Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 76 77 78 79 80 81 82 83 84 ... 210
Перейти на страницу:

Za­milkł, jak­by sma­ko­wał znów tam­tą chwi­lę.

— My­śla­łem wte­dy, po wę­drów­ce przez Ste­py i stat­ku nie­wol­ni­czym, że już ni­cze­go nie będę czuł. Ale gdy­bym miał dłuż­szy łań­cuch, udu­sił­bym go tej sa­mej nocy, mimo że karą za za­bi­cie in­ne­go nie­wol­ni­ka było wy­łu­pie­nie oczu i ka­stra­cja. Cho­dzi­li­śmy w kół­ko, mie­siąc po mie­sią­cu, od rana do nocy, a ża­den z nas na­wet nie spoj­rzał, na­wet się nie ode­zwał do dru­gie­go. To przy kie­ra­cie na­uczy­łem się me­ekhu, on zresz­tą też, bo wa­szych lu­dzi było tam naj­wię­cej, a jak nie po­tra­fisz się do­ga­dać z in­ny­mi nie­wol­ni­ka­mi, to je­steś trup. I był tam taki je­den po­piel­ny, ja­kiś no­ma­da z pu­sty­ni. Nad­zor­cą go zro­bi­li, że niby wte­dy nie za­przy­jaź­ni się z resz­tą. Su­czy syn rze­czy­wi­ście uwiel­biał ka­to­wać lu­dzi, ale tak, żeby ich śmierć wy­glą­da­ła na zwy­kłą, od cięż­kiej pra­cy. Chcesz słu­chać da­lej?

Ka­ile­an do­pi­ła wino, znów do­la­ła, so­bie i jemu. W gło­wie lek­ko jej już szu­mia­ło.

— Mów, mów. To do­bra opo­wieść.

— Je­śli tak są­dzisz, to je­steś bar­dziej pi­ja­na, niż my­ślę. — Uśmiech­nął się sze­ro­ko. — No do­bra, mó­wię. Przy kie­ra­cie cho­dzi­ło nas dwu­na­stu. Sześć drew­nia­nych ra­mion, po dwóch lu­dzi na jed­no. Ten su­czy syn, Ti­woh mu było, wy­bie­rał so­bie raz na mie­siąc jed­ne­go z nas i jak trze­ba było szyb­ciej krę­cić ko­łem, to więk­szość ba­tów po­sy­łał na jego ple­cy. Po kil­ku­na­stu dniach skó­ra i mię­śnie od­cho­dzi­ły nie­szczę­śni­ko­wi od ko­ści, mu­chy skła­da­ły mu jaja w cie­le, ich lar­wy po­że­ra­ły go żyw­cem, puchł i gnił. Ale dla głów­ne­go nad­zor­cy ko­pal­ni wszyst­ko było w po­rząd­ku, bo je­den trup na mie­siąc przy kie­ra­cie to nie­szcze­gól­nie dużo.

Ko­wal od­sta­wił ku­bek na zie­mię, a jego wiel­kie dło­nie za­ci­snę­ły się w pię­ści, po­tem mi­mo­cho­dem się­gnę­ły ku szyi. Ka­ile­an po­ki­wa­ła gło­wą. Gdy­by La­skol­nyk to wi­dział, miał­by pew­ność, że ta­kich lu­dzi nic i nikt nie zmu­si do po­now­ne­go za­ło­że­nia ob­ro­ży.

— Pew­ne­go dnia Ti­woh upa­trzył so­bie na na­stęp­ną ofia­rę wła­śnie Pore. A ja się ucie­szy­łem, bar­dzo ucie­szy­łem, gdy bat pierw­szy raz świ­snął i zo­sta­wił mu prę­gę na ple­cach. I ko­lej­ną, i jesz­cze jed­ną. Dzie­więć dni… dzie­więć dni pa­trzy­łem, jak ten prze­klę­ty Bły­ska­wi­ca krwa­wi, pada, pod­no­si się z ko­lan i znów pcha kie­rat. Jak kła­dzie się nocą, zwi­nię­ty w kłę­bek, opuch­nię­ty i cuch­ną­cy. I wszyst­ko bez sło­wa skar­gi, bez jęku, bez jed­ne­go spoj­rze­nia na nad­zor­cę. Jak­by… cho­le­ra… jak­by był…

— Ver­dan­no?

— Tak. Dzie­sią­te­go dnia za­czął po­włó­czyć no­ga­mi, sła­niać się… a Ti­woh, ten par­szy­wy by­dlak — dłoń Wo­za­ka za­tań­czy­ła w av’ana­ho — owrzo­dzo­ny fiut sta­re­go capa uśmie­chał się i jeź­dził pal­cem po gar­dle. Ba­wi­ło go to. Pew­nie brandz­lo­wał się po­tem w na­mio­cie, wą­cha­jąc krew za­schnię­tą na ba­cie.

Zer­k­nął na nią spod oka. Ka­ile­an nie za­czer­wie­ni­ła się, cza­ar­dan har­to­wał, uod­par­niał na ta­kie głu­pie gad­ki.

