Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 76 77 78 79 80 81 82 83 84 ... 173
Перейти на страницу:

– Idzie­my.

Kla­pa była otwar­ta. Słup strze­lał po­środ­ku da­chu w górę, rząd przy­bi­tych do nie­go drew­nia­nych szcze­bli pro­wa­dził do sta­no­wi­ska ob­ser­wa­to­ra. Ca­łość wzmac­nia­ło drew­nia­ne rusz­to­wa­nie. Wspi­nacz­ka na szczyt mu­sia­ła sta­no­wić nie lada wy­zwa­nie na­wet w dzień, przy do­brej po­go­dzie. Wo­la­ła nie wy­obra­żać so­bie, jak to wy­glą­da nocą, w desz­czu.

– No nie. Ja tam na pew­no nie wej­dę. – Za­dar­ła gło­wę w górę i wpa­try­wa­ła się w tkwią­cą na koń­cu słu­pa ma­leń­ką bud­kę, aż za­czę­ły jej łza­wić oczy. – To i tak jest za małe, żeby zmie­ści­ło się tam sze­ściu lu­dzi.

– Wej­dziesz.

Jan­ne stwier­dził to z ta­kim spo­ko­jem, jak­by trzy­mał za pa­zu­chą pi­smo z roz­ka­zem sa­me­go ce­sa­rza, któ­ry stwier­dzał, że ona, Ka­ile­an-ann-Ale­wan, ma oso­bi­ście wdra­pać się jesz­cze sześć­dzie­siąt stóp w górę.

– Bo co? Zmu­sisz mnie?

– Nie. – Wzru­szył sze­ro­ki­mi ra­mio­na­mi. – Ale bę­dziesz mu­sia­ła zejść na dół i po­wie­dzieć Dag, że po tym, jak na­mó­wi­łaś nas na wspi­nacz­kę, nie chcia­ło ci się wdra­pać na ten słup i ro­zej­rzeć po oko­li­cy. Mie­li­śmy spraw­dzić, jak da­le­ko jest za­mek, pa­mię­tasz? Je­śli te­raz skre­wisz, ona i Ko­ci­mięt­ka będą ci to wy­po­mi­nać przez na­stęp­ne pół roku.

Miał ra­cję. W ten swój lek­ko fleg­ma­tycz­ny, iry­tu­ją­co bez­po­śred­ni spo­sób tra­fił w sed­no. Skrzy­wi­ła się wście­kle, mie­rząc jesz­cze raz słup wzro­kiem. Z tego miej­sca wy­glą­dał na dwa razy wyż­szy niż z ze­wnątrz wie­ży.

– Może ty wej­dziesz? – spró­bo­wa­ła jesz­cze.

– Ja? Ja nie po­cho­dzę z gór. No i... Oni zni­kli, Ka­ile­an. Co naj­mniej sze­ściu lu­dzi. – Mach­nął bro­nią. – Nie zo­sta­wię cię tu sa­mej.

– Po­ra­dzę so­bie le­piej niż ty.

– Ale nie z to­po­rem. Je­śli ktoś bę­dzie chciał wejść tu przez tę kla­pę, to­pór jest lep­szy niż sza­bla.

Oczy­wi­ście py­ta­nie, kto mógł­by wejść przez kla­pę wie­ży, któ­rą już spraw­dzi­li i do któ­rej nikt nie mógł się nie­po­strze­że­nie do­stać, po­zo­sta­wa­ło otwar­te, lecz Jan­ne znów miał ra­cję. To­pór był lep­szy do roz­wa­la­nia głów niż sza­bla. Wy­glą­da­ło na to, że wspi­nacz­ka jej nie omi­nie.

Po­de­szła do kra­wę­dzi da­chu. Da­ghe­na spraw­dza­ła po­pręg swo­je­go sio­dła. Ko­ci­mięt­ka uważ­nie ob­ser­wo­wał wie­żę. Gdy tyl­ko się po­ka­za­ła, po­zdro­wił ją unie­sio­ną ręką.

– Pu­sto! – krzyk­nę­ła. – Ani ży­wej du­szy.

Ski­nął gło­wą i wska­zał pal­cem słup. Drań.

I wte­dy na­de­szło wy­ba­wie­nie.

Za ple­ca­mi Da­ghe­ny, na sa­mej kra­wę­dzi lasu, po­ja­wił się męż­czy­zna. Za­trzy­mał się, przy­ło­żył rękę do twa­rzy, jak­by ra­zi­ło go świa­tło, po czym ru­szył w ich stro­nę. Po­trze­bo­wa­ła chwi­li, żeby zo­rien­to­wać się, co jest nie tak. Obcy szedł sztyw­no, nie­mal nie ugi­na­jąc ko­lan, ręce trzy­mał przy­ci­śnię­te do bo­ków, gło­wa ki­wa­ła mu się na wszyst­kie stro­ny. Bar­dziej przy­po­mi­nał ku­kłę, za­wie­szo­ną na sznur­ku prze­cią­gnię­tym przez krę­go­słup, niż ży­we­go czło­wie­ka. Po­czu­ła dreszcz.

Ber­deth?

Po raz pierw­szy od dłuż­sze­go cza­su się­gnę­ła my­ślą do psa. Był gdzieś tu, na po­gra­ni­czu świa­do­mo­ści, ale naj­wy­raź­niej nie za­mie­rzał się jesz­cze po­ka­zy­wać. Mimo to po­czu­ła się pew­niej.

