Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 80 81 82 83 84 85 86 87 88 ... 152
Перейти на страницу:

Chwilę szli w milczeniu.

– To było pytanie, na które masz odpowiedzieć, Nur.

– Tak, panie poruczniku. Tego się obawiam. Tam, gdzie jest wejście, musi być i wyjście.

– Powiedział lis po wpadnięciu do dziury. Myśl, dziesiętniku. Oni nas tu ściągnęli. Dlaczego?

– Może nie mogli inaczej?

– Może. Ale jeśli wróg pośle cię w jakieś miejsce, ty natychmiast to miejsce opuść. Jeśli na nasz widok nie próbowali uciec, tylko rzucili czar, który nas tu wessał, to znaczy, że coś chcieli przez to osiągnąć. Wyruszyłbym stamtąd, nawet gdyby nic nie było w zasięgu wzroku. Wracaj do swojej dziesiątki i rozglądaj się, jak wszyscy. To rozkaz.

Nur skinął głową, po chwili zasalutował i odszedł.

Kenneth zgrzytnął zębami. Podoficer zaczynał mu działać na nerwy.

Rozdział 3

Drewniana piła wykrawała w cielsku atakującej armii krwawe bruzdy.

Przynajmniej tak to wyglądało z góry, ze szczytu rampy. Rogaty Gród otaczała już szkarłatna wstęga martwych i umierających ciał, koni i ludzi, a każdy atak tylko ją poszerzał. Koczownicy uderzali w różnych miejscach, z różnym impetem, czasem tylko cwałując wzdłuż linii wozów i szyjąc z łuków, czasem rzucając się do frontalnych ataków, by sprawdzić zaciętość i determinację obrońców. Ot, zwykła przepychanka, próba sił.

Wszędzie napotykali zdecydowany opór. Łuki i kusze pracowały bez przerwy, machiny miotające, głównie lekkie balisty, posyłały pociski na setki kroków, ściągając z siodeł tych napastników, którym wydawało się, że są bezpieczni. Trudno było stwierdzić, ilu Wozaków ucierpiało, lecz z pewnością mniej niż Se-kohlandczyków. Wydawało się, że decyzja o postawieniu Rogatego Grodu była słuszna.

Koczownicy przybyli pod wieczór poprzedniego dnia i wypełnili noc wrzaskami, wyciem i płonącymi strzałami przecinającymi niebo jak deszcze spadających gwiazd. Lecz bojowe wozy budowano z desek miesiącami moczonych w solance, aż drewno pociło się kryształkami soli. Trudno było je podpalić, a obrońcy szybko nauczyli się mierzyć w ogniki płonące przy ziemi. Przez całą noc obie strony obmacywały się pociskami, a gdy świt wyzłocił nieboskłon, okazało się, że Se-kohlandczycy wykorzystali ten czas do rozbicia własnego obozu. I dopiero wtedy zaczęli szukać luk w ścianie wozów.

Boutanu i En’leyd stali przy szczelinie prowadzącej na rampę, skąd mieli piękny widok na całą wyżynę, rozłożony u stóp Olekadów obóz i otaczającą go armię. Dwadzieścia tysięcy konnych, może trochę więcej, a za nimi olbrzymie obozowisko pełne namiotów, koni, kobiet, starców i dzieci.

Kyh Danu Kredo oszukał wszystkich. Gdy jego a’keer zaatakował budowniczych, plemiona koczowników były już ledwo dwadzieścia mil na północny wschód od rampy, w miejscu, gdzie nikt się ich nie spodziewał. Syn Wojny musiał ozdobić trasę swojej wędrówki porzuconymi wozami, padłymi zwierzętami i wszystkim, co go opóźniało, by osiągnąć takie tempo. I bogowie wiedzą, jak udało mu się ukryć taką masę ludzi przed wzrokiem obserwatorów stojących na szczycie rampy, ale się udało. A potem postawił wszystko na jeden sztych, nocny atak i zmanipulowane zeznania jeńców osiągnęły wyznaczony cel, rydwany obozów New’harr i Aw’lerr ruszyły na południe, szukając koczowników tam, gdzie ich nie było, i teraz inicjatywa należała do Se-kohlandczyków.

