Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #1
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-837-X
- Переводчик: Jacek Kozerski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:
Spotkanie oficerów, które imperator zarządził na ten wieczór, nie należało do radosnych. Zuchwalstwo Yezda zapiekło Mavrikiosa, a fakt, że uszli niemal bezkarnie, dodatkowo go rozwścieczył. — Na słońca Phosa! — wybuchnął Imperator. — Pół dnia marszu zmarnowane z powodu paru chudych, brudnych barbarzyńców! Ty, mospanie! — warknął na Ortaiasa Sphrantzesa.
— Wasza Wysokość?
— O czym to bez przerwy paplałeś? Że jedynymi ludźmi mogącymi złapać koczowników są inni koczownicy? — Imperator czekał ze złowieszczym wyrazem twarzy, lecz Sphrantzes, wykazując rozsądek, o który Skaurus go nie podejrzewał — a może po prostu przerażenie odjęło mu mowę? — milczał.
Jednak jego rozważne milczenie nie zdołało go uratować. — To przez twoich cholernych koczowników przedarli się Yezda, chłopcze. Jeśli zrobią to znowu, możesz zapomnieć o swoim drogocennym lewym skrzydle — znajdziesz się z powrotem na tyłach, pod opieką zbieraczy końskiego łajna. — To, że Mavrikios jest bratem Thorisina, stawało się niewątpliwe, kiedy wpadał w złość. Sam Sevastokrata milczał tak samo jak Ortaias Sphrantzes, lecz z jego uśmiechu wynikało, że raduje go każde słowo przemowy Mavrikiosa.
Kiedy Imperator skończył, Ortaias powstał, skłonił się konwulsyjnie i mamrocząc: — Z pewnością postaram się poprawić — wycofał się niegodnie z imperatorskiego namiotu.
Jego wyjście tylko częściowo uspokoiło Mavrikiosa. Teraz swój gniew skierował na nominalnego podwładnego Sphrantzesa, Nephona Khoumnosa. — Znajdziesz się tam razem z nim, żebyś wiedział. Postawiłem was tam razem, żebyś ty nim kierował, nie odwrotnie.
— Raz każdemu może się nie udać — rzekł flegmatycznie Khoumnos. Jak to leżało w jego zwyczaju, wziął na siebie odpowiedzialność bez słowa skargi. — Wypadli na nas niespodziewanie, a myśmy się zagapili. Jeśli zdarzy się to znowu, to, na Phosa, zasługuję na to, żeby zamiatać końskie łajno.
— Zatem zostańmy przy tym. — Imperator skinął głową, nieco ułagodzony.
Khoumnos również dotrzymał słowa; przez resztę drogi do Soli czujki jego kawalerii udaremniały jedną zasadzkę po drugiej. Niemniej jednak tempo marszu spadło. Potyczki z najeźdźcami zdarzały się teraz ciągle; potyczki, które podczas innej kampanii, prowadzonej na mniejszą skalę, uznawano by za normalne bitwy. Raz za razem armia musiała odpierać Yezda, zanim mogła ruszyć dalej.
Kraj, który przemierzała, stawał się coraz bardziej jałowy, spustoszony. Oprócz videssańskiej armii i jej wrogów niemal nikt inny nie przebywał na tej ziemi; jej rolnicy i pasterze albo ponieśli śmierć, albo uciekli. Jedyne liczące się grupy ludności mieszkały w chronionych murami miastach. Takich jednak było tam niewiele po długich latach pokoju i nie wszystkie one pozostały nietknięte. Gdzie brakowało rąk do pracy na polach i w zagrodach, tam miasta usychały na własnych śmieciach.
Armia minęła niejedną pustą skorupę tego, co niegdyś było miastem, lecz teraz gościło tylko żywiące się padliną ptaki — lub, co gorsza, Yezda, którzy zasadzali się w opuszczonych budynkach i kiedy ich atakowano, walczyli jak przyparte do muru szczury.
Tutaj, jak gdzie indziej, najpotworniejsze bestialstwa najeźdźcy pozostawiali dla świątyń Phosa. Inne ich barbarzyństwa bledły w obliczu szatańskiej pomysłowości, na jaką zdobywali się dla takich profanacji. Nie wszystkie ołtarze miały takie szczęście, by zostać porąbanymi na podpałkę; krwawe obrzędy i ofiary składane na innych sprawiały, że zwykłe profanacje wydawały się dziecinną igraszką. Tak zahartowany weteran jak Nephon Khoumnos zwymiotował kolację po wizycie w jednej ze splądrowanych świątyń. Jeśli przedtem Imperator zachęcał swych żołnierzy do oglądania roboty ich nieprzyjaciół, tak teraz zaczaj wydawać rozkazy, by pieczętowano zbezczeszczone świątynie; tak by to, co mogli tam zobaczyć, nie odbierało im odwagi.
