Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Pokrzepiam się — wyjaśnił Portos — nic tak nie osłabia, jak te diabelskie zwichnięcia, czy miałeś kiedy z tym do czynienia, Atosie?
— Nigdy; przypominam sobie tylko, że w czasie utarczki przy ulicy Férou dostałem cios szpadą, który po dwóch tygodniach przyprawiał mnie o takież cierpienia.
— A czy ta kolacja była przygotowana dla ciebie samego, mój drogi Portosie? — rzekł Aramis.
— Nie, spodziewałem się kilku szlachty z sąsiedztwa, ale dali mi znać, że nie przybędą; wy ich zastąpicie, nie stracę na zamianie. Hola, Mousqueton, krzeseł! I niech przyniosą drugie tyle wina.
— Czy wiecie, co jemy? — zapytał Atos po upływie dziesięciu minut.
— Tam do licha — odparł d’Artagnan — ja jem szpikowaną cielęcinę z hiszpańskimi karczochami i móżdżkiem.
— A ja comber z jagnięcia — rzekł Portos.
— A ja potrawkę z drobiu — rzekł Aramis.
— Mylicie się wszyscy, panowie — odparł z powagą Atos — jecie bowiem konia.
— Cóż znowu! — zawołał d’Artagnan.
— Konia! — skrzywił się z niesmakiem Aramis.
Tylko Portos nie odpowiadał.
— Tak, konia; prawda, Portosie, że jemy konia? Być może, że wraz z uprzężą.
— Nie, panowie, zachowałem siodło — odrzekł Portos.
— Na honor, wszyscy jesteśmy siebie warci — powiedział Aramis — można by powiedzieć, żeśmy się umówili.
— Co chcecie — rzekł Portos — goście czuli się upokorzeni widokiem tego konia, nie chciałem im robić przykrości.
— Tym bardziej że twoja księżna jest wciąż u wód — rzekł d’Artagnan.
— Wciąż jeszcze — odparł Portos. — Zarządca prowincji, jeden z tych panów, których zaprosiłem dziś na obiad, pragnął go tak bardzo, że mu go dałem.
— Dałeś? — zawołał d’Artagnan.
— Ach, mój Boże, dałem! Tak się mówi, wart był bowiem na pewno sto pięćdziesiąt luidorów, a ten sknera nie chciał mi zapłacić więcej jak osiemdziesiąt.
— Bez siodła? — zapytał Aramis.
— Tak, bez siodła.
— Zauważcie, panowie — rzekł Atos — że Portos zrobił najlepszy interes z nas wszystkich.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, niezrozumiałym dla biednego Portosa; ale wkrótce wyjaśniono mu przyczynę wesołości i Portos śmiał się wraz z innymi, głośno i hałaśliwie, jak to miał w zwyczaju.
— Wynika z tego, że wszyscy mamy pieniądze? — powiedział d’Artagnan.
— Ja nie — odparł Atos — wino hiszpańskie, którym nas częstował Aramis, wydało mi się tak dobre, że kazałem zapakować sześćdziesiąt butelek na furgon służących, co bardzo uszczupliło moją sakiewkę.
— Jeśli idzie o mnie — rzekł Aramis — wyobraźcie sobie, że oddałem wszystko do ostatniego grosza kościołowi w Montdidier i jezuitom w Amiens; prócz zobowiązań, jakie miałem, zamówiłem mszę na móją intencję i waszą, panowie, a nie wątpię, że te msze wybornie nas wspomogą.
— A czy sądzicie, że zwichnięcie nic mnie nie kosztowało? — odezwał się Portos. — Nie mówiąc już o ranie Mousquetona, dla którego musiałem sprowadzać chirurga dwa razy dziennie, a kazał sobie ów chirurg płacić za wizyty podwójnie, pod pozorem, że ten dureń Mousqueton ma kulę w miejscu, które pokazuje się jedynie cyrulikowi; poleciłem mu przy okazji, żeby unikał ran w tym miejscu.
— No, no — rzekł Atos wymieniając uśmiech z d’Artagnanem i Aramisem — widzę, że zachowałeś się wspaniałomyślnie wobec biednego chłopca, jesteś dobrym panem.
— Krótko mówiąc po zapłaceniu rachunku zostaje mi jakieś trzydzieści talarów.
— A mnie dwanaście pistoli — rzekł Aramis.
— Ho, ho, wydaje mi się, że jesteśmy prawdziwymi krezusami — rzekł Atos. — Ile ci zostało z twoich stu pistoli, d’Artagnanie?
