Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
– No dobra. – Postawił ją na ziemi i szturchnął żartobliwie. – Mów.
– Nie... nie ma co mówić. – Opuściła głowę.
– Ech, baby. – Nie zauważyła, który się odezwał, ale to nie miało znaczenia, bo teraz na pewno wszyscy patrzyli na nią i uśmiechali się z politowaniem. – Jakby one miały bronić obozu, tylko dym i zgliszcza by tu zostały.
Gniew pojawił się nagle, jak ukłucie grotem strzały.
– No właśnie, dym... Pomyślałam, że jak zobaczą dużo dymu wewnątrz obozu, to zaatakują. Wystarczy podpalić trochę słomy i mokrych liści... I będziecie wiedzieli, czy czekają na pożar, czy na coś innego...
Porwała tarczę i wybiegła z wozu.
Lecz zanim dotarła do wózka z zapasami, przeszło jej. Mer miał prawo trochę sobie pożartować, w końcu tkwił na pierwszej linii obrony, narażając życie, podczas gdy ona dostarczała tylko jedzenie i picie do wozów, a na dodatek miała czelność wyrywać się z jakimiś dziwnymi pomysłami. Od kiedy to dziewczynki mówią wojownikom, jak mają walczyć?
Ale teraz przynajmniej wiedziała, co znaczy oblężenie. Oblężenie to chowanie się za płotami obciągniętymi świeżą skórą i strzelanie do obrońców. Wczorajsze ataki konnych trwały aż do wieczora, a noc, jak widać, koczownicy poświęcili na zamknięcie obozu w pierścieniu umocnień, który miał całkowicie odebrać Verdanno swobodę ruchu. Ojciec cały czas naradzał się z Boutanu i innymi dowódcami, a ją odesłał do łóżka dopiero grubo po północy, wyglądając zresztą na lekko zaskoczonego, że jeszcze się kręci w pobliżu. A gdy rankiem powiedziała, że chce pomagać dziewczynom, pokiwał tylko głową i machnął w anaho’la „Idź. Idź”.
Nawet on przestawał ją zauważać.
Zerknęła w stronę rampy biegnącej w dół i kończącej się pośrodku obozu. Zjeżdżał po niej nieprzerwany strumień wozów i sprowadzano niepoliczalne tabuny koni. Rydwany. Kolejne Fale, ściągnięte z obozów, które tkwiły jeszcze po drugiej stronie skalnej ściany. Pod rampą zebrało się ich już ponad trzy tysiące i wszyscy wiedzieli, że jeszcze trochę, a rozgorzeje prawdziwa bitwa, nie mało szkodliwe ostrzeliwanie się na oślep, lecz walka twarzą w twarz. Nawet ona wiedziała, że muszą się wyrwać spod gór, ruszyć na wschód, bo inaczej cała wyprawa nie zda się na nic. Stracili już trzy dni, a każdy krok słońca po niebie oddalał ich od osiągnięcia celu. Wszyscy czekali na nadchodzące starcie, wyczuwała to pragnienie w gorączce spojrzeń, tłumionej gwałtowności ruchów, sztucznej wesołości okazywanej przez załogi wozów bojowych.
Kolejna salwa zafurkotała w powietrzu. Przykucnąć, tarcza nad głowę, poczekać.
Zdążyła dostarczyć jedzenie kolejnym dwóm wozom i biegła właśnie z informacją, że załoga dziesiątego potrzebuje więcej bełtów i strzał, gdy drzwiczki wozu jej braci otworzyły się i silna ręka wciągnęła ją do środka.
– No cooo?! – wrzasnęła z oburzeniem i zamajtała nogami, trzymana w powietrzu.
– Postaw ją, Mer. Głupio wygląda. To znaczy głupiej niż zwykle.
Miała wolne ręce, więc pokazała Eso’barowi „śmierdzący osioł”.
– Postanowiliśmy, że przekażemy Boutanu twój pomysł. Mer i Sel’harr pójdą teraz do dowódcy. Hawereh przekaże go dalej. Chcemy, żebyś wiedziała.
Mer postawił ją delikatnie, uśmiechnął się szeroko i dał jej kuksańca w bok. Już mniej delikatnie. Gdyby nie pancerz, miałaby siniaka.
– Dobry pomysł, żabo. A teraz leć. Wszyscy mamy obowiązki.
* * *
Wędrowali jakieś pół dnia. Trudno było dokładnie ocenić czas pod niebem, które najwyraźniej nie miało zamiaru odziać się w zmierzch, ale nogi, a zwłaszcza stopy, informowały ich, że najwyższa pora odpocząć. Wzgórza zbliżyły się wyraźnie, jeszcze godzina lub dwie i powinni między nie wkroczyć. Kenneth oceniał ich wysokość na kilkaset stóp, dość, żeby z najwyższego ogarnąć wzrokiem kawał okolicy.
