Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 83 84 85 86 87 88 89 90 91 ... 152
Перейти на страницу:

– Jedzenie – powiedziała.

– I picie. Nie zapominaj o piciu.

– Nie ma picia. Wóz wam się palił, więc zużyłam wszystko, żeby go ugasić.

Eso’bar uśmiechnął się, jak zwykle, samymi wargami, uśmiech zawsze omijał jego oczy. Ten wzrok pojawił się u niego w dniu, gdy umarła mama, a ona nadal nie mogła się do niego przyzwyczaić. Jakby patrzył na nią obcy człowiek. Na szczęście Mer’danar zachowywał się w miarę normalnie.

– Nooo, co tak długo? Każesz nam czekać cały dzień na kęs spleśniałego suchara i łyk stęchłej wody, dziewczyno. Wstyd. Czy za każdym razem musisz się zatrzymywać, żeby podziwiać widoki?

– Raczej żeby odetchnąć świeżym powietrzem, Mer. Za każdym razem śmierdzi tu gorzej niż poprzednio. Naprawdę uważasz, że puszczanie bąków uchroni cię przed strzałami?

– Co taka mała koza może wiedzieć o strzałach? Gdyby koczownicy cię zobaczyli, pomyśleliby, że to jakaś żaba ubrała się w pancerz i pomyka między wozami.

– A jak zobaczą ciebie, zdziwią się, czemu to dzieci muszą nas bronić.

Była chyba jedyną osobą, która mogła się tak do niego odzywać. Mer odziedziczył grube kości po ojcu, ale wzrost po jakimś bardzo odległym przodku. Nawet Nee’wa była już od niego wyższa. Z drugiej strony jako jedyny w rodzinie mógł iść w zawody z Der’ekiem i ojcem w liczbie łamanych w ręku podków. Był masywny jak kowadło, zbyt ciężki do załogi rydwanu i za niski, żeby stać w szyku wśród tarczowników. Zostawał mu więc wóz bojowy. Paru głupców podśmiewało się z niego otwarcie, póki raz, dla zabawy, nie pociągnął go zamiast czwórki koni.

No, jak się jest córką Oka Węża, to można przynajmniej zadbać o to, by przydzielili cię do sawo’leyd, w którym służą twoi bracia. Oczywiście Ana’we wybrała ten, gdzie znajdował się Kar’den, ale Key’la nie miała do niej o to pretensji, jeśli dziewczyna zaprasza kogoś do własnego wozu, to powinna pilnować, by żadna inna jej go nie ukradła. Ona przynajmniej mogła widywać się z Eso’barem i Mer’danarem.

Który właśnie machnął ręką i uśmiechnął się. W przeciwieństwie do Eso’bara, samymi oczami.

– Twoje szczęście, że żadnemu nawet nie przyjdzie do głowy marnować strzały na takiego pędraka.

– Przynajmniej jednemu przyszło – odezwał się Gewlant.

Obejrzała się przez ramię. Dowódca wozu stał pod ścianą i oglądał jej tarczę.

– Nieźle – zamruczał. – Przeszła na wylot, jak widzę. Coś poderwało ją w powietrze, obróciło dwa razy i postawiło z powrotem.

– Trafił cię? Gdzie? Pokaż!

Mer’danar już się nie uśmiechał, oczy miał czujne, taksujące.

– Zostaw ją, Mer, nic jej nie jest.

– Skąd wiesz?

– Bo widzę. – Eso’bar nawet nie ruszył się z miejsca. – To tylko lekkie draśnięcie na lewej ręce.

Zanim zdążyła zaprotestować, miała już podwinięty rękaw i ciężkie, grube palce delikatnie dotykały skaleczenia.

– Przemyłaś?

– To nic takiego.

– Z takiego skaleczenia dostaje się gorączki, potem zgorzeli i gangreny. Nasi uzdrowiciele mają dość pracy, a ty chcesz im jeszcze dodać kolejnej?

Zawstydziła się. O tym nie pomyślała. Nim policzyła do dziesięciu, miała ranę przemytą kwaskowatym winem i obwiązaną szmatką.

– Pokaż ją wieczorem Ana’we. Niech obejrzy i zmieni opatrunek.

– Dobrze. – Prawie skompromitowała się do reszty, pociągając nosem.

– Będą strzelać.

