Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Głód nie groził mi przez najbliższą dobę; tabletka odżywcza działała bez zarzutu. Potem będę łowił ryby, zbierał grzyby i jagody i szedł brzegiem poszukując oznak cywilizacji – miast, wsi… fabryk… zardzewiałych beczek wystających z wody… budki telefonicznej…
Uśmiechnąłem się i poklepałem po kieszeniach, żeby się zorientować, z czym przybyłem na swoją planetę.
O dziwo, materiał kombinezonu sechł w oczach. Parowały ostatnie krople wody, nagrzała się podkładka.
Zerknąłem na prawe ramię. Słabe migotanie zielonego światełka. Kombinezon działał i moje nieoczekiwane upodobanie do mokrych ubrań wcale go nie interesowało.
Prychnąłem i wyciągnąłem się na trawie. W końcu mogę chyba trochę odpocząć. Nie spiesz się, jeśli cię nie poganiają, jak uczył mnie kiedyś Ernado.
Najprostsza droga jest najpewniejsza, zapewniałem niedawno sam siebie. Zabawne majaki hipertunelu…
Niebo nade mną ciemniało, chmury stawały się coraz jaśniejsze. Niebo Ziemi… Ale nie czułem radości powrotu. Raczej niepewność i zagubienie.
Co najśmieszniejsze, nie bałem się, że Ziemia zmieniła się nie do poznania. Najbardziej bałem się tego, że pozostała taka, jak była.
– Zobaczymy – powiedziałem na głos. – W końcu Maestro Staś nie był takim złym człowiekiem.
Tym bardziej że Siewcy najwyraźniej nie porwali Terry. Gdyby użyła pierścienia pod ich kontrolą, znalazłbym się nie na brzegu jeziora, lecz w celi wypełnionej gazem usypiającym. Albo w imadle pola siłowego. Żaden miecz by mi nie pomógł.
Zamknąłem oczy. Wszystko w porządku. Jestem na Ziemi i jestem bezpieczny. Jeśli z Terry jest wszystko w porządku, to nie będę się pakował w żadną awanturę. Nawet nie spróbuję się dowiadywać, kto urządził nalot na mój dom i nasłał roboty bojowe.
Do drugiej w nocy przesiedziałem na brzegu przy ognisku. Nie od razu udało mi się je rozpalić – ze źródeł ognia miałem jedynie pistolet laserowy, w dodatku prawie rozładowany. W dodatku nawet na najniższej mocy promień nie podpalał gałęzi, tylko ciął je na kawałki. W końcu, rozzłoszczony piątym czy szóstym niepowodzeniem, wcisnąłem w stertę chrustu kamień i rozpaliłem promieniem do czerwoności. Gałązki, nawet te wilgotne, zajęły się szybko. Usiadłem tak, żeby nie leciał na mnie dym i od czasu do czasu dorzucałem do ognia sosnowe gałęzie. Przez kilka chwil opierały się płomieniom, potem zapalały się olejki eteryczne i długie zielone igły jarzyły się rubinowym światłem. Od ogniska płynął zapach igliwia, i to nie spalonego, tylko żywego, jak od choinki w Boże Narodzenie.
Od pięciu lat nie obchodziłem świąt, a pożałowałem tego dopiero teraz. Pewnie to zbyt ziemskie święto.
Teraz jest chyba koniec lata, jeśli oczywiście nie zmienił się klimat i to jezioro to rzeczywiście Bajkał. Wiatr był chłodny i pachniał inaczej niż latem. Nie znalazłem wprawdzie jagód, ale może to z powodu półmroku. Żaden problem. W moim kombinezonie nie zmarznę nawet zimą.
Nocne niebo na Ziemi było najbardziej realnym dowodem upływu czasu. Rysunek gwiazdozbiorów się nie zmienił albo byłem zbyt słaby w astronomii, żeby zauważyć różnice. Ale pełznące po niebie światełka satelitów wprawiłyby w ekstazę Ciołkowskiego czy Korolowa. Szczerze mówiąc, taka obfitość budziła niepokój. Różnobarwne punkty mknęły we wszystkich możliwych kierunkach i z najróżniejszymi prędkościami. Kilka razy trajektorie sputników zmieniały się na moich oczach, i to pod takim kątem, że nie można było wątpić w istnienie grawikompensatorów. Kilka satelitów miało ogromne rozmiary – wyglądały nie jak punkty, lecz jak małe dyski. Wokół jednego płonęła słaba aureola, którą oceniłem jako wtórny efekt pracy silników plazmowych. Ta machina pełzła po tak niskiej orbicie, że cały czas musiała kompensować utratę wysokości od hamowania w stratosferze.