— Wi­dzisz, kie­rat to ta­kie… — za­wa­hał się — … jed­no cia­ło. Jak z tu­zi­na lu­dzi ktoś od­pad­nie, resz­ta na­praw­dę to po­czu­je, bo dzien­nie wy­cią­ga­li­śmy dwie­ście wóz­ków z urob­kiem. Dwie­ście i ani jed­ne­go mniej. I krę­ci­li­śmy ko­łem, póki ostat­ni nie wy­je­chał na górę, na­wet je­śli kra­dło nam to pół nocy od­po­czyn­ku. Więc nie ma w kie­ra­cie wspól­no­ty in­nej niż od­li­cza­na licz­bą wy­cią­gnię­tych wóz­ków z rudą. Kie­dy je­den słab­nie, resz­ta prze­kli­na go, plu­je, a jak się­gnie nogą, to i ko­pie. Po­ga­nia. Cza­sem bar­dziej niż bat nad­zor­cy. I tak ro­bi­li inni. A ja… za­czą­łem się gnie­wać. Na nie­go, tego cho­ler­ne­go Bły­ska­wi­cę, ale nie, że słab­nie, tyl­ko że nie pła­cze, nie szlo­cha i nie bła­ga o li­tość. Że jest taki cho­ler­nie dum­ny. A po­tem na resz­tę, że za­cho­wu­ją się jak sta­do wście­kłych psów. A na koń­cu na nad­zor­cę, że nas w te psy zmie­nił. A gniew Ver­dan­no…

— Wiem, jaki jest. Jak bi­tew­na ka­ra­wa­na su­ną­ca przez step. Cięż­ko ru­szyć, ale jesz­cze trud­niej za­trzy­mać.

Męż­czy­zna za­śmiał się krót­ko i za­raz urwał, jak­by za­kło­po­ta­ny.

— Tak. Jak bi­tew­na ka­ra­wa­na. Wrza­sną­łem na in­nych, na­par­łem na mój drąg, pchną­łem. Nad­zor­ca za­re­cho­tał, rzu­cił roz­kaz i resz­ta, je­den po dru­gim, prze­sta­wa­ła pchać. W koń­cu zo­sta­li­śmy tyl­ko we dwóch, Pore i ja. A on pod­niósł się, za­parł i za­czął pchać ze mną. Czło­wiek da radę sam ob­ra­cać kie­ra­tem, tak jak da radę sam po­cią­gnąć wóz, ale jak dłu­go? Krę­ci­li­śmy we dwóch przez kwa­drans… może dłu­żej, a z każ­dym ob­ro­tem wy­cie­ka­ła ze mnie nie­na­wiść do tego po­kur­cza. Nie­na­wi­dzi­łem wszyst­kich in­nych, wła­ści­cie­la ko­pal­ni, nad­zor­cę, resz­tę nie­wol­ni­ków, ale jego co­raz mniej. A Ti­woh wściekł się w pew­nej chwi­li i za­czął wa­lić nas ba­tem gdzie po­pad­nie. Bił i bił, aż się zmę­czył i od­szedł. Nie za­tłukł nas wte­dy na śmierć, choć pew­nie chciał, ale za­bi­cie dwóch nie­wol­ni­ków na­raz nie uszło­by mu pła­zem.

Kor’ben za­milkł, wpa­trzo­ny w swo­je dło­nie, być może znów był przy kie­ra­cie, schy­lał kark i pchał z ca­łych sił, by tyl­ko nie upaść. Ka­ile­an nie po­na­gla­ła go. Wino ob­le­pia­ło jej ję­zyk kwiet­ną sło­dy­czą, szu­mia­ło w gło­wie. Słoń­ce nur­ko­wa­ło po­wo­li ku zie­mi, a nie­bo wo­kół nie­go ru­mie­ni­ło się, jak­by za­wsty­dzo­ne. Pra­wie mo­gła za­po­mnieć, gdzie jest i co robi.

— To nie bę­dzie opo­wieść o po­cząt­ku wspa­nia­łej przy­jaź­ni, dziew­czy­no. — Tym ra­zem to Kor’ben do­lał im wina. — Nie zo­sta­li­śmy brać­mi krwi, nocą nie wy­pła­ka­li­śmy so­bie na­wza­jem krzywd i grze­chów. Na­dal nie po­do­ba­ją mi się bły­ska­wi­ce wy­ta­tu­owa­ne na jego pier­si. Ale gdy na­stęp­ne­go dnia do ko­pal­ni przy­je­chał je­den z do­mo­wych i spy­tał, kto zna się na ko­niach, bo trze­ba ujeź­dzić kil­ka trzy­lat­ków, Pore zgło­sił się i mimo po­ha­ra­ta­nych ple­ców po­ka­zał, co po­tra­fi. Do dziś nie wiem, jak zdo­łał to zro­bić.

— Kha-dar po­wie­dział­by, że to się na­zy­wa mo… ty­wa­cja. Mo­ty­wa­cja.

1 ... 76 77 78 79 80 81 82 83 84 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)