Spoj­rza­ła na Ko­ci­mięt­kę i mach­nę­ła w stro­nę przy­by­sza. Obej­rzał się, rzu­cił słów­ko do Da­ghe­ny i zer­ka­jąc z po­wro­tem na wie­żę, wska­zał pal­cem zie­mię. Do mnie.

Ode­rwa­ła się od muru i ru­szy­ła do kla­py.

– Mamy go­ścia, Jan­ne. Je­den. Pie­szo. Bły­ska­wicz­nie zbie­gli na dół. Gdy do­łą­czy­li do po­zo­sta­łej dwój­ki, obcy był już w po­ło­wie po­la­ny.

– Na ko­niach?

Da­ghe­na nie mu­sia­ła pre­cy­zo­wać, o co jej cho­dzi. Za­ata­ko­wa­nie ko­goś sie­dzą­ce­go w sio­dle jest trud­niej­sze niż pie­sze­go. No i ła­twiej by­ło­by im wte­dy uciec.

Ko­ci­mięt­ka po­krę­cił gło­wą.

– Dla jed­ne­go pie­sze­go? Jak zo­ba­czy, że wsia­da­my na ko­nie, od­wró­ci się i uciek­nie. Ale bądź­cie go­to­wi. – Nie pa­trzył na ob­ce­go, tyl­ko lu­stro­wał ścia­nę lasu.

– Może nie jest sam. Nie uła­twiaj­my ni­ko­mu strza­łu. Męż­czy­zna szedł na­przód, po­tknął się raz i dru­gi, ale nie zmie­niał kie­run­ku. Gdy zna­lazł się ja­kieś sie­dem­dzie­siąt jar­dów od nich, Jan­ne sap­nął, zro­bił krok do przo­du i wy­szep­tał:

– Oczy. Jego oczy, pa­trz­cie.

Po po­licz­kach przy­by­sza pły­nę­ła krew. Oczo­do­ły miał pu­ste.

Po ple­cach Ka­ile­an znów prze­szedł dreszcz.

Ber­deth!

Tym ra­zem po­ja­wił się od razu, sza­ry grzbiet wy­rósł obok i wszedł w pole wi­dze­nia. Po­pa­trzył na męż­czy­znę, ci­cho za­skom­lił.

Obcy zbli­żał się nie­prze­rwa­nym, sztyw­nym kro­kiem. Gdy dzie­li­ło go od nich ja­kieś trzy­dzie­ści kro­ków, sta­nął, otwo­rzył usta, chlu­snął krwią na pierś i za­krzy­czał. Chra­pli­wy, pe­łen bólu okrzyk za­brzmiał nad po­la­ną. Po­tem na­stęp­ny.

– Ję­zyk! – Sap­nął zdu­szo­nym gło­sem Jan­ne. – On nie ma ję­zy­ka.

Da­ghe­na nie wy­trzy­ma­ła, sko­czy­ła do przo­du, w mgnie­niu oka była przy oka­le­czo­nym męż­czyź­nie, wy­cią­gnę­ła rękę i de­li­kat­nie po­ło­ży­ła mu ją na ra­mie­niu.

Za­wył. Za­wył tak, że dziew­czy­na aż od­sko­czy­ła, a on rzu­cił się w tył, po­tknął, prze­wró­cił i mo­men­tal­nie sku­lił w po­zy­cji pło­do­wej, osła­nia­jąc gło­wę rę­ka­mi. Krzy­czał cały czas.

Do­pa­dli do nie­go we czwór­kę. Wy­czu­wa­jąc ruch, za­czął ko­pać i wyć jesz­cze gło­śniej. Ko­ci­mięt­ka pró­bo­wał zła­pać go za nogi, tra­fio­ny w brzuch za­klął i zgiął się wpół, Ka­ile­an mu po­mo­gła, wspól­nie unie­ru­cho­mi­li ran­ne­go, Sar­den usiadł mu na no­gach, przy­ci­snął do zie­mi. Da­ghe­na i Jan­ne zła­pa­li go za ręce, siłą wy­pro­sto­wa­li, prze­wró­ci­li na ple­cy. Wy­cie prze­szło w skom­le­nie.

Da­ghe­na mó­wi­ła cały czas:

– Już... spo­koj­nie... je­steś wśród swo­ich... nic ci nie gro­zi... spo­koj­nie... nie zro­bi­my ci krzyw­dy...

Nie wy­glą­da­ło na to, żeby co­kol­wiek do nie­go do­cie­ra­ło. Kie­dy w koń­cu umilkł, zro­bił to bar­dziej z po­wo­du prze­ra­że­nia niż dla­te­go, że ją zro­zu­miał.

Jan­ne za­blo­ko­wał jego rękę i wzro­kiem wska­zał na dłoń.

– Trzy­ma coś... uff – stęk­nął – ależ ma krze­pę.

Ka­ile­an de­li­kat­nie do­tknę­ła dło­ni le­żą­ce­go. Za­skom­lił gło­śniej.

– Nie zro­bi­my ci krzyw­dy – po­wtó­rzy­ła za Da­ghe­ną, jak­by to mo­gło mieć dla nie­go ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie. – Nie je­ste­śmy wro­ga­mi.

Może coś do nie­go do­tar­ło, a może po pro­stu wła­śnie w tej chwi­li się pod­dał, bo na­gle zwiot­czał i za­pła­kał. Otwo­rzył pal­ce – coś okrą­głe­go mo­kro pac­nę­ło o zie­mię.

1 ... 76 77 78 79 80 81 82 83 84 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)