Na wschodzie, niemal nad samym horyzontem, wisiało coś niezwykłego – kwadracik, od którego płynęła kolumna jasnego światła. Wiedziałem, że to tylko zwierciadło kosmiczne, ogromna błyszcząca błona nakierowująca na określony punkt powierzchni Ziemi światło Słońca. Ale pierwsze skojarzenie było bardzo prozaiczne: okno. Małe kwadratowe okienko w ciemnej piwnicy, przez które sączy się światło dnia.
Widok otwartego w niebie okna budził jakiś niesamowity lęk. Na żadnej planecie nie widziałem tak prostego i efektownego rozwiązania problemu nocnego oświetlenia.
Ziemia wydawała mi się obca, niczym dziewczynka z tej samej klasy, która zrobiła sobie ostry makijaż i włożyła dorosłą suknię. To już nie był mój świat.
Ale jeśli wierzyć Maestrowi, na tym świecie ceniono obrazy Dańki. A polityki, którą prowadziła Ziemia przez ostatnie dwa lata, wyjawiając planetom Świątyń swoje istnienie, nie można było nazwać niesprawiedliwą czy kolonialną.
Jedyne, na co Ziemia kładła nacisk, to stworzenie systemu wzajemnej pomocy ludzkich światów z korpusem desantowym w charakterze głównej siły uderzeniowej. Ale ta wojskowa struktura kierowana była przez ogólną radę przedstawicieli planet, miała na celu obronę przed Fangami i w ciągu ostatnich dwóch lat nie przejawiała żadnej aktywności.
Może jestem niesprawiedliwy wobec ojczystej planety.
W środku nocy, gdy ognisko zaczęło dogasać, usłałem sobie łóżko z gałęzi i poszedłem spać. Po skałach Somata kłujące sosnowe łoże wydawało się całkiem znośne.
Obudziły mnie ptaki.
Przez jakąś minutę leżałem z zamkniętymi oczami. Gdzieś niedaleko, kilka metrów ode mnie, kląskał niewidoczny ptaszek. Pięć lat temu uznałbym jego śpiew za niewiele bardziej melodyjny od krakania wrony.
Teraz te dźwięki sprawiały mi przyjemność. Witała mnie Ziemia – nie zawsze piękna, nie zawsze szlachetna. Wspólna ojczyzna ludzi. Moja planeta.
– Witaj – wyszeptałem. – Dzień dobry…
– Dzień dobry.
Przywitano się ze mną wprawdzie z lekkim zdumieniem, ale uprzejmie. Zanim nieznajomy dokończył, nie wstając z ziemi uskoczyłem w bok. To musiał być komiczny widok – półskok, półsalto z jednoczesnym poklepywaniem się po karku, bo pewnie tak wyglądała z boku moja próba wyciągnięcia utopionego miecza z nieobecnej pochwy.
Wylądowałem dwa metry od sosnowego łoża, sięgnąłem po pistolet i zamarłem.
Mój poranny gość nie wystraszyłby nawet dziecka. Chudy jasnowłosy chłopak, może siedemnastoletni, o długich włosach, w dużych okrągłych okularach. Czyżby w XXII wieku Ziemia jeszcze nie poradziła sobie z krótkowzrocznością? Chłopiec miał na sobie czarne kąpielówki i błyszczącą wstęgę niedbale nawiniętą na prawej ręce od łokcia do ramienia. Mimo tak skąpego stroju był kompletnie nieopalony, skóra lśniła niemal mleczną bielą.
– To twój poranny trening? A może pana przestraszyłem?
Chłopiec uśmiechał się lekko. Chociaż byłem kompletnie zaskoczony, zdążyłem zauważyć nieoczekiwaną zamianę „ty” na „pana”. Zapewne mimo woli narzucałem dalszy styl naszych kontaktów…
Nie lubię, gdy próbuje się zadecydować za mnie. – I jedno, i drugie – odpowiedziałem, próbując się uśmiechnąć. Chłopiec patrzył na mnie w zadumie. W końcu podniósł dłonie w czymś w rodzaju pozdrowienia.
– Wybacz – powiedział serdecznie. – Czekałem, aż się obudzisz. Chciałem cię zaprosić na śniadanie.
Po rosyjsku mówił bez zarzutu, chociaż z lekkim łotewskim akcentem. Nie miałem jednak cienia wątpliwości, że to jego język ojczysty. W końcu przez sto kilkadziesiąt lat rosyjski mógł się nieco zmienić.
– Myślałem, że w pobliżu nikogo nie ma – wyjaśniłem. – Dlatego się speszyłem.
– Jestem roaderem – rzekł spokojnie chłopak.
– Rogerem? – nie zrozumiałem obcego słowa, czym zdumiałem swojego rozmówcę.