Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
– Idziemy.
Klapa była otwarta. Słup strzelał pośrodku dachu w górę, rząd przybitych do niego drewnianych szczebli prowadził do stanowiska obserwatora. Całość wzmacniało drewniane rusztowanie. Wspinaczka na szczyt musiała stanowić nie lada wyzwanie nawet w dzień, przy dobrej pogodzie. Wolała nie wyobrażać sobie, jak to wygląda nocą, w deszczu.
– No nie. Ja tam na pewno nie wejdę. – Zadarła głowę w górę i wpatrywała się w tkwiącą na końcu słupa maleńką budkę, aż zaczęły jej łzawić oczy. – To i tak jest za małe, żeby zmieściło się tam sześciu ludzi.
– Wejdziesz.
Janne stwierdził to z takim spokojem, jakby trzymał za pazuchą pismo z rozkazem samego cesarza, który stwierdzał, że ona, Kailean-ann-Alewan, ma osobiście wdrapać się jeszcze sześćdziesiąt stóp w górę.
– Bo co? Zmusisz mnie?
– Nie. – Wzruszył szerokimi ramionami. – Ale będziesz musiała zejść na dół i powiedzieć Dag, że po tym, jak namówiłaś nas na wspinaczkę, nie chciało ci się wdrapać na ten słup i rozejrzeć po okolicy. Mieliśmy sprawdzić, jak daleko jest zamek, pamiętasz? Jeśli teraz skrewisz, ona i Kocimiętka będą ci to wypominać przez następne pół roku.
Miał rację. W ten swój lekko flegmatyczny, irytująco bezpośredni sposób trafił w sedno. Skrzywiła się wściekle, mierząc jeszcze raz słup wzrokiem. Z tego miejsca wyglądał na dwa razy wyższy niż z zewnątrz wieży.
– Może ty wejdziesz? – spróbowała jeszcze.
– Ja? Ja nie pochodzę z gór. No i... Oni znikli, Kailean. Co najmniej sześciu ludzi. – Machnął bronią. – Nie zostawię cię tu samej.
– Poradzę sobie lepiej niż ty.
– Ale nie z toporem. Jeśli ktoś będzie chciał wejść tu przez tę klapę, topór jest lepszy niż szabla.
Oczywiście pytanie, kto mógłby wejść przez klapę wieży, którą już sprawdzili i do której nikt nie mógł się niepostrzeżenie dostać, pozostawało otwarte, lecz Janne znów miał rację. Topór był lepszy do rozwalania głów niż szabla. Wyglądało na to, że wspinaczka jej nie ominie.
Podeszła do krawędzi dachu. Daghena sprawdzała popręg swojego siodła. Kocimiętka uważnie obserwował wieżę. Gdy tylko się pokazała, pozdrowił ją uniesioną ręką.
– Pusto! – krzyknęła. – Ani żywej duszy.
Skinął głową i wskazał palcem słup. Drań.
I wtedy nadeszło wybawienie.
Za plecami Dagheny, na samej krawędzi lasu, pojawił się mężczyzna. Zatrzymał się, przyłożył rękę do twarzy, jakby raziło go światło, po czym ruszył w ich stronę. Potrzebowała chwili, żeby zorientować się, co jest nie tak. Obcy szedł sztywno, niemal nie uginając kolan, ręce trzymał przyciśnięte do boków, głowa kiwała mu się na wszystkie strony. Bardziej przypominał kukłę, zawieszoną na sznurku przeciągniętym przez kręgosłup, niż żywego człowieka. Poczuła dreszcz.
Berdeth?
Po raz pierwszy od dłuższego czasu sięgnęła myślą do psa. Był gdzieś tu, na pograniczu świadomości, ale najwyraźniej nie zamierzał się jeszcze pokazywać. Mimo to poczuła się pewniej.
Spojrzała na Kocimiętkę i machnęła w stronę przybysza. Obejrzał się, rzucił słówko do Dagheny i zerkając z powrotem na wieżę, wskazał palcem ziemię. Do mnie.
Oderwała się od muru i ruszyła do klapy.
– Mamy gościa, Janne. Jeden. Pieszo. Błyskawicznie zbiegli na dół. Gdy dołączyli do pozostałej dwójki, obcy był już w połowie polany.
– Na koniach?
Daghena nie musiała precyzować, o co jej chodzi. Zaatakowanie kogoś siedzącego w siodle jest trudniejsze niż pieszego. No i łatwiej byłoby im wtedy uciec.
Kocimiętka pokręcił głową.
– Dla jednego pieszego? Jak zobaczy, że wsiadamy na konie, odwróci się i ucieknie. Ale bądźcie gotowi. – Nie patrzył na obcego, tylko lustrował ścianę lasu.
– Może nie jest sam. Nie ułatwiajmy nikomu strzału. Mężczyzna szedł naprzód, potknął się raz i drugi, ale nie zmieniał kierunku. Gdy znalazł się jakieś siedemdziesiąt jardów od nich, Janne sapnął, zrobił krok do przodu i wyszeptał:
– Oczy. Jego oczy, patrzcie.
Po policzkach przybysza płynęła krew. Oczodoły miał puste.
Po plecach Kailean znów przeszedł dreszcz.
Berdeth!
Tym razem pojawił się od razu, szary grzbiet wyrósł obok i wszedł w pole widzenia. Popatrzył na mężczyznę, cicho zaskomlił.
Obcy zbliżał się nieprzerwanym, sztywnym krokiem. Gdy dzieliło go od nich jakieś trzydzieści kroków, stanął, otworzył usta, chlusnął krwią na pierś i zakrzyczał. Chrapliwy, pełen bólu okrzyk zabrzmiał nad polaną. Potem następny.
– Język! – Sapnął zduszonym głosem Janne. – On nie ma języka.
Daghena nie wytrzymała, skoczyła do przodu, w mgnieniu oka była przy okaleczonym mężczyźnie, wyciągnęła rękę i delikatnie położyła mu ją na ramieniu.
Zawył. Zawył tak, że dziewczyna aż odskoczyła, a on rzucił się w tył, potknął, przewrócił i momentalnie skulił w pozycji płodowej, osłaniając głowę rękami. Krzyczał cały czas.
Dopadli do niego we czwórkę. Wyczuwając ruch, zaczął kopać i wyć jeszcze głośniej. Kocimiętka próbował złapać go za nogi, trafiony w brzuch zaklął i zgiął się wpół, Kailean mu pomogła, wspólnie unieruchomili rannego, Sarden usiadł mu na nogach, przycisnął do ziemi. Daghena i Janne złapali go za ręce, siłą wyprostowali, przewrócili na plecy. Wycie przeszło w skomlenie.
Daghena mówiła cały czas:
– Już... spokojnie... jesteś wśród swoich... nic ci nie grozi... spokojnie... nie zrobimy ci krzywdy...
Nie wyglądało na to, żeby cokolwiek do niego docierało. Kiedy w końcu umilkł, zrobił to bardziej z powodu przerażenia niż dlatego, że ją zrozumiał.
Janne zablokował jego rękę i wzrokiem wskazał na dłoń.
– Trzyma coś... uff – stęknął – ależ ma krzepę.
Kailean delikatnie dotknęła dłoni leżącego. Zaskomlił głośniej.
– Nie zrobimy ci krzywdy – powtórzyła za Dagheną, jakby to mogło mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. – Nie jesteśmy wrogami.
Może coś do niego dotarło, a może po prostu właśnie w tej chwili się poddał, bo nagle zwiotczał i zapłakał. Otworzył palce – coś okrągłego mokro pacnęło o ziemię.