Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #1
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-837-X
- Переводчик: Jacek Kozerski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:
Nawet Skaurus słyszał pochlebne opinie o vaspurakańskich koniach i miał wobec sztuki jeździeckiej tradycyjne rzymskie nastawienie — że jest to wspaniała umiejętność; dla innych. Miał świadomość, że użycie strzemion czyni z jazdy konnej coś zupełnie odmiennego od tego, co znał, lecz mimo to dalej z trudem przychodziło mu traktować tę koncepcję poważnie.
Apokavkos kontynuował ku jego zaskoczeniu, bowiem mówił o samych Vaspurakańczykach bez podejrzliwości, lecz z autentycznym i oczywistym szacunkiem. — Powiada się, iż trzej „książęta” działający razem potrafią sprzedać lód samemu Skotosowi, i ja w to wierzę, bo współpracują ze sobą jak nikt. Nie wiem, gdzie się tego nauczyli, chyba że wymogło to na nich życie pomiędzy dwoma większymi krajami, które na nich napierają, w każdym razie pomagają sobie, zawsze. Walczą między sobą, to prawda, lecz niech tylko jakiś cudzoziemiec wmiesza się w ich sprawy, natychmiast stają przeciwko niemu zwarci jak szczęki potrzasku.
Markowi wydawało się to tak oczywistym przejawem zdrowego rozsądku, że aż niewartym komentarza, lecz głos Phostisa Apokavkosa przepełniał tęskny podziw. — Wy — my, chciałem powiedzieć — Rzymianie też tacy jesteśmy, lecz znalazłoby się mnóstwo Videssańczyków, którzy wynajęliby samego Skotosa, jeśli tylko mogliby w ten sposób odpłacić któremuś ze swych wrogów.
Myśli trybuna powędrowały ku rozkładającym się głowom, które widział u podstawy Kamienia Milowego w Videssos; głowom generałów, którzy o poparcie buntu zwrócili się do Yezda, tak jeden jak i drugi. Pomyślał też, z niepokojem, o Vardanesie Sphrantzesie. Apokavkos miał rację.
Próbując pozbyć się ze swych myśli tych trapiących obrazów, Skaurus postanowił podrażnić odrobinę Phostisa, żeby zobaczyć, jak zareaguje. — Jak możesz mówić tak dobrze o heretykach? — zapytał.
— Ponieważ to uczciwi ludzie; religijni czy nie — odpowiedział natychmiast Apokavkos. — Nie są tacy jak twoi wspaniali wyspiarze — proszę o wybaczenie, panie — nieustannie wykpiwający wierzenia innych ludzi i zmieniający swoje własne, ilekroć wiatr powieje w inną stronę. „Książęta” wierzą w to, co wierzą, i tyle ich obchodzi co końskie łajno, czy ktoś inny wierzy, czy nie. Nie wiem — ciągnął z zakłopotaniem — ale przypuszczam, że wszyscy są przeklęci — lecz jeśli tak, to stary Skotos musi lepiej się pilnować, bo gdy w jego piekle znajdzie się dość Vaspurakańczyków, to mogą z nim skończyć odbierając mu je.
Do pierwszego napadu na imperialną armię doszło na dwa dni przedtem, nim dotarła do Amorionu. Było to zaledwie ukłucie, nic więcej — garstka Yezda napadła na videssańskiego zwiadowcę. Kiedy nie wrócił, jego towarzysze zaczęli go szukać i szukali tak długo, dopóki nie znaleźli ciała. Yezda, oczywiście, ograbili zwłoki i uprowadzili konia.
Nieco większe starcie miało miejsce następnego dnia, kiedy to mały oddział Khamorthów wdał się w wymianę strzał z Yezda, dopóki posiłki nie przepędziły wroga. Doprawdy błahostki, uznał Marek, lecz zmienił zdanie, kiedy przypomniał sobie obietnicę Imperatora, że etap od Garsavru do Amorionu będzie łatwy, jak ten od stolicy do Garsavru. Więcej najeźdźców grasowało w Imperium, niż przypuszczał Mavrikios.
A kiedy armia dotarła do Amorionu okazało się, że miasto zdążyło już mocno ucierpieć. Położony na północnym brzegu Ithomu, będącego dopływem Arandosu, Amorion, jak większość miast zachodnich prowincji Videssos, już dawno temu rozebrał swoje mury przeznaczając kamień na potrzeby budownictwa. Najeźdźcy z Yezd w pełni wykorzystali bezbronność miasta, pustosząc jego przedmieścia i w kilku miejscach przenikając niemal do brzegu rzeki. Armia, zbliżając się do miasta, mijała splądrowane tereny, ostro kontrastujące swą jałowością i gruzami z żyznością, jaką rzeka zapewniała sąsiednim okręgom.