Nie zauważyła, kto to powiedział, ale Mer’danar bez słowa wcisnął ją pod opartą o ścianę tarczę i zajął pozycję. Skuliła się, obserwując wnętrze wozu. Załoga liczyła ośmiu wojowników: byli w niej jej bracia, wiecznie milczący Sel’harr, ponury Mol’hress, o którym wiedziała tylko, że stracił dwóch młodszych braci w starciu przy rampie, chudy jak tyczka Klw’mer, dowodzący wszystkimi Gew’lant i dwóch nowych, których imion jeszcze nie poznała. Wszyscy nosili hełmy przedłużone nakarczkami z kolczej siatki, opadającymi wprost na ramiona. Do tego kolczugi albo skórzane pancerze, miecze, topory, sztylety, łuki i kusze. W kącie wozu stała garść oszczepów, włóczni, gizarm i rohatyn. Nie chciałaby być koczownikiem, który miałby ich zaatakować.

Ale koczownicy nie zamierzali na razie atakować. Tym razem, tkwiąc pod tarczą przy burcie, nie usłyszała furkotu nadlatujących strzał, tylko nagle coś walnęło w deski tuż przy jej głowie, raz, drugi, i zaraz zabębniło gradem, aż skuliła się mocniej i przycisnęła dłonie do uszu.

Frrr, frrr, frrr, nad wozem przemknęła kolejna garść strzał, jedna czy dwie zasyczały, gubiąc płomień na wiklinowych płotkach.

– Jeszcze nie wychodź – mruknął Mer, zupełnie jakby była głupia.

Pac. Paopaapac. Cztery pociski jeden za drugim wbiły się w piasek na dnie wozu, zafurkotały bezsilnie i zgasły.

– No już. – Mer’danar wyciągnął strzały wbite w podłogę. – Teraz zrobią sobie chwilę przerwy.

Obejrzał uważnie wszystkie pociski, dwa rzucił w kąt, dwa podał Gew’lantowi.

– Część jest tak nadpalona, że nie nadaje się do niczego, może wykorzystamy jeszcze groty. Ale część możemy oddać im z powrotem od razu.

Dowódca wozu cofnął się nieco, napiął łuk i posłał pierwszą strzałę tuż nad wiklinowym płotkiem. Eso’bar przykleił się do szczeliny strzelniczej.

– Bardziej w lewo.

Drugi pocisk pomknął w powietrze.

– Prosto do celu.

– Ech, zabawy... – Mer wykonał kilka gestów w av’anaho, mówiących wyraźnie, że jest znudzony. – Oni strzelają do nas, my do nich i tak naprawdę nikt nie liczy na to, że zrobi komukolwiek jakąś poważną szkodę. Chcesz zobaczyć?

Zanim zdążyła odpowiedzieć, podsadził ją do najbliższej szczeliny.

Nieco po prawej miała drugą ścianę wozów, pięć pojazdów ustawionych w krótką linię zakończoną wozem z wieżyczką strzelniczą. Po lewej otwierało się przedpole usiane zaostrzonymi palami, dołami i płytkimi rowami. A jakieś sto pięćdziesiąt-dwieście kroków dalej przycupnął szeroki płot, który wyglądał, jakby był zbity z desek i obłożony świeżo zdartą skórą. Nawet stąd widziała roje much unoszące się nad takim apetycznym kąskiem.

– Jest ich tam jakaś setka, czają się za osłoną i marnują strzały. Dziś ani razu nie widziałem konnych. Czekają.

– Na co?

– A parszywy kozioł ich wie. Pewnie aż uda im się podpalić wozy mieszkalne, wzniecić panikę i dopiero wtedy uderzą. Całą noc stawiali te umocnienia. Oblegają nas, jakbyśmy byli zasranym miastem. Gdybyśmy mieli...

Wyraźnie ugryzł się w język, nie kończąc. Gdybyśmy mieli rydwany... Gdyby Der’eko i bliźniacy nie znikli na południu razem z pięcioma tysiącami rydwanów i Orne.

– Nie martw się. Są cali.

– Tak. Na pewno.

On ją trzymał, ona wczepiła się palcami w krawędź krzyżowej szczeliny, więc mieli zajęte ręce. W anaho łatwiej się kłamie niż w wysokiej mowie.

– Jak chcą „mieć pożar, dajcie im go – wyrwała się z pomysłem i zaraz poczuła wstyd. Od kiedy to podszyte tchórzem dziewczynki doradzają wojownikom?

– No pewnie, siostra. – Mer’danar zaśmiał się, na szczęście wcale nie złośliwie. – Podpalimy wozy mieszkalne zamiast koczowników, po co biedacy mają marnować strzały?

– Nie... nie... ja tylko myślałam... już nic...

1 ... 83 84 85 86 87 88 89 90 91 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)