerwienił się. Kiedy przestaniesz się stawiać i wrócisz do domu.

– Nigdy nie wrócę do domu, Chispas – powiedział Santiago. Lepiej mówmy o czym innym.

– No, ale czemu nie wrócisz? – udawał zdziwienie, Zavalita, robił minę, jakby ci nie wierzył. – Co ci zrobili nasi starzy, że nie chcesz mieszkać razem z nimi? Nie wygłupiaj się, nie bądź wariat.

– Nie będziemy się kłócić – powiedział Santiago. – Mam do ciebie prośbę. Podrzuć mnie na Chorrillos, muszę wstąpić po jednego kumpla, robimy razem reportaż.

– Wcale się nie chcę kłócić, ale ciebie trudno rozgryźć – powiedział Chispas. – Nikt ci nic nie zrobił, a tyś się uparł, żeby pracować po nocach zamiast w dzień, nie pokazujesz się, rzuciłeś rodzinę, i to bez powodu, bo ci coś strzeliło do głowy. Nie, cholera, nic z tego nie rozumiem.

– I nie zrozumiesz, więc podrzuć mnie na Chorrillos, bo już trochę późno – powiedział Santiago. Masz czas?

– Niech ci będzie – powiedział Chispas. – Dobra, mądralo, mogę cię podrzucić.

Zapalił silnik i radio: podawali wiadomości o strajku w Arequipie.

– Przepraszam, nie chciałem przeszkadzać, ale muszę zabrać ciuchy, zaraz wyjeżdżam – twarz i głos Ludovica były tak pełne goryczy, jakby miał wyjechać prosto na cmentarz. – Jak się masz, Amalio.

Nie patrzył na nią, jakby była jednym z tych przedmiotów, które Ludovico oglądał co dzień w swoim pokoju, i Amalia poczuła dojmujący wstyd. Ludovico przyklęknął koło łóżka, i wyciągnął walizkę. Zaczął w nią wrzucać bieliznę, która wisiała na hakach. Nawet się nie zdziwił na twój widok, głupia, wiedział, że tu jesteś, Ambrosio na pewno wypożyczył od niego pokój, wiadomo na co, to kłamstwo, że miał się z nim zobaczyć, Ludovico wpadł tylko przypadkiem. Ambrosiowi najwidoczniej to było nie na rękę. Usiadł na łóżku i kopcąc papierosa patrzył, jak Ludovico układa w walizce koszule i skarpetki.

– Zabierają cię, ciągają, wysyłają – zrzędził Ludovico sam do siebie. – I niech mi kto powie, co to za życie.

– Dokąd teraz jedziesz? – powiedział Ambrosio.

– Do Arequipy – mruknął Ludovico. – Ci z Koalicji mają tam robić manifestację przeciw rządowi, chyba będzie jakaś draka. Z Góralami nigdy nic nie wiadomo, zaczyna się od manifestacji, a kończy rewolucją.

Cisnął podkoszulkę do walizki i westchnął zgnębiony. Ambrosio spojrzał na Amalię i mrugnął do niej, ale ona odwróciła wzrok.

– Dobrze ci się śmiać, Murzynie, siedzisz sobie jak w teatrze – powiedział Ludovico. – Ty już to masz za sobą i nawet nie chcesz pamiętać, jak to razem byliśmy na służbie. Chciałbym cię widzieć w mojej skórze, Ambrosio.

– Daj spokój, bracie, nie przejmuj się – powiedział Ambrosio.

– Wypadł ci wolny dzień, a tu cię wzywają, zbieraj się, samolot o piątej – znów popatrzył z udręką na Ambrosia i Amalię. – I człowiek nawet nic wie, na jak długo ani co go czeka tam, gdzie jedzie.

– Nic ci się nie stanie, a przynajmniej zobaczysz Arequipę – powiedział Ambrosio. – Przynajmniej się przewietrzysz, Ludovico. Jedziesz z Hipolitem?

– Tak – rzekł Ludovico zamykając walizkę. – Ach, Murzynie, jak nam było dobrze u don Cayo, do śmierci nie odżałuję, że mnie przenieśli.

– Przecież sam chciałeś, nie? – roześmiał się Ambrosio. – Po coś się skarżył, że na nic nie masz czasu? Samiście prosili o przeniesienie, ty i Hipólito, nie?

– No dobra, zostawiam wam chatę – powiedział Ludovico i Amalia nie wiedziała, gdzie podziać oczy. – Pilnuj klucza, Murzynie, a jak będziesz wychodził, zanieś go doñi Carmen, tam w bramie.

Od progu rzucił im smutne do widzenia i wyszedł. Amalia poczuła, jak krew rozpłomienia całe jej ciało, a Ambrosio, kiedy ona wstała i szła ku niemu, nie ruszył się z miejsca widząc jej minę.

– Wiedział, że tu jestem, wcale się nie zdziwił, jak mnie zobaczył – jej oczy, jej ręce mu groziły – kłamałeś, wcale nie przyszedłeś do niego, dał ci klucz od pokoju, żeby…

– Nie zdziwił się, bo mu powiedziałem, że jesteś moją żoną – powiedział Ambrosio. – Co to, nie mogę tu przyjść z żoną, kiedy mi się spodoba?

– Nie jestem, nie byłam i nie jestem – krzyczała Amalia. – Ukartowaliście to razem z twoim koleżką, pożyczył ci…

– Ludovico to tak jak mój brat, a ten pokój to jakby mój dom – powiedział Ambrosio. – Nie bądź niemądra, ja tutaj mogę robić, co mi się podoba.

