Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Prosto w kilka kusz mierzących w jego pierś.
Nie było propozycji poddania się. Zresztą, patrząc, jak obcy spina się i rusza w stronę strzelców, Kenneth wiedział, że nie miałoby to sensu. Brzęknęły cięciwy i biegnący zatańczył ostatni raz, w fontannach krwi i kości wyskakujących z pleców razem z ciężkimi pociskami.
Porucznik rozejrzał się, wszyscy napastnicy byli już martwi, żaden nie próbował złożyć broni. Kobiety tkwiły w miejscu, na szczycie niewielkiego wzgórza.
– Krąg. – Zatoczył dłonią koło w powietrzu. – Sprawdzić straty. Czekać.
Żołnierze sprawnie otoczyli wzniesienie.
Kenneth ruszył w stronę kobiet, chowając miecz do pochwy i ignorując broń w ich rękach. Na twarzach obu, jasnej i ciemnej, pojawiło się zaskoczenie.
– Tak. – Skinął głową blondynce. – Wieża. Choć lepiej wyglądasz, jak nie trzymasz cudzych oczu w ręku.
– Co...
– Nie. – Przerwał im uniesieniem dłoni. – Na razie nic nie mów.
Podszedł do siedzącej na koniu szlachcianki. Spojrzała na niego pustym wzrokiem i wróciła do kontemplacji okolicy. Odwrócił się i rozejrzał.
Niebo miało barwę polerowanej stali, jasnosinej z lekkim błękitnym połyskiem. To nie były chmury, tylko sam firmament bez śladu słońca, sklepienie jaśniało spokojnym, przymglonym blaskiem. W takim świetle nie ma mowy o cieniach. Pod tą kopułą znajdowała się równina naznaczona tysiącem odcieni czerni. Matowa czerń sadzy, głęboka czerń żyznej ziemi, zimna czerń morskich głębin, ostra czerń obsydianu – człowiek widzi różnice, dopiero gdy wszystkie te odcienie ma przed oczami. Daleko, na horyzoncie, majaczyły jakieś wzniesienia, niczym czarne zęby wgryzające się w nieboskłon. Kenneth przykląkł i dotknął gruntu. Twardy, w dotyku przypominał wygładzony granit, i zaskakująco ciepły, jakby pod skałą tętniło gorące źródło.
Velergorf podszedł i przykucnął obok.
– Trzech rannych. Dwóch źle upadło, gdy wskakiwaliśmy tutaj, jeden dostał nożem...
– Konus.
– Tak, panie poruczniku. Już założyliśmy opatrunek. Tamta dwójka to Gessen i Jodła, skręcona kostka i rozbite kolano. Ledwo dają radę chodzić. Wilk i reszta tropicieli ogląda już trupy.
– Dobrze. Wiesz, gdzie jesteśmy?
– Nie... Na Jaja Byka, nie. Nigdy nie słyszałem o takim miejscu. Ale to nie Olekady, gdyby mnie ktoś spytał.
– No, no, Varhenn, jak na to wpadłeś?
Kenneth spojrzał w twarz dziesiętnika. Ukryte w tatuażach oczy były spokojne i czujne. Bez śladu strachu czy choćby niepokoju. Velergorf, sukinsynu, jesteś skałą pod moimi stopami.
– No mów – ponaglił. – Widzę, że coś masz na języku.
– Nie znam tego miejsca, panie poruczniku. Popytałem kilku chłopaków, też nie wiedzą, gdzie nas rzuciło. Ale większość sądzi, że one – wskazał brodą w stronę uciekinierek – mają z tym coś wspólnego.
– Brawo. Widzę, że trafiła mi się kompania rozplotkowanych myślicieli. Zrobisz zbiórkę.
– Tak jest.
Wstali, dziesiętnik ruszył do żołnierzy, Kenneth odwrócił się do kobiet.
Szlachcianka siedziała w siodle, wbijając wzrok w końską grzywę, obojętna aż do katatonii. Za to dziewczyny patrzyły na niego uważnie, ciemne i jasne spojrzenie, ręce już bez broni, na twarzach maska uprzejmego zainteresowania. Coś w stylu: jakie miłe, przypadkowe spotkanie, czy ma pan dla nas jakieś wieści, panie oficerze?
Wyszczerzył się szeroko.
– Porucznik Kenneth-lyw-Darawyt, Szósta Kompania Szóstego Pułku z Belenden – przedstawił się. – Przypominam, gdybyście zapomniały.
Blondynka skinęła głową.
– Kailean-ann-Alewan i Daghena Oanyter. A to – wskazała szlachciankę – panna Laiwa-son-Baren.
– Domyśliłem się. Daleko zaszłyście przez te cztery dni.
