Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 77 78 79 80 81 82 83 84 85 ... 210
Перейти на страницу:

— Tak. Miał mo­ty­wa­cję. Wie­dział, że jak wró­ci do kie­ra­tu, to nie prze­ży­je ko­lej­ne­go dnia. A po­tem przy­sła­li po mnie, bo po­wie­dział im, że jako Ver­dan­no umiem ro­bić do­bre sio­dła, a te nowe ko­nie ta­kich po­trze­bu­ją. To nie była praw­da… zna­łem lep­szych ry­ma­rzy, ale ja też mia­łem mo­ty­wa­cję. I tro­chę umia­łem. Dzię­ki nie­mu prze­ży­łem.

— A on dzię­ki to­bie.

— Tak. Dwa psy, któ­re nie za­gry­zły się na­wza­jem tyl­ko dla­te­go, że łań­cuch był za krót­ki, oca­li­ły so­bie na­wza­jem ży­cie. Jak­by to na­zwał twój kha-dar?

— Pew­nie iro­nią.

— No to wy­pij­my za to.

Wy­chy­li­li kub­ki.

— Two­je pa­wę­że nie będą mia­ły żad­ne­go oku­cia? — zmie­ni­ła te­mat.

— Wzmoc­nię gór­ną i bocz­ne kra­wę­dzie prę­ta­mi z tego że­la­zne­go drew­na. Mu­szą wy­star­czyć. Mamy mało że­la­za. Mało sta­li, mało wszyst­kie­go. Cho­ciaż nie, łań­cu­chów mamy spo­ro. Roz­ku­wa­my ogni­wa i ro­bi­my z nich gro­ty strzał. Albo za­wią­zu­je­my łań­cuch w su­peł, ob­le­wa­my go oło­wiem i jest ki­ścień. Oło­wiu mamy spo­ro, bo w tu­tej­szych mia­stach czę­sto ro­bi­li z nie­go da­chów­ki. Ale z oło­wiu nie zro­bisz heł­mu, pan­ce­rza ani mie­cza.

— Zdo­by­li­ście prze­cież spo­ro bro­ni.

— Spo­ro — zgo­dził się. — Tak dużo, że te­raz mniej wię­cej jed­na kol­czu­ga, hełm i miecz albo sza­bla przy­pa­da na dzie­się­ciu chęt­nych. Ale wcze­śniej przy­pa­da­ła na stu. Bo­ga­ci­śmy. Poza tym część na­szej bro­ni tra­fi­ła gdzie in­dziej. Mamy so­jusz­ni­ków i trze­ba się z nimi dzie­lić.

Może spra­wi­ło to wino, a może po pro­stu in­tu­icja, ale dziew­czy­na od razu przy­po­mnia­ła so­bie li­nię po­dzia­łu, któ­rą do­strze­gła w na­mio­cie do­wód­ców.

— Uwa­re Lew?

Ski­nię­cie gło­wy po­twier­dzi­ło jej po­dej­rze­nia.

— Lew i jego Uawa­ri Nahs. Ma ich po­nad dwa ty­sią­ce. Czar­ne jak noc, wy­so­kie na sie­dem stóp de­mo­ny, któ­rych boją się wszy­scy, na­wet Ba­wo­ły i kam­be­hij­ska Pło­mien­na Gwar­dia. Byli cen­ny­mi nie­wol­ni­ka­mi, ze wzglę­du na wiel­kość i siłę, ale i oba­wia­no się ich tak­że z tego po­wo­du. Mó­wi­li mi, że w Ko­no­we­ryn na plan­ta­cji nie moż­na było ich mieć wię­cej niż trzech jed­no­cze­śnie. Wal­czą krót­ki­mi włócz­nia­mi z gro­ta­mi na dwie sto­py, to­po­ra­mi i wom­we, ta­ki­mi dłu­gi­mi na pięć stóp bo­jo­wy­mi sier­pa­mi. Wi­dzia­łem ko­nia prze­cię­te­go wpół jed­nym cio­sem tej bro­ni. I gro­ma­dzą wo­kół sie­bie in­nych z za­cho­du. Z czar­nych ple­mion.

— Po co?

Po­krę­cił gło­wą.

— Za­da­łaś złe py­ta­nie. Mó­wi­łem ci, że wie­lu nie­wol­ni­ków nie po­cho­dzi z pół­no­cy. Me­ekhań­czy­cy są naj­licz­niej­si, ale mniej wię­cej czwar­ta część to lu­dzie zza za­chod­niej gra­ni­cy. Znad Nwe, z Rów­ni­ny Ba­hij­skiej i in­nych kra­in za tymi wzgó­rza­mi. Im­re­li, Ba­ho­ne, Wus Kare… kto by tam spa­mię­tał te bar­ba­rzyń­skie na­zwy. Więk­szość z nich trzy­ma się Uwa­re i jego Uawa­ri Nahs, bo… bo tak. Bo na­wet je­śli ich ple­mio­na kie­dyś to­czy­ły woj­ny, to i tak… Wi­dzisz, ja przy kie­ra­cie bar­dziej nie­na­wi­dzi­łem Me­ekhań­czy­ków niż tego cho­ler­ne­go Bły­ska­wi­cy. Bo po­cho­dzi­li­śmy z jed­ne­go za­kąt­ka świa­ta. Tak to dzia­ła. Poza tym Lew ma przy so­bie Kró­lo­wą Nie­wol­ni­ków i o ile on rzą­dzi nimi przez strach, o tyle ona trzy­ma ich ser­ca. De­me­naya nie bie­rze udzia­łu w na­ra­dach ani nie po­ka­zu­je się za czę­sto, ale je­śli przy­śle proś­bę o sto be­czek so­lo­ne­go mię­sa, to je do­sta­nie. Bo ina­czej może ka­zać swo­im lu­dziom po­rzu­cić nas i odejść.

