Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 77 78 79 80 81 82 83 84 85 ... 173
Перейти на страницу:

Po­pa­trzy­ła, co upu­ścił, zu­peł­nie nie po­tra­fiąc tego zi­den­ty­fi­ko­wać. Ma­chi­nal­nie po­chy­li­ła się i pod­nio­sła tę rzecz. Bia­ła, ku­li­sta, lep­ko przy­lgnę­ła do dło­ni, zna­cząc ją czer­wie­nią. Wie­dzia­ła już, co trzy­ma, mimo to nie upu­ści­ła ani nie od­rzu­ci­ła tego od sie­bie, nie­zdol­na za­ak­cep­to­wać okro­pień­stwa.

Oko.

Spoj­rza­ła na jego dru­gą, wciąż za­ci­śnię­tą dłoń. Męż­czy­zna przy­szedł pod wie­żę, nio­sąc wła­sne oczy. Ber­deth nie­pro­szo­ny wtar­gnął w jej umysł, po­łą­czył się. Trzy­ma­ny w ręku kształt prze­stał na­pa­wać ją gro­zą.

Wy­czu­ła ich z tyłu w tym sa­mym mo­men­cie, gdy ko­nie par­sk­nę­ły ostrze­gaw­czo. Lu­dzie i zwie­rzę­ta. Od­rzu­ci­ła strzęp cia­ła, się­gnę­ła po sza­blę.

– Nie ru­szać się! Pil­nuj!!!

Kto­kol­wiek krzy­czał, mu­siał mieć płu­ca jak ko­wal­ski miech. Pierw­sze po­le­ce­nie było do nich, dru­gie – do dzie­się­ciu wiel­kich, ma­syw­nych psów, któ­re na­gle za­kłę­bi­ły się wo­kół. Oto­czy­ły ich, przy­war­ły do zie­mi, za­war­cza­ły, ob­na­ża­jąc po­tęż­ne kły. Mi­mo­wol­nie od­po­wie­dzia­ła ni­skim, wy­zy­wa­ją­cym wark­nię­ciem, po­ka­za­ła zęby w dzi­kim gry­ma­sie.

Ale za­mar­ła, z sza­blą do po­ło­wy wy­cią­gnię­tą z po­chwy, psy wy­glą­da­ły bo­wiem na prze­ciw­ni­ka, z któ­rym wy­pa­da­ło się li­czyć.

W parę chwil oto­czy­ło ich kil­ku­na­stu lu­dzi. Dziw­na zbie­ra­ni­na, chy­ba każ­dy no­sił inny pan­cerz i inną broń, ale byli za do­brze uzbro­je­ni jak na gór­skich ban­dy­tów. No i te psy, na przed­nów­ku ban­dy­ci psy zja­da­li, a nie wy­ko­rzy­sty­wa­li do po­lo­wa­nia na lu­dzi.

Pra­wie co dru­gi trzy­mał w rę­kach ku­szę. Po­wo­li, uni­ka­jąc szyb­szych ru­chów, Ka­ile­an wsu­nę­ła sza­blę do po­chwy.

– Mam na­dzie­ję, że wie­cie, jak to wy­glą­da?

Ten, któ­ry się ode­zwał, no­sił kol­czu­gę i zwy­kły hełm. Okrą­głą tar­czę prze­wie­sił przez ple­cy. Pro­sty, dłu­gi miecz trzy­mał w ręku nie­dba­le, ale ze swo­bo­dą, su­ge­ru­ją­cą wpra­wę w po­słu­gi­wa­niu się bro­nią. Krót­ka, in­ten­syw­nie ruda bro­da i nie­bie­skie oczy – to pierw­sze, na co zwra­ca­ło się uwa­gę w jego wy­glą­dzie.

– Oni trzy­ma­ją tego nie­szczę­śni­ka, roz­krzy­żo­wu­jąc go na zie­mi – rudy wska­zał gło­wą – a ty sto­isz z jego okiem w ręku.

