Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #1
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-837-X
- Переводчик: Jacek Kozerski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:
— Syn Sahaka Sviodo! — powiedział w ochryple akcentowanym videssańskim, przechodząc na ten język z uprzejmości dla stojących w pobliżu Rzymian — i na dodatek z tak uroczą panną młodą! Macie szczęście, oboje! Sahak był wielką znakomitością; nikt tak jak on nie potrafił pociągnąć Yezd za brodę; tak, i Imperatora również, gdy wetknął ją w nasze sprawy. Masz całkiem te same rysy — znałem go dobrze.
* — Chciałbym móc powiedzieć to samo — odpowiedział Senpat. — Zmarł, zanim wyrosła mi broda.
— Tak, słyszałem, i wielka to szkoda — rzekł Bagratouni. — Teraz musisz mi powiedzieć — kim są ci dziwni ludzie, z którymi podróżujesz?
— Czy zauważyłeś, drogi Skaurusie — mruknął Viridoviks — że każdy z tych vaspurakańskich włóczykijów, gdy tylko spojrzy na ciebie i twoich ludzi, natychmiast stwierdza, że śmiesznie wyglądacie? Moim zdaniem to prawie grubiaństwo.
— Prawdopodobnie najpierw dostrzegają ciebie — wtrącił Gajusz Filipus, ściągając na siebie wściekłe spojrzenie Viridoviksa.
— Wystarczy, wy dwaj — przerwał im Marek. Być może na szczęście, Gal i centurion woleli kłócić się po łacinie i Vaspurakańczycy nie mogli ich zrozumieć. Skaurus powiedział Bagratouniemu, jak się nazywają, przedstawił niektórych ze swych oficerów i, jak to wielokrotnie czynił dotychczas, wyjaśnił pokrótce, w jaki sposób przybyli do Videssos.
— To zupełnie zdumiewające — rzekł Gagik Bagratouni. — Ty… wy wszyscy… — wylewnym gestem objął wszystkich, których przedstawił mu trybun — musicie przyjść do mnie dziś wieczorem na kolację i opowiedzieć mi dokładniej swoją historię. Chętnie wysłuchałbym jej teraz, ale za mną robi się tłoczno.
Powiedział prawdę; procesja, którą prowadził, a którą tworzyli oficerowie jego kontyngentu oraz czołowi obywatele i wyżsi urzędnicy Amorionu, zatrzymała się w nieładzie, kiedy zeskoczył z siodła. Jej członkowie stali tu i tam albo siedzieli w siodłach czekając, by ruszył dalej. Jeden z nich, wysoki kapłan o odpychającej twarzy, który na smyczy z mocnego żelaznego łańcucha trzymał dzikiego psa, szczególnie jadowicie wpatrywał się w Bagratouniego. Vaspurakańczyk udawał, że nic nie zauważa, lecz Skaurus stał dość blisko, by usłyszeć, jak mruczy: — Żeby cię zaraza, Zemarkhos, ty łysogłowy sępie.
Bagratouni wskoczył na siodło i armia urzędników znowu zaczęła posuwać się w stronę Imperatora. Kiedy kapłan postąpił naprzód, jego pies przysiadł na zadzie, opierając się. Kapłan szarpnął smyczą. — Chodź, Vaspur! — warknął i zwierzę, zdławione obrożą, zaskowyczało i ruszyło za nim.
Marek nie wiedział, czy wierzyć swoim uszom. Najwyraźniej nie wszyscy Videssańczycy podzielali sympatię, jaką Phostis Apokavkos darzył lud Vaspurakanu — nie w sytuacji, kiedy jakiś kapłan nazywa swego psa imieniem legendarnego przodka Vaspurakańczyków. Senpat Sviodo stał obok Skaurusa z ustami zaciśniętymi w wąską kreskę, bez wątpienia czując palące żądło zniewagi. Rzymianin zastanowił się, jak Gagik Bagratouni może znieść taką rozmyślną bezczelność.
W przeciwieństwie do Baanesa Onomagoulosa w Garsavrze, Bagratouni zsiadł z konia i złożył Imperatorowi pełen hołd, który za nim powtórzyła cała procesja. Nawet w formalnym akcie poddania się swemu suzerenowi wciąż pozostawał majestatyczną postacią, klękając, a następnie kładąc się na brzuch z kocią godnością i gracją. Skaurus zauważył z rozbawieniem, że w porównaniu z nim, grubiański kapłan Zemarkhos wyglądał jak kiepsko zbudowany chudzielec.
Po krótkiej przemowie Mavrikiosa, w której podziękował Bagratouniemu za ludzi, jakich zgromadził, vaspurakański generał i jego grupa jeszcze raz złożyli hołd, a następnie wycofali się sprzed oblicza Imperatora. Wracając, Gagik Bagratouni zatrzymał się na chwilę, by powiedzieć Sen-patowi Sviodo i Skaurusowi, jak trafić tam, gdzie mieszka. Zemarkhos nigdy przedtem nie widział Rzymian, lecz ze spojrzeń, jakie im rzucał, wynikało, że gotowość zostania gośćmi Vaspurakańczyka wystarczała, by napiętnować ich jako agentów Skotosa.
