Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Poczułem, że ściska mnie gorąca obręcz. Wąska wstęga pasa, czarna z zewnątrz i biała od środka, zapłonęła, przemieniając się w strumień promieniowania. Termin „pas laserowy” nie jest zbyt precyzyjny, ale oddaje istotę rzeczy. Przez chwilę wokół mnie płonął, opalając skały, ognisty dysk. Połę maskujące odbiłoby taki cios, co byłoby najlepszym dowodem jego istnienia.
Świetlisty dysk zgasł. Ochronne wnętrze pasa, cienkie jak papierosowa bibułka, opadło na piasek białymi strzępami.
Rozejrzałem się. Skały były równomiernie stopione, jakby ktoś przeciął piankę rozgrzanym nożem.
Nie było sensu wracać na poprzednie miejsce. Znalazłem nowy kawałek cienia i położyłem się w nim.
Nerwy miałem w strzępach. Nikt mnie nie obserwował; obserwator nie mógłby się schować ani uciec w hiperskok. Uboczne efekty przebicia hiperprzestrzeni – potężne promieniowanie czy głośny huk powietrza, które wybucha w miejscu znikającego ciała – były nieuniknione. Jacyś tauryjscy uczeni próbowali usunąć te demaskujące zjawiska, ale nie zdołali. Siewcy również.
– Będę musiał zmienić klimat – wymamrotałem. – Skoro już widzę ludzi na pustyni… i rozmawiam sam ze sobą… to znaczy, że nie jest dobrze.
– A ze mną porozmawiasz?
Ten głos poznałbym wśród miliona innych. – Terry!
Podniosłem rękę. Kryształ pierścienia pulsował niczym małe diamentowe serduszko. Metal buchał ciepłem.
– Gdzie jesteś, Terry? Co z tobą?
Pauza. Wesoły, beztroski śmiech.
– A ty co, nadal włóczysz się po górach? Nie wstąpiłeś do domu?
Jakieś obłęd…
– Wstąpiłem, Terry – powiedziałem, bardzo starannie dobierając słowa. – I znowu ruszyłem w góry.
Głos Terry się zmienił.
– Nie przeczytałeś notatki? Że jestem na Ziemi i masz wezwać statek Siewców?
– Wzięli cię do niewoli? – już prawie krzyczałem. – Zmusili cię do rozmowy ze mną?
– Siergiej! O czym ty mówisz? Nie jestem w niewoli, jestem na twojej planecie! Wszystko wyjaśniłam w notatce, dostałeś ją?
– Dostałem laserem przy próbie podejścia do domu – powiedziałem cicho. Dygotałem z upokorzenia. – Ktoś tu prowadzi podwójną grę. Nawet nie jestem pewien, że rozmawiam właśnie z tobą.
– Siergiej!
Przez kilka chwil milczeliśmy. Kamień pierścienia pulsował coraz szybciej. Jego rezerwy energetyczne też mają jakieś granice, pierścień nie może nam zapewnić długiej rozmowy.
– To naprawdę ja – głos Terry brzmiał teraz spokojniej. – Nie wiem, co się dzieje, ale musisz przybyć na Ziemię. Na orbicie Somata czeka statek, wezwij go na standardowej fali…
– Terry, w naszym domu nie ma już ani jednego całego mikroukładu. Nie ma nawet ścian. – Odkaszlnąłem. – Poza tym nie ufam moim ziomkom. Rozbij kamień.
– Pierścień wyrzuci cię w dowolnym punkcie Ziemi – powiedziała niepewnie Terry. – To przecież nie Tar, gdzie nie ma oceanów.
– Wiem. Ale musimy zaryzykować. Aktywizuj pierścień.
Moje słowa były tak samo suche jak moje gardło. Na drugim końcu hipertunelu mógł rozmawiać ze mną komputer albo Terry oszołomiona narkotykami i hipnozą.
– Dobrze – powiedziała pokornie Terry, jeśli to była ona. Nie wytrzymałem.
– Terry, malutka… Spotkajmy się w tym samym miejscu, w którym się poznaliśmy, dobrze? Pamiętasz?
– Tak. Siergiej, jesteś gotów?
– Całkowicie.
Wstałem i wyjąłem miecz z pochwy. Jeśli to pułapka, jeśli technika Siewców przechwyci mnie i wyrzuci w więzieniu, lepiej być uzbrojonym. Atomowy miecz pomoże mi przejść przez dowolne drzwi i znaczną liczbę strażników.
– No już, Terry – wyszeptałem.
Pierścień zapłonął pomarańczowym światłem i poczułem, że ciało krępuje mi błona pola siłowego. Naprzód, przez hiperprzestrzeń, przez narkotyczny obłęd tunelu… Z powrotem na Ziemię. Na obcą planetę, do świata moich potomków Siewców.