Rogaty Gród mógł się bronić, lecz nie mógł kąsać dalej niż zasięg strzały balisty. A Wozacy – co napełniało ich szczególną goryczą – mogli tylko patrzeć, jak koczownicy nadciągają i spokojnie rozbijają swój obóz. Gdyby mieli choć trzy, cztery Fale, plemiona Danu Kreda nie ośmieliłyby się podejść tak blisko, z obelżywym wprost lekceważeniem, musiałyby rozbić obozowisko dalej, w obawie przed kontratakiem. Minie jeszcze co najmniej dzień, nim zza gór spłynie dość posiłków z innych karawan, by stanowiły realną siłę. A do tego czasu koczownicy otoczą ich obóz kręgiem zasieków, płytkich rowów i pułapek, które zatrzymają rydwany. Rów szeroki na trzy stopy i głęboki na dwie nie jest żadną przeszkodą dla konnicy. Dla rydwanu zaś stanowi barierę nie do przejechania. Nie można go pokonać nawet stępa, załoga musi wysiąść, powoli przeprowadzić konie i przenieść swój pojazd ręcznie. Rzecz trudna do wykonania, gdy ktoś szyje do ciebie z łuku.

Emn’klewes Wergoreth rozejrzał się, przysłaniając dłonią oczy. Słońce wschodziło, oślepiając i jego, i And’ewersa, choć kowal ledwo zmarszczył brwi.

– Mógłbyś choć udawać, że cię razi.

– Gdy godzinami wpatrujesz się w palenisko, czekając, aż żelazo przybierze odpowiednią barwę, oczy się przyzwyczajają.

– To jak określisz tę barwę?

– Za gorące, musi ostygnąć.

Boutanu uśmiechnął się tylko. Od wczoraj – od chwili, gdy zauważono pierwszych jeźdźców – to on sprawował pełną władzę nad Ścianą Wozów. Oko Węża mógł tylko doradzać. Mimo to Emn’klewes zabrał And’ewersa na górę. W końcu nie przebyli gór, by wydać koczownikom bitwę u ich stóp. En’leyd musiał ocenić, jak i gdzie należy uderzyć, by przerwać oblężenie. I to zanim przybędzie reszta Se-kohlandczyków. Z siłami jednego Syna Wojny mieli jeszcze szansę wygrać. Gdy nadejdą kolejni... Wozacy mogliby powrócić do Imperium tylko jako żałośni buntownicy, korzący się przed Cesarzem i błagający o wybaczenie. A Cesarz, chcąc zachować pozory, musiałby ich ukarać. Zresztą gorycz tej myśli była niemal nie do zniesienia – jakie pozory, Meekhan nigdy nie szanował przegranych, zwłaszcza tych, którzy okazali się tchórzliwi i nieudolni.

– Południowa i północna strona. – And’ewers wskazał na prawo i lewo. – Tuż przy górach. Dobry teren dla rydwanów. I nie można kopać głęboko, bo natrafia się na skałę. Dziś wyprostowałbym tam zęby w dwóch albo trzech miejscach. Wozy będzie można szybko rozpiąć i wypuścić atak.

– Oni też o tym wiedzą.

W poprzek ścian Olekadów koczownicy postawili już zasieki z gęsto plecionej wikliny i wykopali rowy, długie na dziesiątki jardów, płytkie, ale ze stromymi ścianami, by zatrzymać wozy i rydwany. Podobnie sprawa miała się z zaostrzonymi palami. Odpierając atak konnicy, trzeba je wbijać co stopę, najwyżej co dwie, nie szerzej niż na końską pierś; rydwan powstrzyma rząd trzy razy rzadszy. Jak wbijesz pale co cztery, pięć stóp, twoja jazda będzie mogła przez nie przenikać jak woda przez sito, tam i z powrotem, a wozy osadzą się niczym piasek. Pętla zaciskała się wokół obozu jak setka jedwabnych nici, każda delikatna, lecz wszystkie razem mogły zdławić go bez najmniejszego problemu.

Kolejny atak nadszedł właśnie wzdłuż gór. Kilkuset jeźdźców uderzyło z tamtej strony, wyjąc, krzycząc i wypuszczając tysiące zapalonych strzał, które niczym maleńkie komety leciały w stronę wozów, ciągnąc za sobą warkocze dymu.

Obóz przyjął je spokojnie na opancerzone boki i odpowiedział salwą z łuków i kusz. Koczownicy zakłębili się, zakrzyczeli jeszcze głośniej i odskoczyli, zostawiając na przedpolu kilkanaście ludzkich i końskich ciał. To było tyle, co nic, zwykła zabawa, by rozproszyć siły obrońców, by ci nie wiedzieli, gdzie nastąpi główny szturm. A jeśli uda się przy okazji coś podpalić, tym lepiej.

1 ... 80 81 82 83 84 85 86 87 88 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)