Kontyngent, jaki Gagik Bagratouni zgromadził, by wzmocnić siły Mavrikiosa, nie dorównywał wielkością temu, któremu dowodził Baanes Onomagoulos, lecz składał się, jak wkrótce stwierdził Marek, z lepszych ludzi. Większość, tak jak ich dowódca, była Vaspurakańczykami — ciemnoskórymi, kędzierzawowłosymi mężczyznami o krzaczastych brodach, zwykle tęższej budowy niż Videssańczycy, wśród których żyli. Nosili zbroje ze stalowych łusek; wielu miało koszykowe hełmy, takie jak Senpat Sviodo, często ozdobione wyplatanymi z łoziny rogami albo skrzydłami. Niemal wszyscy wyglądali na weteranów.
— Bo tak powinniśmy wyglądać — rzekł Senpat Sviodo, kiedy Marek zwrócił na to uwagę. — W ciągu tych ostatnich paru lat przynajmniej w takim samym stopniu jak akritai Imperium zagradzaliśmy drogę Yezda i byliśmy tarczą Videssos. Wierz mi, nie to chcieliśmy robić, lecz mieszkając w tym miejscu, które Phos wybrał dla swych książąt na tym świecie, nie mieliśmy wyboru.
Wzruszył ramionami, a potem mówił dalej: — Moi rodacy opowiadają baśń o małym skowronku, który usłyszał, że niebo ma właśnie runąć. Odwrócił się na grzbiet i wyciągnął łapki do góry, by je złapać. „Więc stałeś się teraz drzewem?” zapytały go inne zwierzęta. „Nie”, odpowiedział, „jednak muszę robić wszystko, co w mojej mocy”. I tak jak on robił, tak i my robimy.
Tak jak na powitanie Onomagoulosa, tak i teraz armia przygotowała się, by uczcić Gagika Bagratouniego. Kiedy generał podjeżdżał na dereszowatym ogierze, Skaurus stwierdził, że jest pod wrażeniem jego powierzchowności. Jeśli Cezar był drapieżnym ptakiem, ludzkim wyobrażeniem rzymskiego orła, to Gagik Bagratouni był lwem.
Jego śniada skóra, grzywa kruczoczarnych włosów i gęsta, ciemna broda, zakrywająca niemal po same oczy jego szeroką twarz o wystających kościach policzkowych, wystarczały same w sobie, by stworzyć takie wrażenie. Pewne spojrzenie tych oczu, oczu myśliwego, potęgowało to wrażenie, tak samo jak czynił to jego silny nos — był grubszy i bardziej mięsisty od typowego, garbatego videssańskiego nosa, lecz nie mniej władczy. Nawet dosiadał swego konia w sposób zwracający uwagę, jakby pozując do posągu jeźdźca, lub, co bardziej prawdopodobne, jak gdyby pławiąc się w świadomości, że spoczywa na nim tak wiele oczu.
Bagratouni, wciąż z taką samą, niewzruszoną postawą, mijał oddział po oddziale. Dla żołnierzy jedynym dowodem, że jest świadom ich obecności, był błysk, z jakim jego oczy przebiegały ich szeregi, i niemal niedostrzegalne skinienie głowy, jakim witał każdego z dowódców. Sam Mavrikios nawet w przybliżeniu nie zachowywał się tak wyniośle, lecz dla nikogo nie ulegało wątpliwości, że Gagik Bagratouni nie ma zamiaru wywyższać się nad Imperatorem, a tylko postępuje tak, jak zawsze zwykł postępować w takich przypadkach.
Kiedy zbliżył się do Rzymian, ustawionych obok halogajskich gwardzistów Imperatora, jego krzaczaste brwi uniosły się — dotychczas nie miał okazji widzieć żołnierzy takich jak oni. Przyjrzał im się taksujące, badając wzrokiem ich ekwipunek, postawę, twarze. Bez względu jednak na to jak ich osadził, nie pokazał tego po sobie. Lecz kiedy zobaczył Senpata i Nevratę Sviodów stojących razem z rzymskimi oficerami, jego posępne rysy rozjaśniły się w pierwszym uśmiechu, jaki Skaurus ujrzał na jego twarzy.
Zakrzyknął coś we własnym języku. Jego głos, basowy ryk, pasował do całej reszty jego postaci. Senpat odpowiedział w tej samej mowie; choć zupełnie jej nie znając, Marek zdołał wyłowić kilkakrotnie powtórzone nazwisko „Sviodo”. Gagik Bagratouni zawołał coś znowu, potem zeskoczył z konia i zamknął Senpata Sviodo w niedźwiedzim uścisku, całując go w oba policzki. To samo uczynił z Nevratą, czerpiąc jednak z tego zupełnie odmienny rodzaj przyjemności.