— Z moich stu pistoli? Przede wszystkim dałem ci pięćdziesiąt.
— Tak myślisz?
— Do licha!
— Rzeczywiście, przypominam sobie.
— Sześć zapłaciłem oberżyście.
— Cóż za bydlę z tego oberżysty! Czemu dałeś mu sześć pistoli?
— Przecież sam kazałeś mu je dać.
— To prawda, jestem nazbyt dobry. Krótko mówiąc, ile zostało?
— Dwadzieścia pięć pistoli — odpowiedział d’Artagnan.
— A mnie — rzekł Atos, wyciągając drobne z kieszeni — mnie...
— Tobie nic.
— Rzeczywiście. Albo tak niewiele, że nie ma nawet co kłaść do wspólnej kasy. Teraz policzymy, ile mamy razem. Portos?
— Trzydzieści talarów.
— Aramis?
— Dziesięć pistoli.
— A ty, d’Artagnanie?
— Dwadzieścia pięć.
— Czyli razem? — zapytał Atos.
— Czterysta siedemdziesiąt pięć liwrów! — rzekł d’Artagnan, który rachował jak Archimedes.
— Po przybyciu do Paryża zostanie nam jeszcze czterysta, nie licząc uprzęży — rzekł Portos.
— Ale co będzie z końmi? — zapytał Aramis.
— Cztery konie naszych służących zamienimy na dwa dobre wierzchowce, o które będziemy ciągnąć losy; czterysta liwrów wystarczy na skromniejszego konia dla jednego z pozostałych; wreszcie wywrócimy kieszenie i damy resztki d’Artagnanowi, który ma szczęśliwą rękę i pójdzie grać do pierwszego lepszego szynku.
— Jedzmy — rzekł Portos — bo nam kolacja wystygnie.
Czterej przyjaciele, spokojniejsi już o swą przyszłość, zjedli ze smakiem kolację, której resztki otrzymali Mousqueton, Grimaud, Bazin i Planchet.
Po przyjeździe do Paryża d’Artagnan znalazł w domu list od pana de Tréville, który donosił, że na jego prośbę król zaszczycił d’Artagnana łaską: został przyjęty do muszkieterów.
Ponieważ tego właśnie nasz młodzieniec pragnął najbardziej, nie mówiąc oczywiście o odnalezieniu pani Bonacieux, pobiegł uszczęśliwiony do przyjaciół, z którymi pożegnał się przed półgodziną; zastał ich smutnych i zatroskanych. Zebrali się na naradę u Atosa, co dowodziło, że sprawa jest poważna.
Pan de Tréville kazał ich uprzedzić, że król postanowił rozpocząć działania wojenne pierwszego maja; muszą więc niezwłocznie przygotować się do wyprawy.
Czterej filozofowie spoglądali na siebie osłupiali: w sprawach dyscypliny pan de Tréville nie żartował.
— Jak sądzicie, po ile wypadnie nam ekwipunek? — zapytał d’Artagnan.
— Och, nie ma o czym mówić — rzekł Aramis — obliczyliśmy wszystko ze skromnością godną Spartan: trzeba po tysiąc pięćset liwrów na każdego.
— Co pomnożone przez cztery daje sześć tysięcy liwrów — rzekł Atos.
— Mnie się wydaje — powiedział d’Artagnan — że jeśli każdy będzie miał tysiąc liwrów, co prawda mówię nie tyle jak Spartanin, ile jak prokurator...
To słowo wyrwało z zadumy Portosa.
— Mam pomysł! — zawołał.
— To już coś znaczy: ja nie mam nawet cienia pomysłu — rzekł chłodno Atos. — Jeśli idzie o d’Artagnana, panowie, radość, że nosi nasze barwy, doprowadziła go do szaleństwa; tysiąc liwrów! Oświadczam, że ja sam muszę mieć dwa tysiące.
— Cztery razy dwa jest osiem — rzekł Aramis — zatem na ekwipunek trzeba nam ośmiu tysięcy liwrów; co prawda, posiadamy już siodła.
— A ponadto — powiedział Atos, gdy d’Artagnan, który udawał się z podziękowaniem do pana de Tréville, zamykał drzwi — a ponadto ów piękny diament, co błyszczy na palcu naszego przyjaciela. Cóż, u diabła, d’Artagnan jest zbyt dobrym kolegą, by zostawić swych braci w kłopocie, kiedy na środkowym palcu nosi pierścień królewski.