Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Patrzyłem, zagryzając wargi, jak jego głowa pojawia się wśród piany i skał, a potem znów znika. Byłem pewien, że nie ma szans przeżyć. Stojący na brzegu tropiciele spokojnie popuszczali linę, aż człowiek niesiony coraz dalej z prądem jakimś cudem dotarł cało na drugi brzeg i wrócił biegiem do miejsca na wprost nas.
W efekcie rzeka przegrodzona była liną, ale nie wiedziałem, co to miałoby pomóc. Okazało się jednak, że dla tropicieli przerzucona przez strumień lina to już most. Obwiązano ją wokół sterczących skał, a potem z kilku kijów i nadmuchanych bukłaków powstała tratwa, na której na drugi brzeg popłynęły nasze bagaże. Pętla z rzemienia trzymała ją przy linie, a tropiciel leżał na wznak, co chwilę zalewany spienioną wodą i przesuwał się wzdłuż sznura silnymi ruchami ramion. Zabrał ze sobą jeszcze jeden rzemień, dzięki któremu pusta tratwa wróciła na naszą stronę. Kiedy nie było już bagaży do przewożenia, przyszła kolej na zwierzęta. Juczne onagery najwyraźniej wiedziały już, o co chodzi, bo boczyły się i porykiwały, ale pozwoliły uwiązać swoją uprząż do liny transportowej i weszły do wody.
— Wy przepłyniecie za wierzchowcami — powiedział Snop, wręczając mi oślizgły, mokry worek, skórę całego jagnięcia, nadmuchany powietrzem, ze sterczącymi w cztery strony świata nóżkami.
— Worek wiąże się pod brzuchem i piersią — tłumaczył. — Pętla będzie też uwiązana do głównej liny, więc nie pójdziesz na dno, choćby nawet worek się przebił.
Musisz tylko trzymać się końskiego ogona i oddychać. Dziecko by sobie poradziło.
Wtedy zorientowałem się, że nie jestem już chyba dzieckiem. Ledwie uchwyciłem mocno koński ogon, zwierzę pociągnęło mnie w lodowatą wodę. Była potwornie zimna, miałem wrażenie, że mnie poparzyła. Worek kołysał się i miotał pode mną, jakby był żywym stworzeniem, które chce za wszelką cenę się uwolnić, buzująca wściekle woda zalewała uszy i oczy, wdzierała się do ust i nosa, kiedy usiłowałem oddychać, zachłystywałem się pianą. Worek przesunął się trochę i znalazłem się nagle w lodowatej, prześwietlonej blaskiem słońca toni, wśród mnóstwa baniek powietrza, słysząc jedynie bulgot i dziwnie ostro postukiwanie kopyt płynącego wierzchowca, które czasem trącały o czubki skał.
Moje płuca miotały się w agonii, ale oczy patrzyły na dziwny, zakryty świat, który wydawał mi się jakoś piękny.
Udało mi się przekręcić i wynurzyć na chwilę, ale nie nabrałem powietrza, tylko zaniosłem się kaszlem, aż ponownie znalazłem się w szmaragdowej świetlistości rzeki, a mój własny krzyk brzmiał niczym zawodzenie morskich potworów.
Nie wypuściłem z ręki końskiego ogona, nawet kiedy tonąłem.
Z uczuciem żalu, że umieram tak głupio w rzece, a wraz ze mną umierają wszyscy Kireneni i Woda nie przejdzie przez swój mostek.
Śmierć była nieskończoną chwilą bolesnej, mokrej ciemności.
A za moment znowu żyłem, przewieszony przez kolano jednego z tropicieli, wyrzygując z siebie i wykasłując całe wiadra wody.
— Jeśli chciałeś pić, wystarczyło powiedzieć — zauważył uprzejmie Snop. — Nie należy wypijać całej rzeki.
Chciałem mu coś odburknąć, lecz nie mogłem wciąż złapać tchu.
Pozbierałem się na nogi, ale byłem tak wycieńczony i zmarznięty, że usiadłem tylko bezsilnie. Ostatni z tropicieli czekający na tamtym brzegu odwiązał linę, przepasał się nią, po czym wszedł do wody i pozwolił się przeciągnąć na drugą stronę.
Odkąd stanęliśmy nad brzegiem skalistej, rwącej rzeki bez mostu i brodu, do chwili gdy osiodłaliśmy na powrót konie, nie wypaliłoby się więcej niż cal świecy.
Jednak zanim wyruszyliśmy w dalszą drogę, przeszliśmy ten sam rytuał. Okadziliśmy ciała, przyozdobiliśmy je od stóp do głów znakami świętych formuł i dopiero wtedy mogliśmy założyć burobrązowe, luźne ubrania tropicieli, obszyte kawałkami sieci i postrzępionymi brązowymi oraz czarnymi szmatkami.
