Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Popatrzyła, co upuścił, zupełnie nie potrafiąc tego zidentyfikować. Machinalnie pochyliła się i podniosła tę rzecz. Biała, kulista, lepko przylgnęła do dłoni, znacząc ją czerwienią. Wiedziała już, co trzyma, mimo to nie upuściła ani nie odrzuciła tego od siebie, niezdolna zaakceptować okropieństwa.
Oko.
Spojrzała na jego drugą, wciąż zaciśniętą dłoń. Mężczyzna przyszedł pod wieżę, niosąc własne oczy. Berdeth nieproszony wtargnął w jej umysł, połączył się. Trzymany w ręku kształt przestał napawać ją grozą.
Wyczuła ich z tyłu w tym samym momencie, gdy konie parsknęły ostrzegawczo. Ludzie i zwierzęta. Odrzuciła strzęp ciała, sięgnęła po szablę.
– Nie ruszać się! Pilnuj!!!
Ktokolwiek krzyczał, musiał mieć płuca jak kowalski miech. Pierwsze polecenie było do nich, drugie – do dziesięciu wielkich, masywnych psów, które nagle zakłębiły się wokół. Otoczyły ich, przywarły do ziemi, zawarczały, obnażając potężne kły. Mimowolnie odpowiedziała niskim, wyzywającym warknięciem, pokazała zęby w dzikim grymasie.
Ale zamarła, z szablą do połowy wyciągniętą z pochwy, psy wyglądały bowiem na przeciwnika, z którym wypadało się liczyć.
W parę chwil otoczyło ich kilkunastu ludzi. Dziwna zbieranina, chyba każdy nosił inny pancerz i inną broń, ale byli za dobrze uzbrojeni jak na górskich bandytów. No i te psy, na przednówku bandyci psy zjadali, a nie wykorzystywali do polowania na ludzi.
Prawie co drugi trzymał w rękach kuszę. Powoli, unikając szybszych ruchów, Kailean wsunęła szablę do pochwy.
– Mam nadzieję, że wiecie, jak to wygląda?
Ten, który się odezwał, nosił kolczugę i zwykły hełm. Okrągłą tarczę przewiesił przez plecy. Prosty, długi miecz trzymał w ręku niedbale, ale ze swobodą, sugerującą wprawę w posługiwaniu się bronią. Krótka, intensywnie ruda broda i niebieskie oczy – to pierwsze, na co zwracało się uwagę w jego wyglądzie.
– Oni trzymają tego nieszczęśnika, rozkrzyżowując go na ziemi – rudy wskazał głową – a ty stoisz z jego okiem w ręku.
Rzeczywiście. Ależ to musiało wyglądać z boku. Z wysiłkiem powstrzymała się od przełknięcia śliny.
– Gdybym dopiero teraz wyszedł zza wieży, kazałbym was zastrzelić na miejscu i z czystym sumieniem położył się wieczorem spać. Na wasze szczęście – kontynuował – siedzimy na skraju polany od dobrych trzech godzin. Widzieliśmy, jak podjeżdżacie, badacie wieżę, jak próbujecie mu pomóc.
Kocimiętka, wciąż siedzący na nogach okaleczonego mężczyzny, wyprostował się, ostrożnie poruszył rękami, opuścił je i rozluźnił.
– Podeszliście z drugiej strony? – zapytał chrapliwym głosem.
Kailean nagle poczuła jego zapach. Ostry, piżmowy, z nutą gniewu i szaleństwa. Zrozumiała, co miał na myśli, mówiąc kiedyś, że konie nie będą go chciały nieść.
– Sarden, nie – powiedziała spokojnie. – Żadnych głupstw.
– Właśnie, żadnych głupstw. – Obok dowódcy pojawił się kościsty, żylasty barbarzyńca z twarzą pokrytą tatuażami. – Jak będziemy unikać głupstw, może nikt nie zginie.