Rze­czy­wi­ście. Ależ to mu­sia­ło wy­glą­dać z boku. Z wy­sił­kiem po­wstrzy­ma­ła się od prze­łknię­cia śli­ny.

– Gdy­bym do­pie­ro te­raz wy­szedł zza wie­ży, ka­zał­bym was za­strze­lić na miej­scu i z czy­stym su­mie­niem po­ło­żył się wie­czo­rem spać. Na wa­sze szczę­ście – kon­ty­nu­ował – sie­dzi­my na skra­ju po­la­ny od do­brych trzech go­dzin. Wi­dzie­li­śmy, jak pod­jeż­dża­cie, ba­da­cie wie­żę, jak pró­bu­je­cie mu po­móc.

Ko­ci­mięt­ka, wciąż sie­dzą­cy na no­gach oka­le­czo­ne­go męż­czy­zny, wy­pro­sto­wał się, ostroż­nie po­ru­szył rę­ka­mi, opu­ścił je i roz­luź­nił.

– Po­de­szli­ście z dru­giej stro­ny? – za­py­tał chra­pli­wym gło­sem.

Ka­ile­an na­gle po­czu­ła jego za­pach. Ostry, piż­mo­wy, z nutą gnie­wu i sza­leń­stwa. Zro­zu­mia­ła, co miał na my­śli, mó­wiąc kie­dyś, że ko­nie nie będą go chcia­ły nieść.

– Sar­den, nie – po­wie­dzia­ła spo­koj­nie. – Żad­nych głupstw.

– Wła­śnie, żad­nych głupstw. – Obok do­wód­cy po­ja­wił się ko­ści­sty, ży­la­sty bar­ba­rzyń­ca z twa­rzą po­kry­tą ta­tu­aża­mi. – Jak bę­dzie­my uni­kać głupstw, może nikt nie zgi­nie.

Prze­rzu­cił cięż­ki to­pór z ręki do ręki i uśmiech­nął się. Dziw­ne, ale na wi­dok tego uśmie­chu po­czu­ła się pew­niej. Ber­deth wy­co­fał się, sku­lił głę­biej w jej umy­śle.

– Wła­śnie tak. To nie są ban­dy­ci. Choć nie po­sta­wi­ła­bym na to wie­le.

– I jesz­cze nas ob­ra­ża­ją... – Wy­ta­tu­owa­ny zmie­rzył ją wzro­kiem. – Dwie ko­bie­ty i dwóch męż­czyzn, kon­no, z bro­nią. Nie­co­dzien­ny wi­dok. Kim je­ste­ście?

– A...

Ko­ci­mięt­ka naj­wy­raź­niej za­mie­rzał za­dać nie­śmier­tel­ne „A wy?”. Zły po­mysł, gdy dzie­się­ciu lu­dzi mie­rzy do cie­bie z kusz.

– Ka­ile­an-ann-Ale­wan, Da­ghe­na Oany­ter, Sar­den Wa­edro­nyk i Jan­ne Ne­wa­ryw z wol­ne­go cza­ar­da­nu ge­ne­ra­ła La­skol­ny­ka – prze­rwa­ła mu. – Chcie­li­śmy ro­zej­rzeć się z wie­ży po oko­li­cy.

– Po­rucz­nik Ken­neth-lyw-Da­ra­wyt. – Rudy ski­nął dło­nią i ku­sze skie­ro­wa­ły się w zie­mię. – A to Var­henn Ve­ler­gorf, mój za­stęp­ca. Gór­ska Straż. Kie­dyś Czer­wo­ne Szóst­ki z Be­len­den, dziś Czer­wo­ne Szóst­ki z Bę­kar­tów Czar­ne­go. Mo­że­cie go pu­ścić, tyl­ko nie wy­ko­nuj­cie gwał­tow­nych ru­chów, nie po­do­ba­cie się psom.