Uniósł dłoń.
– Stać! Dziesiętnicy do mnie!
Odszedł z podoficerami na bok.
– Ktoś coś sobie przypomniał? Jakąś legendę o takim miejscu?
Pokręcili tylko głowami.
– Zrobimy krótką przerwę, chcę, żeby ludzie odpoczęli, zanim wejdziemy na wzgórza. Nie wiem, czy tu kiedykolwiek zapada noc, więc rozbijemy obóz na szczycie najbliższego i odpoczniemy dłużej. Oszczędzajcie wodę. Jak na razie nie widziałem jej śladów.
– Jedzenia też nie mamy za wiele, panie poruczniku.
– Jeśli szybko nie znajdziemy wody, jedzenia nam nie zabraknie, Varhenn. Zresztą, jeśli ją znajdziemy, nie zabraknie go również. – Kenneth zawiesił wzrok na wyraźnie zmęczonych koniach. – Bergh, kiedy założymy obóz, wyślesz po okolicy kilka patroli z psami. One prędzej ją wyczują niż my. I nie dzielcie się z nimi własną wodą.
– Ale panie poruczniku...
– Napojone psy nie będą szukać wilgoci, wiesz o tym. Mają być spragnione.
Bergh skrzywił się, ale nie oponował.
– Varhenn, ile mamy wódki?
Nie tylko najstarszy dziesiętnik uniósł brwi w niemym pytaniu.
– Zostało kilka manierek, panie poruczniku. Jeszcze z Kehloren. Nie było aż tak zimno, żeby się rozgrzewać.
– Dobrze. Zbierz je i pilnuj, żeby nikt nie poczuł się zmarznięty. Mam pewien pomysł.
Nikt nie zapytał jaki, co dość dobrze świadczyło o dyscyplinie.
– Niech ludzie nie siedzą i nie myślą o głupotach. Mają zrobić przegląd broni, sprawdzić zapasy, ściągnąć zbędne rzeczy. Tutaj jest cieplej niż w górach, nie chcę, żeby zaczęli mdleć. I przed wyruszeniem wszyscy mają założyć płaszcze.
Kolejna milcząca zgoda. Czy musieli trafić nie wiadomo gdzie, żeby zaczęli zachowywać się jak normalny, zdyscyplinowany oddział...?
– A co potem, panie poruczniku? – rzucił cicho Andan.
Jednak nie.
Kenneth powiódł spojrzeniem po twarzach. Na wszystkich widniało to samo pytanie – co potem? Uśmiechnął się.
– Wyrwałeś się z pytaniem, więc ściągaj but, dziesiętniku.
– Eeeee...
– Bez gadania, ściągaj.
Andan przez chwilę wyglądał, jakby miał ochotę oponować, ale w końcu stęknął, klapnął na ziemię i rozsznurował ciężki bucior. Podał go dowódcy.
Porucznik obejrzał podeszwę i przejechał po niej opuszką. Podsunął Nurowi palec pod nos.
– Poznajesz?
Coś lepiło się do skóry, połyskując diamentową czernią.
Dziesiętnik popatrzył na pył, przejechał własnym palcem po podeszwie buta. Obejrzał go, powąchał, polizał.
Przez chwilę poruszał ustami, jak znawca win oceniający nowy rocznik.
– Siarka – mruknął – i zgniłe jaja. To samo miejsce?
– Nie wiem. Ale mam takie przeczucie. Wielu ludzi znikło w górach przez ostatnie miesiące. A ci szarzy byli obcy, nie potrafili się poruszać niezauważenie, zapewne zostawiali sporo śladów. Patrole natykały się na nie i próbowały sprawdzić, kto zimą włóczy się po dzikich okolicach. Więc ci, co nas tu wysłali, robili z tymi patrolami to samo, co z nami: wrzucali ich tutaj. W czymś im przeszkadzali, więc ich usuwano.
– Bez walki?
– Nas jest pięćdziesięciu, a w patrolach zimą chodzi nie więcej niż jedna dziesiątka. Psy przy saniach. Poradzilibyśmy sobie, gdyby było nas tylko dziesięciu, gdyby psy były zaprzężone i nie mogły walczyć, gdyby wzięli nas z zaskoczenia? My już szliśmy do ataku, a Bękarty pewnie nie wiedziały, co się dzieje. Może szarzy mieli wtedy dość czasu, żeby ich tu ściągnąć i wrócić?
– Może...
Fenlo Nur splunął ciemną śliną i spojrzał na dowódcę z czymś w rodzaju uznania w oczach. I z ponurym rozbawieniem na dodatek.
– Nie ma wyjścia.
– Jest.
– Jeśli ktoś ma skrzydła.