Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
– Wilk?
Góral pokręcił głową.
– Nie wiem, panie poruczniku. Dziesiętnik mówi prawdę, coś z nimi jest nie tak, ale czy to na pewno nie ludzie? U mnie w wiosce jest rodzina, gdzie co drugie dziecko rodzi się z sześcioma palcami. Ale to i tak dobrzy górale. Może gdzieś na świecie są ludzie, którzy mają więcej stawów? Za mało wiemy.
– Dlatego mówię, że tu potrzeba czarownika. – Fenlo Nur energicznie pokiwał głową.
– Kogoś takiego to my akurat nie mamy, dziesiętniku. Co jeszcze znaleźliście?
– Nie mieli zapasów. Żadnego jedzenia ani wody. Tylko ubrania i broń. Powiedziałbym, że jedno i drugie nie za bardzo nadające się w góry.
– Cóż, wygląda na to, że góry nie były ich celem.
– A co, panie poruczniku?
– A jak myślisz? My, Szczury, Bękarty, no i jeszcze oni. I jeden cel.
Wzrok dziesiętnika powędrował na wzgórze.
– Może je grzecznie zapytać?
– Coś mi się wydaje, że jedyna osoba znająca odpowiedź jest jakby nieobecna. Więc na razie nie pytamy. Ale będziemy bardzo pilnować, żeby nam nagle nie znikła. Zrozumiano?
Pokiwali głowami.
– Opatrzyć zadrapania i siniaki, szykujemy się do drogi. Sprawdzić, ile macie żywności i wody. Oszczędzamy. Jesteśmy na terenie wroga, więc oczy i uszy otwarte. Bergh, co mówią psy?
– Nie podoba im się tu, panie poruczniku. Węszą bez przerwy i są podenerwowane.
– Zauważyłem. Każ ludziom wziąć je na smycz. Niech nie biegają swobodnie, póki nie zorientujemy się, gdzie jesteśmy.
– Rozkaz.
Bergh zasalutował.
– Za kwadrans wyruszamy w stronę tamtych wzgórz. – Kenneth wskazał majaczące na horyzoncie czarne zęby. – Trudno ocenić odległość, ale chcę tam być przed zmrokiem.
Obejrzał się na wzniesienie.
– Dobra. Rozejść się.
Kobiety tkwiły w tym samym miejscu, w którym je zostawił. Zdążyły namówić szlachciankę do zejścia na ziemię i rozkulbaczyć konie. Wycierały teraz i gładziły ich boki.
– Dużo przeszłyście.
– Sporo. – Blondynka najwyraźniej była bardziej wygadana. – Gdybym wiedziała, że za nami idą...
– To co?
– Nie wiem... spróbowałabym czegoś. I na pewno nie dałabym się wziąć żywcem. Nie po zamku.
Pokiwał głową. Wciąż miał przed oczami obraz obdartej ze skóry wiewiórki.
– To oni na niego napadli?
– Tak. Szukali jej. – Wskazała siedzącą na ziemi hrabiankę.
– Wiecie dlaczego?
– Cóż. – Tym razem czarnowłosa uśmiechnęła się dziwnie. – Kimkolwiek jest, z pewnością nie pochodzi ze starej arystokracji. Ani ona, ani jej służąca. Zrobiły coś z hrabią i wszystkimi ludźmi w zamku. Coś tu... – Postukała się po skroni. – Oni nie wiedzieli, co się dzieje w górach, nie mieli pojęcia o mordach, zniknięciach, o niczym. To trudne czary.
– Dlaczego to zrobiły?
Pokręciły głowami. Obie jednocześnie.
– Jeszcze nie wiemy. To, co mówiła po drodze, to jakiś bełkot. Ale właśnie tego miałyśmy się dowiedzieć dla Szczurów. Dlaczego większość mordów i zniknięć ma miejsce w pobliżu ziem hrabiego.
– I Kehlorenu.
Kailean pokręciła głową.
– Kehloren nie był ważny. W jego pobliżu dochodziło do zabójstw tylko dlatego, że pod bokiem znajdował się zamek hrabiego. Tak sądzę. Myślę, że oni – wskazała na trupy – próbowali ją znaleźć, wywabić z kryjówki, skłonić do ruchu. A gdy wreszcie znaleźli, uderzyli. Ale kim są i dlaczego na nią polują, nie wiem.
Szlachcianka parsknęła krótkim śmiechem, tak nagle, że aż podskoczyli.
– Bo miłość matki nie zna granic, a każde jej dziecko otoczone jest nią od narodzin do śmierci. Będzie chciała z powrotem przytulić do piersi je wszystkie. Żywe lub martwe. Myślałam – zaczęła szeptać – przez chwilę myślałam, że uciekniemy, że o nas zapomniała.
Umilkła. Jej spojrzenie znów stało się szkliste.
– Widzisz? Przez ostatnie godziny wysłuchujemy tylko tego. Matka i matka.
– Trzeba było wydać ją Szczurom. Od razu.
Twarz Kailean stwardniała.
– Obiecałam.
Kenneth po raz pierwszy przyjrzał im się uważnie. Miały na sobie potargane, ubrudzone sukienki i coś, co najprawdopodobniej było lekkimi pantoflami, nim trudy wędrówki nie zmieniły tego w obszarpane łapcie trzymające się na kilku paskach skóry. Musiały być naprawdę zdeterminowane, skoro tak daleko zaszły.