— Takie podłości wskazują na Avshara; przyciąga je równie pewnie jak magnetyt gwoździe — stwierdził Gorgidas. — Musimy zbliżać się do niego.
— To dobrze! — powiedział z naciskiem Gajusz Filipus. Dowodził grupą Rzymian odkomenderowaną do pilnowania opieczętowanej świątyni i skorzystał z przywileju swej rangi, by zerwać pieczęcie i wejść do środka. Chwilę później wypadł przez drzwi, z twarzą pobladłą pod głęboką opalenizną i czołem zroszonym potem. — Im szybciej świat j zostanie oczyszczony z takiego plugastwa, tym lepiej dla wszystkich, którzy na nim żyją — tak, łącznie z tymi! biednymi, przeklętymi bękartami, którzy za nim podążają.
Marek nie sądził, że kiedykolwiek usłyszy swego starszego centuriona mówiącego w ten sposób o którymś z nieprzyjaciół. Wojna była zawodem Gajusza Filipusa, tak jak ciesiołka mogła być zawodem jakiegoś innego człowieka, i centurion traktował swych przeciwników z szacunkiem, na jaki zasługiwały ich umiejętności. Zaciekawiony trybun zastanowił się głośno: — Co takiego zobaczyłeś w tamtej świątyni?
Twarz Gajusza Filipusa zastygła, jak gdyby nagle zmieniła się w kamień. Przez zaciśnięte zęby powiedział: — Proszę, panie, nigdy mnie o to nie pytaj. Jeśli bogowie zechcą, może uda mi się zapomnieć o tym przed śmiercią.
Imperialna armia dotarła do Soli w smętnym nastroju. To, co tam zastali, w żaden sposób nie dodało im otuchy. Nowe miasto, pozbawione murów obronnych na modłę tak wielu videssańskich miast, tuliło się do mętnożółtych wód rzeki Rhamnos, by stanowić tym lepszą przynętę dla handlu. Stara Solą, leżąca wyżej na wzgórzach — od stuleci garnizon strzegący granicy z Makuranem — świeciła pustkami… dopóki nie przybyli Yezda.
Wówczas to nowe miasto przepadło w ogniu i śmierci — w rzeczywistości plądrowane wielokrotnie w ciągu wielu lat, aż w końcu nic już nie pozostało do złupienia. A wtedy Stara Solą, niemal u progu ostatecznego wymarcia, przeżyła ponowne, smutne narodziny, gdy uciekinierzy z nadbrzeżnego miasta zaczęli łatać zrujnowane mury i naprawiać walące się budynki, w których przed sześcioma pokoleniami urodzili się ich przodkowie.
Nie zważając na to, co jego ludzie mogą sobie z tego wywróżyć, Mavrikios rozłożył się obozem wśród ruin martwego miasta na brzegu rzeki Rhamnos. Armia tak wielka jak ta, którą wiódł, potrzebowała więcej wody, niż mogły jej dostarczyć studnie i cysterny Starej Soli, a rzeka — logicznie — najlepiej się do tego nadawała. Miało to też sens pod względem militarnym, lecz z drugiej strony denerwowało żołnierzy.
— Pewne jak nic, że to rozzłości duchy tutejszych mieszkańców — oświadczył Viridoviks. — One wszystkie domagają się zemsty na tych, którzy ich zabili. O! — zawołał. — Słyszycie jak zawodzą? — I rzeczywiście, seria żałobnych pohukiwań rozległa się w ciemnościach zalegających wokół obozu Rzymian.
— To jakaś sowa, ty cymbale — rzekł Gajusz Filipus.
— Och, tak, to brzmi jak sowa — odparł Gal, nie-przekonany ani o jotę.
Marek poruszył się niespokojnie na swoim miejscu przy ognisku. Powiedział sobie, że nie wierzy w duchy, i potrafił przekonać świadomą część swego umysłu, że mówi prawdę. Lecz w głębi duszy wcale nie był taki pewien. A jeśli duchy w ogóle istniały, z pewnością zamieszkiwałyby w takim miejscu jak to.
Większość budynków wymarłej Soli uległa zniszczeniu albo z rąk Yezda, albo z powodu rujnującego upływu czasu, lecz tu i tam jakaś wieża lub poszarpany fragment solidniej wzniesionego budynku wciąż jeszcze stały, majacząc głębszą czernią na tle nocnego nieba. Właśnie stamtąd wydobywały się żałosne tony sów i furkoczące zawoływania lelków — jeśli to były ich głosy. Nikt nie wyglądał na spragnionego, by to sprawdzać, a i trybun nie miał ochoty na szukanie ochotników.