Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #1
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-837-X
- Переводчик: Jacek Kozerski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:
Grupkami po kilkoro osób, Vaspurakańczycy utworzyli krąg wokół Viridoviksa, oklaskując go. Muzycy grali coraz szybciej i szybciej, lecz Gal sprostał wyzwaniu, wirując i podskakując jak opętany. Gdy muzyka dotarła do ognistego finału, zwieńczył swój taniec wyskakując na wysokość równą niemal jego wzrostowi. W górze krzyknął gromko i opadł na ziemię, kończąc swój taniec wspaniałym, zamaszystym gestem rąk.
Wyklaskiwanie rytmu zmieniło się w prawdziwą burzę oklasków, z całego serca wspomaganą przez tych, którzy jeszcze siedzieli. — Cudowne, cudowne! — zawołał Gagik. — Tego właśnie kroku chciałbym się nauczyć, gdybym był mniej sztywny w kolanach i chudszy w pasie. Cudowne! — powtórzył.
— Dziękuję waszej czcigodności — wydyszał Viridoviks; wysiłek zabarwił głębokim rumieńcem jego jasną skórę. Celt otarł pot z czoła. — Taniec wywołuje też pragnienie. Czy byłabyś na tyle dobra, żeby podać mi puchar wina, kochanie? — poprosił jedną z dziewek służebnych, która stała w otaczającym go kręgu. Marek zauważył, że wybrał dziewczynę, która nie mogła oderwać od niego oczu, kiedy tańczył. Wielki Celt mógł traktować niedbale to i owo, lecz gdy chodziło o wybór dziewczyny, zauważał każdy drobiazg.
— Dziękuję ci, dziewczyno — zamruczał Gal, gdy przyniosła mu wino. Otoczył ją ramieniem w geście, który mógł sprawiać wrażenie, że jest niczym więcej jak podziękowaniem, lecz kiedy przysunęła się do niego, zamiast odsunąć się przytulił ją w sposób, który odzwierciedlał wprawę.
— Twój przyjaciel nie rzuca słów na wiatr — zauważył Senpat Sviodo, zwracają się do trybuna.
— Właśnie to samo przyszło mi do głowy — roześmiał się Marek.
Jeden z gwardzistów Bagratouniego wbiegł na dziedziniec z jakąś wiadomością do swego pana. Mówił w gardłowym vaspurakańskim, tak więc Skaurus, siedzący obok nakharar, nie zrozumiał tego, co powiedział, lecz mimo to Rzymianin wyłowił kilkakrotnie powtórzone imię Zemarkhos. Gagik Bagratouni zmarszczył w gniewie swe czarne brwi. Zadał krótkie pytanie gwardziście, który w odpowiedzi skinął głową.
Zachmurzona twarz Bagratouniego sposępniała jeszcze bardziej. Siedział przez chwilę pogrążony w myślach, nawijając na palce pasma gęstej brody. Potem z warknięciem wyrzucił z siebie kilka szybkich rozkazów. Gwardzista, zaskoczony, powtórzył pierwszy z nich pytającym tonem, a potem wyszczerzył zęby w uśmiechu, gdy Gagik wyjaśnił, o co mu chodzi. Mężczyzna oddalił się pospiesznie.
— Proszę cię, wybacz mi mój brak wychowania — rzekł nakharar, zwracając się ponownie do Skaurusa. — Kiedy ogarnia mnie gniew, zapominam języka Imperium.
— Tak jak i ja — przyznał trybun. — Okazałeś mi wiele uprzejmości dzisiejszego wieczoru. Słyszałem, jak twój człowiek wymienił imię kapłana, który cię nienawidzi. Czy mógłbym ci jakoś pomóc? Sądzę, że Imperator wysłucha mnie, jeśli poproszę go, by kazał temu człowiekowi zostawić cię w spokoju — Mavrikios nie jest człowiekiem, który poświęciłby jedność Imperium z powodu uczuć jakiegoś kapłana.
— Nie potrzebuję, by ktokolwiek walczył za mnie w mojej bitwie — natychmiast odpowiedział Gagik i Skaurus przestraszył się, że uraził dumnego nakharar. Lecz Bagratouni wahał się, a jego lwia twarz wyrażała zakłopotanie — wyraz, który jednak gościł na niej z najwyższym trudem. — Lecz na nieszczęście ten głupi kapłan chce rozmawiać nie ze mną, tylko z tobą i twoimi ludźmi.
— Ze mną? Dlaczego? — To była zatrważająca perspektywa; Marek widział w Videssos dość fanatycznych kapłanów, by wystarczyło mu to na całe życie.