– Na pewno myśli, że nie mam wstydu, nawet mi nie podał ręki, nawet na mnie nie spojrzał. Na pewno myśli, że…

– Nie podał ci ręki, bo wie, że jestem zazdrosny – powiedział Ambrosio. – Nie spojrzał, bo nie chce, żebym się rozgniewał. No nie bądź niemądra, Amalio.

Wszedł kelner ze szklanką wody i Bermúdez przerwał na chwilę. Wypił łyk, odkaszlnął: rząd jest wdzięczny wszystkim obywatelom Cajamarca, a szczególnie panom z Komitetu Powitalnego, za ich starania, zmierzające do tego, aby wizyta prezydenta stała się prawdziwym wydarzeniem, i wreszcie się zdecydował, i teraz widział, jak za firanką z tiulu błyskawicznie zmieniają się jej partnerki: wszystko to jednak pociągnie za sobą koszty, a nie można dopuścić do tego, aby podróż prezydenta odbiła się również i na ich kieszeni. Milczenie stało się bardziej wymowne i mógł usłyszeć, jak zebrani wstrzymują oddech, widzieć zaciekawienie na ich twarzach, złośliwość w ich źrenicach utkwionych w niego: ona i Hortensja, ona i Maclovia, ona i Carmincha, ona i Chinka. Znów zakaszlał, lekko się skrzywił: tak więc ma tutaj instrukcję ministerstwa, aby oddać do dyspozycji komitetu pewną sumę, która by ulżyła tym wydatkom, i nagle na środku sali wyrosła postać don Remigio Saldívara, ona i Hortensja: dosyć, señor Bermúdez. Kłąb ciał i prześcieradeł, i tiulowych firanek, włosy, tak czarne, które wiły się i plątały, i poczuł w ustach ślinę, ciepłą i gęstą jak sperma. Kiedy utworzono komitet, prefekt policji oświadczył, że będzie dysponował pewną sumą na te cele, don Remigio Saldívar wyprostował się dumnie i z powagą, i już wtedy stanowczo odrzuciliśmy tę ofertę. Potakujący pomruk, na twarzach prowincjonalna, wyzywająca duma, i Bermúdez otworzył usta i zmrużył oczy: ale przecież zmobilizowanie ludności, odciągnięcie ludzi z pól pociągnie za sobą straty pieniężne, señor Saldívar, doskonale, niech sfinansują bankiet, przyjęcia, ale inne wydatki to już nie ich sprawa, i usłyszał oburzone głosy, oskarżycielskie poruszenie, i don Remigio Saldivar arogancko rozłożył ramiona: nie przyjmą ani centavo, nie trzeba im pieniędzy. Z własnych kieszeni ugoszczą prezydenta, jednogłośnie postanowili, zebrane przez nich fundusze wystarczą aż nadto, Cajamarca nie potrzebuje niczyjej pomocy, żeby uczcić Odrię, dosyć tego. Bermúdez wstał i potakiwał głową, i tamte postacie rozpłynęły się, jakby były obłokiem dymu: on nie nalegał, nie chciał ich obrażać, w imieniu prezydenta dziękuje za ich szlachetną, wielkoduszną postawę. Ale jeszcze nie mógł wyjść, bo na salę wbiegli kelnerzy z napojami i zakąskami. Wmieszał się w tłum, wypił oranżadę, krzywiąc się w uśmiechu wysłuchał żartobliwych docinków. Musi pan po/nać ludzi z Cajamarca, señor Bermúdez, i don Remigio Saldívar przedstawił mu siwowłosego mężczyznę o ogromnym nosie: doktor Lanusa, kazał na własny koszt zrobić piętnaście tysięcy chorągiewek niezależnie od swego udziału w składce na fundusz komitetu, señor Bermúdez. I niech pan nie myśli, to nie dlatego, że udało mu się tak wykręcić, aby nowa autostrada biegła akurat koło jego hacjendy, roześmiał się deputowany Azpilcueta. Wychwalali go, aż doktor Lanusa się śmiał, ach, te języki panów z Cajamarca. Tak, nie wątpię, wszystko robicie z rozmachem, usłyszał swój własny głos. A pan chce ich urazić w czułe miejsce, señor Bermúdez, zobaczył rozbiegane oczy deputowanego Mendiety, błyszczące nad szklanką piwa, zobaczy pan, jak to przyjmą. Spojrzał na zegarek, już tak późno? bardzo żałuje, ale musi iść. Twarze, dłonie, do zobaczenia, miło mi było pana poznać. Senator Heredia i deputowany Mendieta odprowadzili go aż do schodów, a tam czekał sympatyczny czarnuch o usłużnym spojrzeniu. Inżynier Lama, don Cayo, i pomyślał: posada? protekcja? interes? Członek Komitetu Powitalnego, señor Bermúdez, i pierwszy agronom w departamencie. Bardzo mi miło, czym mogę służyć. Mój siostrzeniec, proszę wybaczyć, że w takiej chwili, jego matka szaleje z niepokoju i tak nalegała, że. Uśmiechnął się zachęcająco, wyjął z kieszeni notes, co takiego zrobił młody człowiek? Posłali go na uniwersytet do Trujillo, kosztowało ich to wiele wyrzeczeń, proszę pana, a tam źle nim pokierowano, wpadł w złe towarzystwo, nigdy przedtem nie mieszał się do polityki. Doskonale, inżynierze, on się tym zajmie osobiście, jak się nazywa ten młodzieniec? aresztowany w Limie czy w Trujillo? Zszedł po schodach, na ulicy Colón już paliły się światła. Ambrosio i Ludovico stojąc przed drzwiami palili i rozmawiali. Na jego widok rzucili pety: San Miguel.

1 ... 77 78 79 80 81 82 83 84 85 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)