W cał­ko­wi­tej ci­szy zo­sta­wi­li ran­ne­go na zie­mi i od­su­nę­li się od nie­go. Psy wo­dzi­ły za nimi wzro­kiem, już nie war­cza­ły, ale pod­wi­nię­te war­gi wciąż ob­na­ża­ły kły. Wy­glą­da­ło to tak, jak­by uśmie­cha­ły się wy­zy­wa­ją­co.

– Do­brze.

Na ko­lej­ny gest kil­ku żoł­nie­rzy pod­bie­gło do męż­czy­zny, zła­pa­ło go za ręce i nogi i spraw­nie skrę­po­wa­ło. Ka­ile­an spoj­rza­ła na ofi­ce­ra i unio­sła brwi w nie­mym py­ta­niu.

– To trze­ci, któ­re­go zna­le­zio­no ży­we­go. Dwóch wcze­śniej­szych prze­gry­zło so­bie żyły, za­nim miej­sco­we Szczu­ry zdą­ży­ły z nimi po­roz­ma­wiać. No i co, Wilk?

Straż­nik, do któ­re­go skie­ro­wał to py­ta­nie, pod­szedł tak ci­cho, że na­wet Ber­deth go nie wy­czuł.

– Nic, pa­nie po­rucz­ni­ku. Była ich trój­ka, wy­pu­ści­li go na skra­ju lasu, pew­nie na ich wi­dok, i za­wró­ci­li. Po trzy­dzie­stu kro­kach ślad się ury­wa. Jak­by od­fru­nę­li.

– Więc wra­ca­my do zam­ku. A wy z nami. Mamy do po­ga­da­nia.

* * *

– Od trzech mie­się­cy w gó­rach giną lu­dzie. – Do­wód­ca twier­dzy po­chy­lił się nad sto­łem i wle­pił w nich wzrok. – Pi­sa­łem o tym do sto­li­cy. A wszyst­ko za­czę­ło się wkrót­ce po tym, jak do­sta­łem roz­kaz, że mam szu­kać dro­gi na Wy­ży­nę Ly­the­rań­ską, i to ta­kiej, któ­rą bę­dzie mógł prze­je­chać wóz. Znaj­du­ję ją, jest dłu­ga i nie­bez­piecz­na, trze­ba zbu­do­wać dwa mo­sty i po­sze­rzyć kil­ka przejść w ska­łach, ale da się nią prze­je­chać. I na­gle za­czy­na­ją gi­nąć lu­dzie. Wy­sy­łam wieść do Me­ekha­nu. I co? Za­miast kom­pa­nii czy dwóch Szczu­rów, wspar­tych kil­ko­ma wiel­ki­mi ma­ga­mi, do­sta­ję to! Jak­bym miał mało pro­ble­mów!

Ka­ile­an zdą­ży­ła już wy­czuć, że w ta­kich chwi­lach nie na­le­ży nic mó­wić. Ka­wer Mo­nel, zwa­ny nie wie­dzieć cze­mu Czar­nym Ka­pi­ta­nem, mimo iż ge­ne­ral­ski błę­kit na jego płasz­czu kłuł w oczy, nie chciał za­da­wać im py­tań, tyl­ko na nich na­wrzesz­czeć. I trze­ba mu było na to po­zwo­lić, choć­by ze wzglę­du na siwe wło­sy i po­bruż­dżo­ną zmarszcz­ka­mi twarz.

Wie­dzia­ła, co go tak roz­wście­czy­ło. Niby do­stał roz­ka­zy i po­wi­nien się tego wła­śnie spo­dzie­wać, lecz wi­dok dzie­się­ciu ty­się­cy wo­zów wjeż­dża­ją­cych w do­li­nę po­ło­żo­ną u stóp zam­ku każ­de­go mógł wy­pro­wa­dzić z rów­no­wa­gi. Po­dob­nie jak świa­do­mość, że to tyl­ko ćwierć kło­po­tów.

1 ... 77 78 79 80 81 82 83 84 85 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)