— Żeby zrozumieć kundla, człowiek musi stać się kundlem. Lepiej nie próbować. Chcesz z nim porozmawiać?
Trybun w pierwszym odruchu chciał powiedzieć „nie” i mieć to za sobą. Lecz to mogłoby postawić jego gospodarza w kłopotliwej sytuacji. — Zrobię to, co będzie dla ciebie najkorzystniejsze — odparł w końcu.
— Jesteś zacnym człowiekiem, mój przyjacielu. Niech pomyślę. — Nakharar potarł czoło, jak gdyby próbując w ten sposób pobudzić mądrość.
— Może będzie lepiej, jeśli się z nim spotkasz — zdecydował. — W przeciwnym razie ten cały Zemarkhos może twierdzić, że nie dopuściłem go do ciebie. Dla mnie nie ma to większego znaczenia, ponieważ mam opuścić Amorion z tobą i Imperatorem. Lecz dla moich ludzi, którzy tu zostaną, mogłoby to oznaczać nie kończące się kłopoty.
— Dobrze więc. — Marek szybko zebrał razem Gajusza Filipusa, Kwintusa Glabrio i Gorgidasa, ale Viridoviks zdołał już zniknąć. Rozejrzawszy się, Skaurus nie zdołał również dostrzec służebnej dziewki, którą Celt wybrał na swoją ofiarę tej nocy. Postanowił nie wysyłać pościgu za Viridoviksem; nie spieszyło mu się, by Zemarkhos poznał prawdziwą naturę rzymskiej grupy.
— Chętnie zamieniłbym się miejscami z Galem, panie — stwierdził z szerokim uśmiechem Glabrio.
— Jestem starszy stopniem od ciebie, szczeniaku — zgromił go Gajusz Filipus. — Czekaj na swoją kolej, żeby się odezwać.
Nie zwracając uwagi na tę wymianę zdań, Gorgidas zapytał Skaurusa: — Czego ten kapłan może chcieć od nas?
— Chce nam powiedzieć, że wszyscy jesteśmy przeklęci, tak przynajmniej przypuszczam. Cieszę się, że jesteś tutaj z nami; jesteś dobry w teologicznych sporach.
— Moja ulubiona rozrywka — stwierdził Gorgidas, wywracając z rozpaczą oczy. — No dobrze, załatwmy to już. Sądzę, że tak będzie najlepiej — nasz gospodarz niecierpliwi się coraz bardziej. — Była to święta prawda; jak zamknięty w klatce dziki zwierz, nakharar chodził tam i z powrotem po dziedzińcu, co jakiś czas uderzając pięścią w dłoń.
Kiedy Bagratouni zobaczył, że Rzymianie są wreszcie gotowi, poprowadził ich przez wonne ogrody do frontowych wrót swej posiadłości. Po drodze dołączył do nich gwardzista, który przyniósł Bagratouniemu wiadomość o przybyciu Zemarkhosa. Grube rękawice chroniły jego ręce, w których niósł zwój czegoś, co wyglądało na płócienne prześcieradła. Na jego twarzy widniał wyraz oczekiwania.
Wrota stały zamknięte, jak w obliczu każdego wroga. Na niecierpliwy gest nakharara, jego ludzie odryglowali je i rozwarli na oścież. I, jak gdyby wkraczając tryumfalnie do zdobytego miasta, Zemarkhos wszedł na ziemię Vaspurakańczyków, ze swym psem u nogi.
Zobaczył Gagika Bagratouniego, zanim jeszcze dostrzegł stojących za nim Rzymian. — A więc — powiedział — nie ośmieliłeś się dopuścić tych ciemnych obcokrajowców do źródła prawdy, a tylko usiłujesz wplątać ich w swe złowrogie knowania?
Bagratouni niemal dostrzegalnie nabrzmiał gniewem. Zacisnąwszy pięści, zrobił krok w stronę kapłana. Pies Zemarkhosa zawarczał ostrzegawczo; sierść na jego grzbiecie zjeżyła się. Zemarkhos ujął mocniej smycz. — Do nogi, Vaspur! — rozkazał, lecz to polecenie z pewnością nie kazało człowiekowi, w obliczu którego się znalazł, pokochać go bardziej.
Próbując oddalić groźbę wybuchu, Marek pospiesznie wyprowadził swych towarzyszy zza pleców nakharara, tak by Zemarkhos mógł ich zobaczyć. — Jesteśmy tutaj, tak jak prosiłeś — zwrócił się do kapłana — jak też z uwagi na usilne nalegania naszego miłego gospodarza. Dlaczego to, co masz do powiedzenia, ma być tak ważne dla ludzi, których nigdy przedtem nie spotkałeś?