Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Tak. Miał motywację. Wiedział, że jak wróci do kieratu, to nie przeżyje kolejnego dnia. A potem przysłali po mnie, bo powiedział im, że jako Verdanno umiem robić dobre siodła, a te nowe konie takich potrzebują. To nie była prawda… znałem lepszych rymarzy, ale ja też miałem motywację. I trochę umiałem. Dzięki niemu przeżyłem.
— A on dzięki tobie.
— Tak. Dwa psy, które nie zagryzły się nawzajem tylko dlatego, że łańcuch był za krótki, ocaliły sobie nawzajem życie. Jakby to nazwał twój kha-dar?
— Pewnie ironią.
— No to wypijmy za to.
Wychylili kubki.
— Twoje pawęże nie będą miały żadnego okucia? — zmieniła temat.
— Wzmocnię górną i boczne krawędzie prętami z tego żelaznego drewna. Muszą wystarczyć. Mamy mało żelaza. Mało stali, mało wszystkiego. Chociaż nie, łańcuchów mamy sporo. Rozkuwamy ogniwa i robimy z nich groty strzał. Albo zawiązujemy łańcuch w supeł, oblewamy go ołowiem i jest kiścień. Ołowiu mamy sporo, bo w tutejszych miastach często robili z niego dachówki. Ale z ołowiu nie zrobisz hełmu, pancerza ani miecza.
— Zdobyliście przecież sporo broni.
— Sporo — zgodził się. — Tak dużo, że teraz mniej więcej jedna kolczuga, hełm i miecz albo szabla przypada na dziesięciu chętnych. Ale wcześniej przypadała na stu. Bogaciśmy. Poza tym część naszej broni trafiła gdzie indziej. Mamy sojuszników i trzeba się z nimi dzielić.
Może sprawiło to wino, a może po prostu intuicja, ale dziewczyna od razu przypomniała sobie linię podziału, którą dostrzegła w namiocie dowódców.
— Uware Lew?
Skinięcie głowy potwierdziło jej podejrzenia.
— Lew i jego Uawari Nahs. Ma ich ponad dwa tysiące. Czarne jak noc, wysokie na siedem stóp demony, których boją się wszyscy, nawet Bawoły i kambehijska Płomienna Gwardia. Byli cennymi niewolnikami, ze względu na wielkość i siłę, ale i obawiano się ich także z tego powodu. Mówili mi, że w Konoweryn na plantacji nie można było ich mieć więcej niż trzech jednocześnie. Walczą krótkimi włóczniami z grotami na dwie stopy, toporami i womwe, takimi długimi na pięć stóp bojowymi sierpami. Widziałem konia przeciętego wpół jednym ciosem tej broni. I gromadzą wokół siebie innych z zachodu. Z czarnych plemion.
— Po co?
Pokręcił głową.
— Zadałaś złe pytanie. Mówiłem ci, że wielu niewolników nie pochodzi z północy. Meekhańczycy są najliczniejsi, ale mniej więcej czwarta część to ludzie zza zachodniej granicy. Znad Nwe, z Równiny Bahijskiej i innych krain za tymi wzgórzami. Imreli, Bahone, Wus Kare… kto by tam spamiętał te barbarzyńskie nazwy. Większość z nich trzyma się Uware i jego Uawari Nahs, bo… bo tak. Bo nawet jeśli ich plemiona kiedyś toczyły wojny, to i tak… Widzisz, ja przy kieracie bardziej nienawidziłem Meekhańczyków niż tego cholernego Błyskawicy. Bo pochodziliśmy z jednego zakątka świata. Tak to działa. Poza tym Lew ma przy sobie Królową Niewolników i o ile on rządzi nimi przez strach, o tyle ona trzyma ich serca. Demenaya nie bierze udziału w naradach ani nie pokazuje się za często, ale jeśli przyśle prośbę o sto beczek solonego mięsa, to je dostanie. Bo inaczej może kazać swoim ludziom porzucić nas i odejść.
Przemówiło przez nią wino.
— Może w takim razie każcie im iść i pocałować w dupsko wszystkie demony Mroku?
Kor’ben westchnął.
— Kahel nie chce zrezygnować z Uware i jego wojowników. Poza Uawari Nahs Lew ma jeszcze kilka tysięcy zbrojnych. Dobrze walczą, znają teren, wiedzą, jak przeżyć w tym lesie, jakie rośliny można tu hodować…
— I kiedy należy stąd odejść? — rzuciła, zerkając na jego twarz.
Wykrzywił się dziwnie, a jego dłonie mimowolnie rzuciły przekleństwo w av’anaho.
— Tak. To też. Jak mówił na naradzie, za dwa miesiące nadejdzie pora deszczów. To jak… jak zima na Stepach. Wszystko wtedy zamiera, handel, uprawa ziemi, wojny. Przez miesiąc nic, tylko leje. Niziny na wschód od nas zamieniają się w podmokłe łąki, rzeki zwiększają swoją szerokość dwukrotnie. Obserwowałem to rok w rok. Armie stoją w miastach, bo tutejsze drogi ledwo nadają się wtedy do podróży pieszo. Konnica czy wozy rozmamłałyby ich nawierzchnię w zasysającą wszystko breję. Jak nie znajdziesz sobie suchego miejsca, dopadnie cię jedna z tutejszych chorób, tyfus, febra, czerwona biegunka. Umrzesz, wysrywajac albo wyrzygując wnętrzności. Albo to i to.
Większość tego słyszała już na naradzie.
— I co zamierzacie zrobić?
Rzucił jej krótkim „Ha” i pokazał gestem wścibska koza.
— Musielibyśmy wypić jeszcze z pięć takich dzbanów, zanim wyciągniesz ze mnie takie sekrety, dziewczyno. Powiem ci za to, czego nie zrobimy. Nie pójdziemy, jak chcą niektórzy, na zachód. Uware chce, żebyśmy poszli w stronę Nwe. To rzeka płynąca w poprzek kontynentu, wiesz? Podobno tak wielka, że gdyby Tos była kucykiem, to Nwe musiałaby się urodzić jako słoń. Płynie przez ponad pół kontynentu, a jej ujście zajmuje Sewendeaha… neri? Chyba tak nazywa się to miasto. Z wielkim portem. Dotrzyjcie do niego, mówi Lew, a stamtąd statkami będziecie mieli trzy razy krótszą drogę do domu niż z Białego Konoweryn. To tylko tysiąc pięćset mil, co to dla was, mówi.
Twarz Wozaka ściągnęła się w gniewnym grymasie. Kailean prawie poczuła jego złość.
— Kłamca i głupiec — mówił dalej. — Nie poprowadzimy tylu tysięcy ludzi na zatracenie w dżunglach i na równinach za tymi wzgórzami. Między dzikie plemiona, z którymi musielibyśmy walczyć o wodę i jedzenie. Dla jego ludzi to najkrótsza droga do domu. Dla nas, do grobu.
Tak. To na te wieści czekał Laskolnyk. Konflikt między niewolnikami miejscowymi a tymi z północy był wyraźny. Czarni niewolni czuli zapach swoich ojczystych krain w zachodnich wiatrach. Na razie trzymali się Meekhańczyków, ale jeśli Kahel–saw-Kirhu zechce poprowadzić swoich ludzi w innym kierunku niż na zachód, to czy ta armia nie rozpadnie się na części? I to imię, Demenaya. Królowa Niewolników? Trzeba zapamiętać i przekazać. Kha-dar powinien wiedzieć, co z tym zrobić.
Przypomniała sobie coś jeszcze.
— A te… słonie?
— Co, słonie?
— Nie boicie się ich?