– Miałyśmy dobrą przewodniczkę. – Kailean jeszcze raz wskazała pogrążoną w bezruchu hrabiankę.
– Tak myślałem. Głodne?
Pokręciły głowami.
– Nie za bardzo.
– Za to dumne. Dostaliśmy rozkaz, żeby was schwytać i odstawić Szczurom.
Czarnowłosa uśmiechnęła się dziwnie.
– Szczury powinny się zdecydować. My dostałyśmy rozkaz, żeby dowiedzieć się, co się dzieje w górach.
– Coś takiego chodziło mi po głowie. Jak inaczej dziewczyny schwytane pod wieżą trafiłyby do zamku jakiegoś hrabiego? Na razie jednak nie widzę Szczurów w pobliżu, więc nie będę się nimi przejmował. Czy macie coś wspólnego z tym, że znaleźliśmy się właśnie tutaj? I czy wiecie, gdzie to w ogóle jest?
Obie spojrzały na hrabiankę.
– Nie wydaje mi się, by chciała właśnie tutaj trafić. Raczej nie.
– Rozumiem. Nie zrobicie głupstwa, jak was tu zostawię na chwilę same?
Jasnowłosa poklepała konie po szyi.
– Są zbyt zmęczone, żebyśmy dały radę na nich uciec. Poza tym... lepiej trzymać się razem.
– Racja.
Odwrócił się i ruszył ku kompanii. Pięćdziesięciu ludzi stało w dwóch równych szeregach, psy przysiadły z boku. Powiódł wzrokiem po twarzach. Varhenn, Andan, Bergh, Malawe, Sewres, Patyk, Wilk, Bryhle, Pazur, Szpak... Większość znał od lat, a nowi... złapał się na tym, że od kilku dni nie myśli już o nich jak o Stajennych, ciężarze rzuconym mu na barki przez Czarnego, czerwień cyfr na ich płaszczach przestała kłuć w oczy świeżością. Razem przeszli przez góry, razem walczyli i zabijali. Nowi żołnierze wpasowali się w tkankę Szóstej, związali wspólną służbą. Gdziekolwiek się znaleźli, trafili tu jako jedna kompania.
Rzucił okiem na Fenlo Nura. No, może z małymi wyjątkami.
– No dobra, zróbcie spocznij i zbierzcie się w kupę. Bliżej mnie, nie będę się darł na całą tę piękną okolicę.
Kompania złamała szyk, żołnierze ustawili się w luźny półokrąg.
– Sytuacja wygląda tak, że nie wiemy, gdzie jesteśmy. – Kenneth machnął dłonią wokół. – Jeśli któryś z was słyszał o takim miejscu, niech mówi.
Odczekał trzy uderzenia serca.
– Dobrze. Ja też nie. Pamiętam za to, że fala czarów, która nas tu rzuciła, pochodziła od tych szarych bękartów. Wilk, czego się o nich dowiedziałeś?
Szczupły zwiadowca chrząknął, przez chwilę wyglądało na to, że splunie na ziemię.
– Niczego.
Kenneth pochwycił spojrzenie Nura, zdziwione i jakby lekko rozbawione.
– Co to znaczy, niczego?
– Nie wiem, kim są, panie poruczniku. Nie wiem, skąd pochodzą, materiał ich ubrań ma splot, który widzę pierwszy raz w życiu, buty są zrobione z jednego kawałka skóry, której nie potrafię rozpoznać, broń jest dziwna. Metal wypolerowano, ale mimo to pozostał matowy, z tym szarym odcieniem...
Wilk zamilkł, poruszył szczęką, jakby przeżuwał wyjątkowo gorzki owoc.
– I oni... ale tego nie jestem pewien...
– Chodzi mu o to, że to nie są ludzie – wygłosiwszy to stwierdzenie głosem ciężkim jak granitowy głaz, Fenlo Nur stanął w lekkim rozkroku i założył ręce na piersi. Ale jeśli szykował się do kłótni, Kenneth musiał go rozczarować.
– Dlaczego tak sądzisz? – zapytał spokojnie.
Młodszy dziesiętnik uniósł otwartą dłoń.
– Mają dodatkowy staw w palcach. Wszyscy. I brak im włosów na ciele poza głową, brwiami i rzęsami. Żaden nie musiał się golić.
Kenneth uniósł brwi.
– Oglądałeś ich całych?
– Tylko dwóch. Żeby się upewnić. Reszcie sprawdziłem dłonie i stopy. W palcach stóp mają z kolei o jeden staw mniej, choć są one tak samo długie jak u nas. Powiedziałbym też, że coś jest nie tak z ich mięśniami. Jakby były przyczepione do kości w innych miejscach, ale mogę się mylić. Tu potrzeba by medyka, uzdrowiciela albo czarownika, żeby ich obejrzał.