Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Zamilkł, jakby smakował znów tamtą chwilę.
— Myślałem wtedy, po wędrówce przez Stepy i statku niewolniczym, że już niczego nie będę czuł. Ale gdybym miał dłuższy łańcuch, udusiłbym go tej samej nocy, mimo że karą za zabicie innego niewolnika było wyłupienie oczu i kastracja. Chodziliśmy w kółko, miesiąc po miesiącu, od rana do nocy, a żaden z nas nawet nie spojrzał, nawet się nie odezwał do drugiego. To przy kieracie nauczyłem się meekhu, on zresztą też, bo waszych ludzi było tam najwięcej, a jak nie potrafisz się dogadać z innymi niewolnikami, to jesteś trup. I był tam taki jeden popielny, jakiś nomada z pustyni. Nadzorcą go zrobili, że niby wtedy nie zaprzyjaźni się z resztą. Suczy syn rzeczywiście uwielbiał katować ludzi, ale tak, żeby ich śmierć wyglądała na zwykłą, od ciężkiej pracy. Chcesz słuchać dalej?
Kailean dopiła wino, znów dolała, sobie i jemu. W głowie lekko jej już szumiało.
— Mów, mów. To dobra opowieść.
— Jeśli tak sądzisz, to jesteś bardziej pijana, niż myślę. — Uśmiechnął się szeroko. — No dobra, mówię. Przy kieracie chodziło nas dwunastu. Sześć drewnianych ramion, po dwóch ludzi na jedno. Ten suczy syn, Tiwoh mu było, wybierał sobie raz na miesiąc jednego z nas i jak trzeba było szybciej kręcić kołem, to większość batów posyłał na jego plecy. Po kilkunastu dniach skóra i mięśnie odchodziły nieszczęśnikowi od kości, muchy składały mu jaja w ciele, ich larwy pożerały go żywcem, puchł i gnił. Ale dla głównego nadzorcy kopalni wszystko było w porządku, bo jeden trup na miesiąc przy kieracie to nieszczególnie dużo.
Kowal odstawił kubek na ziemię, a jego wielkie dłonie zacisnęły się w pięści, potem mimochodem sięgnęły ku szyi. Kailean pokiwała głową. Gdyby Laskolnyk to widział, miałby pewność, że takich ludzi nic i nikt nie zmusi do ponownego założenia obroży.
— Pewnego dnia Tiwoh upatrzył sobie na następną ofiarę właśnie Pore. A ja się ucieszyłem, bardzo ucieszyłem, gdy bat pierwszy raz świsnął i zostawił mu pręgę na plecach. I kolejną, i jeszcze jedną. Dziewięć dni… dziewięć dni patrzyłem, jak ten przeklęty Błyskawica krwawi, pada, podnosi się z kolan i znów pcha kierat. Jak kładzie się nocą, zwinięty w kłębek, opuchnięty i cuchnący. I wszystko bez słowa skargi, bez jęku, bez jednego spojrzenia na nadzorcę. Jakby… cholera… jakby był…
— Verdanno?
— Tak. Dziesiątego dnia zaczął powłóczyć nogami, słaniać się… a Tiwoh, ten parszywy bydlak — dłoń Wozaka zatańczyła w av’anaho — owrzodzony fiut starego capa uśmiechał się i jeździł palcem po gardle. Bawiło go to. Pewnie brandzlował się potem w namiocie, wąchając krew zaschniętą na bacie.
Zerknął na nią spod oka. Kailean nie zaczerwieniła się, czaardan hartował, uodparniał na takie głupie gadki.
— Widzisz, kierat to takie… — zawahał się — … jedno ciało. Jak z tuzina ludzi ktoś odpadnie, reszta naprawdę to poczuje, bo dziennie wyciągaliśmy dwieście wózków z urobkiem. Dwieście i ani jednego mniej. I kręciliśmy kołem, póki ostatni nie wyjechał na górę, nawet jeśli kradło nam to pół nocy odpoczynku. Więc nie ma w kieracie wspólnoty innej niż odliczana liczbą wyciągniętych wózków z rudą. Kiedy jeden słabnie, reszta przeklina go, pluje, a jak sięgnie nogą, to i kopie. Pogania. Czasem bardziej niż bat nadzorcy. I tak robili inni. A ja… zacząłem się gniewać. Na niego, tego cholernego Błyskawicę, ale nie, że słabnie, tylko że nie płacze, nie szlocha i nie błaga o litość. Że jest taki cholernie dumny. A potem na resztę, że zachowują się jak stado wściekłych psów. A na końcu na nadzorcę, że nas w te psy zmienił. A gniew Verdanno…
— Wiem, jaki jest. Jak bitewna karawana sunąca przez step. Ciężko ruszyć, ale jeszcze trudniej zatrzymać.
Mężczyzna zaśmiał się krótko i zaraz urwał, jakby zakłopotany.
— Tak. Jak bitewna karawana. Wrzasnąłem na innych, naparłem na mój drąg, pchnąłem. Nadzorca zarechotał, rzucił rozkaz i reszta, jeden po drugim, przestawała pchać. W końcu zostaliśmy tylko we dwóch, Pore i ja. A on podniósł się, zaparł i zaczął pchać ze mną. Człowiek da radę sam obracać kieratem, tak jak da radę sam pociągnąć wóz, ale jak długo? Kręciliśmy we dwóch przez kwadrans… może dłużej, a z każdym obrotem wyciekała ze mnie nienawiść do tego pokurcza. Nienawidziłem wszystkich innych, właściciela kopalni, nadzorcę, resztę niewolników, ale jego coraz mniej. A Tiwoh wściekł się w pewnej chwili i zaczął walić nas batem gdzie popadnie. Bił i bił, aż się zmęczył i odszedł. Nie zatłukł nas wtedy na śmierć, choć pewnie chciał, ale zabicie dwóch niewolników naraz nie uszłoby mu płazem.
Kor’ben zamilkł, wpatrzony w swoje dłonie, być może znów był przy kieracie, schylał kark i pchał z całych sił, by tylko nie upaść. Kailean nie ponaglała go. Wino oblepiało jej język kwietną słodyczą, szumiało w głowie. Słońce nurkowało powoli ku ziemi, a niebo wokół niego rumieniło się, jakby zawstydzone. Prawie mogła zapomnieć, gdzie jest i co robi.
— To nie będzie opowieść o początku wspaniałej przyjaźni, dziewczyno. — Tym razem to Kor’ben dolał im wina. — Nie zostaliśmy braćmi krwi, nocą nie wypłakaliśmy sobie nawzajem krzywd i grzechów. Nadal nie podobają mi się błyskawice wytatuowane na jego piersi. Ale gdy następnego dnia do kopalni przyjechał jeden z domowych i spytał, kto zna się na koniach, bo trzeba ujeździć kilka trzylatków, Pore zgłosił się i mimo poharatanych pleców pokazał, co potrafi. Do dziś nie wiem, jak zdołał to zrobić.
— Kha-dar powiedziałby, że to się nazywa mo… tywacja. Motywacja.