Kiedy Senpat Sviodo i jego żona spotkali się z Rzymianami, którzy razem z nimi szli do Bagratouniego, okazało się, że młodzi Vaspurakańczycy zmienili swój podróżny strój na bardziej wytworne szaty. Senpat miał na sobie nieskazitelnie białą tunikę sięgającą niemal do kolan, luźne spodnie z czerwonawobrązowej wełny i sandały ze złotymi sprzączkami. Jego głowę okrywała znana już Rzymianom vaspurakańska czapka; swoją bandurę niósł przerzuconą przez plecy.
Nevrata była w długiej sukni z jasnobłękitnego lnu, różniącej się nieco krojem od videssańskich wzorów. Ten strój wspaniale podkreślał śniadość jej ciemnej skóry, w czym pomagały mu masywne srebrne bransolety, naszyjnik i kolczyki.
Senpat wytrzeszczył ze zdumieniem oczy na Rzymian. — Z jakimi ludźmi ja się spotykam? — zawołał. — Czy wy zadowalacie siebie nawzajem? Gdzie są wasze kobiety, na święte imię Phosa?
— Zwykle nie leży w naszym zwyczaju zabierać je, nie zaproszone, na ucztę — odpowiedział Marek, lecz on i Kwintus Glabrio spojrzeli na siebie tak samo lękliwie. Młodszy centurion związał się z Demaris, videssańską dziewczyną o wybuchowym temperamencie. Ona i Helvis nie ucieszyłyby się, gdyby się dowiedziały, że zostały wykluczone z uroczystości, w której mogły uczestniczyć.
Resztę Rzymian fakt, że są sami, nastrajał bardziej optymistycznie. — Z pewnością znajdzie się tam parę dziewcząt spragnionych widoku dobrze wychowanego celtyckiego wojownika — rzekł Viridoviks. — Wcale nie myślę wracać do siebie sam.
Gajusz Filipus był mężczyzną godnym podziwu pod niemal wszystkimi względami, lecz jak doskonale wiedział Marek, poza łóżkiem kobiety się dla niego nie liczyły. Spojrzał na Senpata Sviodo z takim samym brakiem zrozumienia, jaki widniał w skierowanych ku niemu oczach Vaspurakańczyka.
— Patrzysz na mnie? — zapytał Senpata Gorgidas. — Całkowicie podzielam pogląd Diogenesa, mędrca mego ludu. Kiedy zapytano go o odpowiedni czas na zawarcie małżeństwa, powiedział: — Dla młodzieńca — jeszcze nie nadszedł; dla starca — już dawno minął.
— Ale co z tobą? — zapytał Senpat. — Nie jesteś ani jednym, ani drugim.
— Radzę sobie — odparł sucho Gorgidas. — Właśnie teraz udało mi się poczuć głód zamiast pociągu do kobiet. Idziemy czy nie?
Dom Gagika Bagratouniego był na wpół willą, na wpół fortecą. Stał wśród rozległych i dobrze utrzymanych ogrodów z niewielkimi gajami cytrusów, fig i palm daktylowych, pomysłowo przeplatanych rabatami pełnymi różnobarwnego kwiecia. Lecz główny budynek mieszkalny był twierdzą, jak gdyby żywcem przeniesioną tutaj ze wzgórz Vaspurakanu, chronioną zewnętrznymi umocnieniami, które uradowałyby dowódcę każdej nadgranicznej warowni.
Gdy Bagratouni witał swych gości przy masywnych, licowanych metalem wrotach, zauważył taksujące spojrzenie trybuna i wyraz zawodowej oceny w patrzących otwarcie oczach Gajusza Filipusa. — Nie wygląda to tak, jak chciałbym, żeby wyglądało — powiedział, machając ręką ku groźnym, szarym kamiennym ścianom. — Lecz obawiam się, że zbyt wielu ludzi w Amorionie nie zachwyca widok powodzenia książąt. Ale mnie się powodzi i sam potrafię zatroszczyć się o siebie.
Było to, oględnie mówiąc, zbyt skromne przedstawienie sprawy, bowiem Gagik Bagratouni doprawdy nie musiał sam bronić swych murów. Obsadzała je jego osobista gwardia, drużyna wybranych młodych Vaspurakańczyków o tak groźnym wyglądzie, jakiego w żadnym ze znanych sobie oddziałów nie widział.
— A teraz nie zawracajmy sobie głowy takimi sprawami — oświadczył generał. — Wchodźcie na dziedziniec; jedzcie, pijcie, rozmawiajcie, weselcie się.