Prze­mó­wi­ło przez nią wino.

— Może w ta­kim ra­zie każ­cie im iść i po­ca­ło­wać w dup­sko wszyst­kie de­mo­ny Mro­ku?

Kor’ben wes­tchnął.

— Ka­hel nie chce zre­zy­gno­wać z Uwa­re i jego wo­jow­ni­ków. Poza Uawa­ri Nahs Lew ma jesz­cze kil­ka ty­się­cy zbroj­nych. Do­brze wal­czą, zna­ją te­ren, wie­dzą, jak prze­żyć w tym le­sie, ja­kie ro­śli­ny moż­na tu ho­do­wać…

— I kie­dy na­le­ży stąd odejść? — rzu­ci­ła, zer­ka­jąc na jego twarz.

Wy­krzy­wił się dziw­nie, a jego dło­nie mi­mo­wol­nie rzu­ci­ły prze­kleń­stwo w av’ana­ho.

— Tak. To też. Jak mó­wił na na­ra­dzie, za dwa mie­sią­ce na­dej­dzie pora desz­czów. To jak… jak zima na Ste­pach. Wszyst­ko wte­dy za­mie­ra, han­del, upra­wa zie­mi, woj­ny. Przez mie­siąc nic, tyl­ko leje. Ni­zi­ny na wschód od nas za­mie­nia­ją się w pod­mo­kłe łąki, rze­ki zwięk­sza­ją swo­ją sze­ro­kość dwu­krot­nie. Ob­ser­wo­wa­łem to rok w rok. Ar­mie sto­ją w mia­stach, bo tu­tej­sze dro­gi le­d­wo na­da­ją się wte­dy do po­dró­ży pie­szo. Kon­ni­ca czy wozy roz­mam­ła­ły­by ich na­wierzch­nię w za­sy­sa­ją­cą wszyst­ko bre­ję. Jak nie znaj­dziesz so­bie su­che­go miej­sca, do­pad­nie cię jed­na z tu­tej­szych cho­rób, ty­fus, fe­bra, czer­wo­na bie­gun­ka. Umrzesz, wy­sry­wa­jac albo wy­rzy­gu­jąc wnętrz­no­ści. Albo to i to.

Więk­szość tego sły­sza­ła już na na­ra­dzie.

— I co za­mier­za­cie zro­bić?

Rzu­cił jej krót­kim „Ha” i po­ka­zał ge­stem wścib­ska koza.

— Mu­sie­li­by­śmy wy­pić jesz­cze z pięć ta­kich dzba­nów, za­nim wy­cią­gniesz ze mnie ta­kie se­kre­ty, dziew­czy­no. Po­wiem ci za to, cze­go nie zro­bi­my. Nie pój­dzie­my, jak chcą nie­któ­rzy, na za­chód. Uwa­re chce, że­by­śmy po­szli w stro­nę Nwe. To rze­ka pły­ną­ca w po­przek kon­ty­nen­tu, wiesz? Po­dob­no tak wiel­ka, że gdy­by Tos była ku­cy­kiem, to Nwe mu­sia­ła­by się uro­dzić jako słoń. Pły­nie przez po­nad pół kon­ty­nen­tu, a jej uj­ście zaj­mu­je Se­wen­de­aha… neri? Chy­ba tak na­zy­wa się to mia­sto. Z wiel­kim por­tem. Do­trzyj­cie do nie­go, mówi Lew, a stam­tąd stat­ka­mi bę­dzie­cie mie­li trzy razy krót­szą dro­gę do domu niż z Bia­łe­go Ko­no­we­ryn. To tyl­ko ty­siąc pięć­set mil, co to dla was, mówi.

Twarz Wo­za­ka ścią­gnę­ła się w gniew­nym gry­ma­sie. Ka­ile­an pra­wie po­czu­ła jego złość.

— Kłam­ca i głu­piec — mó­wił da­lej. — Nie po­pro­wa­dzi­my tylu ty­się­cy lu­dzi na za­tra­ce­nie w dżun­glach i na rów­ni­nach za tymi wzgó­rza­mi. Mię­dzy dzi­kie ple­mio­na, z któ­ry­mi mu­sie­li­by­śmy wal­czyć o wodę i je­dze­nie. Dla jego lu­dzi to naj­krót­sza dro­ga do domu. Dla nas, do gro­bu.

Tak. To na te wie­ści cze­kał La­skol­nyk. Kon­flikt mię­dzy nie­wol­ni­ka­mi miej­sco­wy­mi a tymi z pół­no­cy był wy­raź­ny. Czar­ni nie­wol­ni czu­li za­pach swo­ich oj­czy­stych kra­in w za­chod­nich wia­trach. Na ra­zie trzy­ma­li się Me­ekhań­czy­ków, ale je­śli Ka­hel–saw-Kir­hu ze­chce po­pro­wa­dzić swo­ich lu­dzi w in­nym kie­run­ku niż na za­chód, to czy ta ar­mia nie roz­pad­nie się na czę­ści? I to imię, De­me­naya. Kró­lo­wa Nie­wol­ni­ków? Trze­ba za­pa­mię­tać i prze­ka­zać. Kha-dar po­wi­nien wie­dzieć, co z tym zro­bić.

Przy­po­mnia­ła so­bie coś jesz­cze.

— A te… sło­nie?

— Co, sło­nie?

— Nie bo­icie się ich?

1 ... 77 78 79 80 81 82 83 84 85 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)