– Szczerze mówiąc, liczyłyśmy na to, że w miejscu, gdzie trafimy, znajdziemy jakieś odpowiedzi. – Daghena spojrzała mu prosto w oczy. – Coś się wydarzyło w tych górach parę lat temu. Coś, co zabiło kilkuset dorosłych, zdrowych ludzi. I sądzę, że od tego właśnie się zaczęło. A jeśli oddałybyśmy ją Szczurom, nigdy byśmy się nie dowiedziały. Rozumiesz?
– Mniej więcej. Więc ci zabójcy ścigali was od zamku aż tutaj? Przez całe góry?
Popatrzyły po sobie, zdziwione.
– Znaleźliśmy ich ślady w pobliżu waszego ostatniego obozu. Dobrze, że zdołałyście uciec aż tak daleko. – Uśmiechnął się. – Gdyby nie szczęśliwy traf, pewnie was też by zamordowali. Ale nie będziemy o tym teraz rozmawiać.
To niezła linia obrony, jeśli kiedykolwiek staną przed szczurzym Trybunałem. Nie porwanie, lecz ucieczka przed zabójcami i próba ocalenia życia jedynemu świadkowi. Ale niech same sobie to poukładają.
– Wasze konie dadzą radę iść?
– Jeszcze jakiś czas. Ale niezbyt szybko.
– To dobrze, bo ja nie mam zamiaru z nikim się ścigać. Pójdziemy w stronę tamtych wzgórz. Może stamtąd da się rozejrzeć po okolicy. – Omiótł dziewczyny wzrokiem. – Ile macie wzrostu?
W zapasowych rzeczach znaleźli dla nich portki, luźne koszule i skórzane kurtki. Największy problem był z butami, żaden strażnik nie miał tak małych stóp, musiały więc zostać w pantoflach dobrych do chodzenia po pałacu, owiniętych dla wzmocnienia kilkoma skórzanymi paskami. Jedynie hrabiankę zostawili w tym, co miała na sobie, i tak będzie podróżować konno.
Zostawiły sobie broń zabraną z zamku.
– Dobrze. Ruszamy!
Kompania ustawiła się w luźnym szyku, najpierw kilku ludzi z psami, potem trzy dziesiątki, konie i reszta Szóstej zamykająca kolumnę. Teren był równy, płaski jak toń jeziora w bezwietrzny dzień. Gdzieniegdzie wznosiły się niewielkie pagórki. Nic więcej. Żadnych kamieni, głazów, żwiru, żadnych śladów roślinności, mchów, porostów, traw. Tylko gładka, czarna równina ciągnąca się we wszystkie strony. W takim terenie wzrok mamił i zwodził, trudno było ocenić rzeczywiste odległości, brakowało perspektywy, punktu odniesienia, który ułatwiałby orientację. Czarne wzgórza na horyzoncie były jeszcze zbyt odległe, by dało się określić ich wielkość, jednak w zasięgu ich wzroku nie znajdowało się nic innego, zmierzali więc w tamtą stronę.
Po godzinie marszu Kenneth zorientował się, że Fenlo Nur konsekwentnie przesuwa się w jego stronę. Po kilku chwilach maszerowali ramię w ramię.
– Coś cię dręczy, dziesiętniku?
– W którą stronę idziemy, panie poruczniku?
– To znaczy?
– Północ, wschód, południe? Jaki kierunek?
Kenneth uniósł brwi i posłał mu kwaśny uśmiech.
– Wydaje ci się, że ty jeden masz łeb na karku? Bez słońca albo gwiazd nie ustalimy kierunku, ale jeszcze nie wiemy, czy słońce tu zagląda. Na razie idziemy w miejsce, gdzie będziemy się czuć jak w domu.
– Bo to wzgórza?
– Właśnie. Lepsze do tego, żeby założyć obóz, rozejrzeć się i odpocząć. Miejsce, gdzie nie będziemy wystawieni na atak jak mrówki na podłodze.
– Ale...
– Nur, zamknij się, dobrze? Przychodzisz do mnie niby zaniepokojony czymś dziwnym, a tak naprawdę chcesz, żebym wytłumaczył ci się ze swoich decyzji. A nie przyszło ci dziesiętniku do tego tępego łba, że nie tylko ty masz tutaj prawo oceniać? Sądzisz, że zapomniałem o waszym zaginionym dowódcy? Postawię resztę swoich dni, że maczałeś w tym palce. Prawie się posrałeś ze strachu, gdy wozacki czarownik wspomniał o twoich tajemnicach. – Kenneth nie spojrzał na Nura, ale wyczuł, że tamten spiął się cały. – Wydaje ci się, że jesteś w czymś lepszy od reszty? Mam ludzi, którzy tropią tak samo dobrze jak ty, tak samo dobrze strzelają z kuszy i tak samo dobrze walczą. Jeśli wiesz o tej równinie coś, co może nam pomóc, mów. Jeśli nie wiesz nic, milcz. Boisz się, że nie trafimy z powrotem w miejsce, skąd wyskoczyliśmy?