Potem znów był marsz. Słońce zachodziło, a my brnęliśmy kamienistymi ścieżkami wśród malujących długie cienie skał, wśród dziwnych, jakby niechlujnie usypanych gór, które ogarniały nas, wręcz brały w ramiona.
Sądziłem, że będziemy szli całą noc, tymczasem jeden z tropicieli znalazł osłonięte miejsce w załomie skał i tam rozsiodłaliśmy konie.
— Na razie zatrzymujemy się na spoczynek — oznajmił Snop. — Głównie ze względu na roiho i dlatego, że tu nie ma ludzi. Mały ogień ma płonąć aż do brzasku. Pierwsza warta Benkej, druga ja, trzecia N’Dele, czwarta Hacel. Rozpalcie zioła. Znowu musimy wszystko okadzić.
Zmierzch zapadł szybko, pełen tajemniczych szelestów, cieni i dźwięków nocnych ptaków.
Wokół obozowiska Hacel rozciągnął linkę i zawiesił na niej modlitewne proporczyki, które dostaliśmy od Mroka.
Dopiero kiedy siedzieliśmy wokół maleńkiego ognia, tropiciele zrzucili kaptury, rozcierając spocone, zaczerwienione twarze.
Jeden z nich, chyba Amitraj Benkej rozsznurował worek i wydał każdemu po dwa paski suszonego mięsa, kawałek sera i ćwierć bochenka chleba. Bukłak rozwodnionego palmowego wina zaczął krążyć z rąk do rąk, w żarze bulgotały tygle z naparem. Wszystko odbywało się w zupełnej ciszy.
Nigdy dotąd nie bałem się nocnych ciemności. Może wtedy, gdy byłem dzieckiem. Teraz jednak czułem się tak, jakbym znów miał kilka lat. Lecz nie bałem się opowieści o upiorach. Tym razem wiedziałem, co może kryć mrok. Wiedziałem, że czai się tam prawdziwy upiór, i wątpiłem, by zatrzymały go nasze pokryte znakami, żółte i czerwone proporczyki albo zapach kadzideł.
Snop nie wyznaczył wart ani mnie, ani Brusowi ale sądziłem, że i tak nie uda mi się zmrużyć oka. Myliłem się. Zaraz po skromnej kolacji Kebiryjczyk wydobył ze swoich bagaży mały bębenek i, trzymając go na kolanach, zaczął delikatnie wybijać rytm, nucąc pod nosem monotonną przyśpiewkę. To był bardzo cichy śpiew, myślę, że parę kroków dalej, za skałami nikt już nie odróżniłby go od odgłosów nocnych ptaków.
— To modlitwa do jego nadaku — szepnął Hacel. — Odpędza upiora. Roiho to jedna z niewielu rzeczy na świecie, których się boimy. Każdy z nas zabił już zbyt wielu ludzi.
Wyciągnąłem się okutany kocem, próbując rozprostować obolałe nogi, potem zapatrzyłem się w niewielkie płomyki. Wystarczyło dosłownie kilka uderzeń bębenka, a żarząca się plama światła zaczęła dwoić mi się w oczach i zupełnie niespodziewanie zasnąłem, zupełnie jakbym utonął w czarnej rzece.
Był to niespokojny sen, pełen koszmarów, krwi i strachu. Widziałem w nim potwora, którego inni nazywali roiho, a ja wiedziałem, że ma na imię Mirah i kiedyś trzymałem ją w ramionach. Co gorsza, za jej sinobiałym ciałem widziałem kolejne sylwetki. Widziałem ich pokryte bryzgami krwi, blade jak papier, niebieskawe twarze, usta niczym krwawe dziury, oczy wypełnione zakrzepłą krwią. Stali ramię w ramię z upiorem na granicy światła ogniska. Chłopiec, któremu grałem na flecie. Dwaj wartownicy, którzy pilnowali obozu. Zwiadowca, którego znałem jako Guldeja, a który nazywał się Kłos, syn Garncarza. Uśmiechał się rozdartymi ustami i wyciągał do mnie zakrwawioną dłoń, w której trzymał pęk wodnej kapusty i rybę. Dłoń, w której brakowało dwóch palców. Ci, którzy zginęli, ponieważ stanęli pomiędzy mną a zrodzonym przez uroczysko, żądnym zemsty upiorem. Zza ich pleców zaczęli wychodzić inni, których zabiłem, a ja nie mogłem się poruszyć, wiedząc, że za chwilę pojawi się Woda, córka Tkaczki. Widziałem jej drobną, pochyloną sylwetkę. Nie widziałem twarzy. A potem uniosła powoli głowę i gdy światło księżyców padło na jej oblicze, obudziłem się ze zduszonym krzykiem.