Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
A tu nagle nowe bielutkie domki, brukowane ulice, świeżo posadzone krzewy! Żadnych żebraków, oberwańców, trędowatych. Zajazd zaś, w którym Salach się zatrzymał, by dowiedzieć się o dalszą drogę, wydał się wyczerpanej podróżą Pelagii prawdziwym pałacem.
Wzięła prysznic, wypiła mocną herbatę, rozczesała włosy i zmieniła bieliznę. Salach tymczasem prowadził poważną rozmowę z właścicielem. Zanim ustalił wszystko, o co prosiła go Pelagia, wypił siedem, a może osiem filiżanek kawy.
Okazało się, że nowo zbudowane miasto Usdum (tak po arabsku nazywa się Sodoma) oddalone jest od Bet-Kebiru zaledwie o piętnaście wiorst, ale kobiety mają tam zakaz wstępu. Lutowie to ludzie dobrzy, pracę i dostawy opłacają szczodrze, ale mają swoje zasady.
– Kim są „Lutowie"? – zapytała Polina Andriejewna.
– Lutowie to ludzie Luta. Tego, co to uciekł z Usdumu, a miasto spłonęło.
Ach, tak, zrozumiała Pelagia, ludzie Lota, to znaczy pederaści. Salach wyjaśnił, że robotnicy z Bet-Kebiru dostają się do Usdumu za specjalnymi przepustkami, dla kobiet zaś ostatnią granicę stanowi rogatka w odległości pięciu wiorst od miasta. Droga jest tylko jedna, przebija się między morzem a wydłużoną górą Dżebel-Usdum. Na rogatce stoją tureccy żołnierze, ich dowódca nazywa się Said-bej. Turcy strzegą drogi bardzo pilnie, nie śpią nawet w nocy, co w ich przypadku może zdumiewać. Ponadto nie biorą bakszyszu, co zdumiewa podwójnie. A wszystko dlatego, że Lutowie bardzo dobrze ich opłacają. Dawniej Said-bej i jego żołnierze koczowali w namiotach na pustyni. Łapali przemytników i żyło im się bardzo, bardzo źle, a teraz Lutowie poprosili czcigodnego juzbaszę, żeby przeniósł swój posterunek na drogę, i Turkom zaczęło się żyć bardzo, bardzo dobrze.
Informacje nie były pocieszające, Pelagia zaniepokoiła się.
– Czy nie można obejść rogatki przez pustynię, z drugiej strony góry?
Salach udał się do właściciela na kolejne kawy.
– Nie, nie można – powiedział po powrocie. – Za dnia żołnierze zobaczą z góry, mają tam wieżyczkę. A w nocy przez pustynię nie przejedziesz ani nie przejdziesz: dziury, kamienie, noga połamiesz, szyja skręcisz.
– Powiedz gospodarzowi, że temu, kto przeprowadzi mnie przez posterunek, dam dwadzieścia franków.
Wierny pomocnik znowu udał się na pertraktacje. Po czterech filiżankach kawy wrócił z zagadkowym i zadowolonym wyrazem twarzy.
– Można. Góra Dżebel-Usdum dziurawa. Wiosną woda płynie, dziurka znajduje. Tysiąc lat woda płynie – tam jaskinia. Gospodarz wie, jak przeleźć, ale dwadzieścia frank mało. Chce pięćdziesiąt. Jaskinia straszna, żyją tam dżiny ognia.
Usłyszawszy o jaskini, Polina Andriejewna zadrżała. Znowu pchać się w głąb ziemi? Mowy nie ma – niechby tam nawet nie było żadnych dżinów.
Salach zrozumiał jej grymas po swojemu. Pomyślał chwilę, podrapał się po głowie.
– No tak, pięćdziesiąt frank to bardzo dużo. Daj mnie dwadzieścia pięć, a ja cię przewiozę bez jaskinia.
– Jak?!
– Moja sprawa – odrzekł Palestyńczyk z chytrym uśmiechem.
I oto jechali wzdłuż niezbyt wysokiego grzbietu, który jednak wyróżniał się tym, że leżał poniżej poziomu morza. Przed nimi ukazał się duży brezentowy namiot i szlaban – turecki posterunek.
Polina Andriejewna rozejrzała się.
Z tyłu toczyła się potężna fura z napisem „S&G Ltd" na boku, wyładowana ziemią ogrodniczą.
– Gdzie mnie ukryjesz? – Mniszka po raz setny zapytała milczącego tajemniczo Salacha.
– Nigdzie. Odwróć się.
Wyjął z podróżnej torby lakowe pudełeczko.