Przerzucił ciężki topór z ręki do ręki i uśmiechnął się. Dziwne, ale na widok tego uśmiechu poczuła się pewniej. Berdeth wycofał się, skulił głębiej w jej umyśle.
– Właśnie tak. To nie są bandyci. Choć nie postawiłabym na to wiele.
– I jeszcze nas obrażają... – Wytatuowany zmierzył ją wzrokiem. – Dwie kobiety i dwóch mężczyzn, konno, z bronią. Niecodzienny widok. Kim jesteście?
– A...
Kocimiętka najwyraźniej zamierzał zadać nieśmiertelne „A wy?”. Zły pomysł, gdy dziesięciu ludzi mierzy do ciebie z kusz.
– Kailean-ann-Alewan, Daghena Oanyter, Sarden Waedronyk i Janne Newaryw z wolnego czaardanu generała Laskolnyka – przerwała mu. – Chcieliśmy rozejrzeć się z wieży po okolicy.
– Porucznik Kenneth-lyw-Darawyt. – Rudy skinął dłonią i kusze skierowały się w ziemię. – A to Varhenn Velergorf, mój zastępca. Górska Straż. Kiedyś Czerwone Szóstki z Belenden, dziś Czerwone Szóstki z Bękartów Czarnego. Możecie go puścić, tylko nie wykonujcie gwałtownych ruchów, nie podobacie się psom.
W całkowitej ciszy zostawili rannego na ziemi i odsunęli się od niego. Psy wodziły za nimi wzrokiem, już nie warczały, ale podwinięte wargi wciąż obnażały kły. Wyglądało to tak, jakby uśmiechały się wyzywająco.
– Dobrze.
Na kolejny gest kilku żołnierzy podbiegło do mężczyzny, złapało go za ręce i nogi i sprawnie skrępowało. Kailean spojrzała na oficera i uniosła brwi w niemym pytaniu.
– To trzeci, którego znaleziono żywego. Dwóch wcześniejszych przegryzło sobie żyły, zanim miejscowe Szczury zdążyły z nimi porozmawiać. No i co, Wilk?
Strażnik, do którego skierował to pytanie, podszedł tak cicho, że nawet Berdeth go nie wyczuł.
– Nic, panie poruczniku. Była ich trójka, wypuścili go na skraju lasu, pewnie na ich widok, i zawrócili. Po trzydziestu krokach ślad się urywa. Jakby odfrunęli.
– Więc wracamy do zamku. A wy z nami. Mamy do pogadania.
* * *
– Od trzech miesięcy w górach giną ludzie. – Dowódca twierdzy pochylił się nad stołem i wlepił w nich wzrok. – Pisałem o tym do stolicy. A wszystko zaczęło się wkrótce po tym, jak dostałem rozkaz, że mam szukać drogi na Wyżynę Lytherańską, i to takiej, którą będzie mógł przejechać wóz. Znajduję ją, jest długa i niebezpieczna, trzeba zbudować dwa mosty i poszerzyć kilka przejść w skałach, ale da się nią przejechać. I nagle zaczynają ginąć ludzie. Wysyłam wieść do Meekhanu. I co? Zamiast kompanii czy dwóch Szczurów, wspartych kilkoma wielkimi magami, dostaję to! Jakbym miał mało problemów!
Kailean zdążyła już wyczuć, że w takich chwilach nie należy nic mówić. Kawer Monel, zwany nie wiedzieć czemu Czarnym Kapitanem, mimo iż generalski błękit na jego płaszczu kłuł w oczy, nie chciał zadawać im pytań, tylko na nich nawrzeszczeć. I trzeba mu było na to pozwolić, choćby ze względu na siwe włosy i pobrużdżoną zmarszczkami twarz.
Wiedziała, co go tak rozwścieczyło. Niby dostał rozkazy i powinien się tego właśnie spodziewać, lecz widok dziesięciu tysięcy wozów wjeżdżających w dolinę położoną u stóp zamku każdego mógł wyprowadzić z równowagi. Podobnie jak świadomość, że to tylko ćwierć kłopotów.