Ciemność zamknęła się wokół mnie.
2. Powrót
Przechodząc po raz pierwszy przez hipertunel, nie wiedziałem, co mnie czeka. Dziwna, nie do wytrzymania rozkosz ogarniająca człowieka w hiperprzestrzeni zaskoczyła mnie zupełnie.
Teraz byłem na to przygotowany. Na szaleństwo kolorów i zapachów, słodkie drżenie ogarniające całe ciało…
Nie było nic.
Tylko lekkość, znacznie bardziej dojmująca niż nieważkość – wrażenie całkowitej bezcielesności. Naprawdę nie istniałem w tym odcinku czasu, gdy przestrzeń, tracąc swoją trójwymiarowość, rekonstruowała moje ciało w innym punkcie.
Jesteś szczęśliwy?
To był mój własny głos. Sam zadałem to pytanie – i nie zdziwiło mnie, że zastanawiam się nad odpowiedzią.
– Chyba…
A więc nie jesteś. Dlaczego?
– Jestem zmęczony.
Śmiech. Śmiałem się, czując, jak napływa spóźniona euforia. Śmiałem się ze swoich pytań i odpowiedzi, z powagi i poufności tego dialogu.
Zmęczony? Dwadzieścia siedem lat to niewiele. Co ty wiesz o zmęczeniu?
– Zbyt dużo zdarzeń… za dużo zakrętów… nie nadążam.
Wokół mnie płonęła pomarańczowa zorza. Leciałem przez przestrzeń różowego i purpurowego śniegu, przecinając skrzepy białego płomienia. Ciepło i chłód, mrok i światło. I upajający zachwyt.
– Jestem strzałą puszczoną w zachodzące słońce – wyszeptałem. – Jestem szczęśliwy, nie czuję zmęczenia…
I sam siebie przestrzegłem:
Nie wariuj. Odpręż się. W takich chwilach myślenie szkodzi. Po prostu odpoczywaj. Nigdzie nie lecisz, jesteś na Ziemi. W hiperprzestrzeni nie ma czasu. Wszystkie twoje odczucia trwają ułamek sekundy, gdy ciało nabiera materialności.
– Odpoczywam…
Słodycz na języku. Czuła dłoń na czole. Zapach morza i cicha muzyka w oddali.
Odpoczywaj. I zapamiętaj, bo to dobra rada: najprostsza droga jest zawsze najlepsza, najprostsze decyzje są zawsze lepsze od skomplikowanych. Witamy na Ziemi.
Poczułem, że spadam, ale i w tym upadku zabrakło lekkości. Wiatr był zimny, a woda, do której wpadłem, uderzyła w nogi niczym gumowa płyta. Witamy na Ziemi…
Zapadłem się pod wodę i szybko wynurzyłem, plując i łapczywie chwytając powietrze. Uszy miałem zatkane, ubranie przemiękło. No i dobrze. To była prawdziwa, żywa woda, jakiej nie widziałem od dwóch lat.
Niezgrabnie wymachując rękami – prawie oduczyłem się pływać – popatrzyłem w dal. Brzegu nie było widać. Nie na darmo Terry ostrzegała mnie przed niebezpieczeństwem wyjścia z hipertunelu nad oceanem. Do diabła, na Somacie takiego zagrożenia nie sposób było traktować poważnie…
Miecz ciągnął mnie na dno – płaszczyznowa klinga prawie nic nie waży, ale krępuje ruchy. Wyrzuciłem go bez wahania i ściągnąłem z pleców pas z pochwą. Pozbywając się ich, znowu zanurkowałem. Łyknąłem kolejną porcję wody…
Słodkiej wody!
Odwróciłem się i zobaczyłem brzeg – mniej więcej sto metrów ode mnie. Gdyby nie woda zalewająca uszy, usłyszałbym szum rozbijających się o niego fal.
Nie było sensu żałować miecza – płynięcie z nim było śmiertelnie niebezpieczne – jednak poczułem się oszukany. Jaki kaprys pierścienia wyrzucił mnie właśnie tu, a nie na brzegu?
Nie płynąłem długo; po pięćdziesięciu metrach miałem pod nogami dno. Stanąłem, popychany niewysokimi falami, i poszedłem po płyciźnie do brzegu.
Wieczór. Purpurowe chmury nad horyzontem – pewnie słońce niedawno zaszło. Szaroniebieskie, północne niebo. Ciemna ściana sosnowego lasu wzdłuż brzegu.
Ciekawe, gdzie jestem? W Kanadzie, w Krainie Wielkich Jezior? Nad Bajkałem?
Brzeg był kamienisty i czysty. Żadnych śladów człowieka. Poszedłem dalej, na skraj lasu i położyłem się na trawie. Przemokłem do suchej nitki, ale to mi nie przeszkadzało. Somat nauczył mnie cenić wilgoć.