– Co to?
– Podarek. Marusi kupił. Trzy frank płacił – oddasz. Pelagia ujrzała w malutkich przegródkach bielidło, pomadkę do ust, puder i jeszcze coś lepkiego, czarnego.
– Nie kręć głowa – powiedział Salach, przytrzymując ją za brodę.
Zanurzył palec i szybko namalował Polinie Andriejewnie coś na policzkach. Roztarł. Pociągnął pędzelkiem brwi i rzęsy. Potem pomalował pomadką usta.
– Po co?! – wymamrotała zaskoczona mniszka. Wydobyła lusterko i wpadła w przerażenie. Patrzyła na nią okropnie wymalowana fizjonomia: buraczkowe policzki, ogromne rozstrzelone brwi, podkreślone oczy, wulgarnie soczyste wargi.
– Oszalałeś?! Zawracaj! – zawołała Pelagia, ale chantur podjeżdżał już do szlabanu.
– Milcz i uśmiechaj się, cały czas uśmiechaj, i rób tak. – Salach poruszył brwiami w górę i na dół, przewrócił oczami. – Szerzej się uśmiechaj, całkiem szerzej, żeby wszystkie zęby było widać.
Na protesty było za późno. Pelagia rozciągnęła wargi, jak tylko mogła.
Podeszli dwaj żołnierze w wypłowiałych niebieskich mundurach i oficer przy szabli – z pewnością ów Said-bej.
Gniewnie wskazał palcem Pelagię i zaczął kląć. Na furę z ziemią zaś nawet nie spojrzał – przejechała najspokojniej pod uniesionym szlabanem.
Polina zrozumiała słowo kadyn – zdaje się, że po turecku oznacza ono kobietę. No pewnie, za chwilę oficer zawróci ich i na tym koniec podróży.
Salach nie przestraszył się wymyślań – powiedział coś ze śmiechem. Said-bej popatrzył na Pelagię z zaciekawieniem i zadał jakieś pytanie. W jego głosie wyraźnie słychać było powątpiewanie.
Palestyńczyk pochwycił nagle i uniósł dół sukni pasażerki. Ze strachu Pelagia uśmiechnęła się tak, że aż poruszyły jej się uszy.
Żołnierze zarżeli, oficera także to rozbawiło – machnął ręką: no dobra, jedź.
– Co... coś ty mu powiedział? – zapytała lękliwie Pelagia, kiedy rogatka została z tyłu.
– Że ty chłopiec przebrany za babę. Że Lutowie kupili ciebie w Jaffie. Juzbasza najpierw nie wierzył. To mówię: „Nie wierzysz – patrz mu między nogi". I chcę tobie sukienkę podnieść. Said-bej nie będzie chłopiec patrzyć między nogi, bo żołnierze myśleć, że ich juzbasza też jest Lutem.
– A... a gdyby jednak zajrzał? – zapytała pobladła Pelagia.
Salach filozoficznie wzruszył ramionami.
– Wtenczas źle. Ale on nie zajrzał, rogatka przejechali, a od ciebie jeszcze dwadzieścia pięć frank. Dług Poliny Andriejewny wobec jej woźnicy, przewodnika i dobroczyńcy urósł od dnia wyjazdu z Jerozolimy do astronomicznych rozmiarów. Pieniądze, które wypłaciła Fatimie, okazały się tylko zadatkiem. Salach dodał do tej sumy opłatę za strach, jaki przeżył w czasie czerkieskiej przygody, potem za drogę do Morza Martwego i oddzielnie z Bet-Kebiru do Usdumu. Po drodze zdarzały się i inne haracze, drobniejsze. Pelagia już sama nie wiedziała, ile wynosi całkowita kwota, i zaczynała się obawiać, że z tym szantażystą nigdy się nie rozliczy.
Nagle spostrzegła, że przygląda się jej dziwnie, nawet jakby jakoś poruszony.
– Co takiego? – zapytała Polina Andriejewna.
– Jesteś mądra i odważna – odrzekł z uczuciem Salach. – Najpierw myślałem, jaka nieładna. Bo czerwone włosy i chuda. Ale czerwone włosy można przywyknąć. I chuda nie będziesz, jeśli w domu siedzieć, dużo spać, dobrze jeść. A jak dać puder, pomadki, jesteś prawie ładna. Wiesz co?... – Głos mu zadrżał, a oczy błysnęły wilgocią. – Chodź do mnie czwarta żona. Wtenczas dług można nie płacić.
Oświadcza mi się, zrozumiała Pelagia i ku własnemu zdumieniu poczuła się pochlebiona.