Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Tropiciele starali się wybierać drogę przez kamieniste pustkowia, by było tam jak najmniej kurzu, ale i tak zostawała za nami ruda chmura, ciągnąca się wiele kroków wstecz. W tej chwili nie było nic ważniejszego niż pośpiech. Gnaliśmy przed siebie, a wzgórze, na którym Kireneni rozbili swój obóz, wciąż wznosiło się na horyzoncie. Góry, które stały się naszym celem, wydawały się tak samo odległe i zamglone jak na początku drogi.
Odwykłem od siodła i bardzo szybko odgniotłem sobie pośladki, lecz tego dnia nie znałem zmęczenia tak samo jak nasze zwierzęta. Wokół mnie rozciągało się skaliste, zapylone pustkowie, z rzadka porośnięte suchymi krzewami i kępami ostrej trawy, lecz ja wszędzie widziałem Wodę. Wodę, córkę Tkaczki.
Była nieznośna. Przemądrzała i arogancka. Wszystko wiedziała najlepiej i nieustannie się obrażała. A mimo to wszędzie widziałem jej twarz. Gdziekolwiek się obróciłem, patrzyły na mnie wielkie, podobne do orzechów oczy, zewsząd słyszałem jej głos.
Nasze pożegnanie trwało bardzo krótko. Niewiele dłużej niż kilka uderzeń serca, kiedy spletliśmy się w rozpaczliwym pocałunku. Zupełnie niespodziewanie nasze wargi trafiły na siebie, poczułem jej ciało, jakby chciała się wcisnąć we mnie. A potem nagle odepchnęła mnie, zatrzymała się na moment, wpatrując w moje oczy, dotknęła dłonią moich ust i powiedziała tylko: „Och, jedź już. Jedź i znajdź ten swój przeklęty los. Będę wiedziała, kiedy uda mi się znaleźć dom i kogoś, z kim przejdę przez mostek. Będę wiedziała, że się sprawiłeś. A teraz idź już. Mam mnóstwo pracy w lazarecie".
Dlatego gnałem niczym szaleniec i zostawiałem za sobą tropy. To było jak wróżba. Czułem, że jeśli uda mi się odciągnąć od niej upiora Mirah, że jeśli będzie miała szansę dotrzeć do tego nowego Kirenenu, to i ja będę miał szansę zrobić to, co mi przeznaczono. Ona wierzyła odwrotnie: że jeśli mnie się powiedzie, to ona znajdzie dom. Byliśmy dla siebie nawzajem wróżbą. To głupie, lecz w ciężkich czasach ludzie potrafią znaleźć nadzieję w najgłupszych zabobonach.
Dlatego pędziłem przed siebie, łykając kurz, z uczuciem, jakby siodło rozrąbywało mnie na połowy. Miałem cel w życiu. Chciałem, żeby gdzieś wśród pachnących nowym drewnem klanowych siedzib, wśród skał i lasów, w krainie oddychającej słonym zapachem morza, krainie, o której nawet nie wiedziałem, czy istnieje, pewna dziewczyna związała z kimś dłonie modlitewną szarfą, zamieniła noże i przeszła przez mostek, by w pawilonie oblubieńców kochać się ze swoim wybranym w świetle lamp odpalonych dwoma drzazgami. Miałem cel w życiu.
Nastała godzina wołu, kiedy jeden z tropicieli zrównał się ze mną i chwycił za ramię.
— Kłus! — zawołał stłumionym przez zawój głosem. — Jeszcze dwie godziny kłusem, potem popas.
— Nie! Za blisko! — zawołałem. Czas płynął dla mnie inaczej i wydawało mi się, że ledwo wyruszyliśmy.
— Kłusem zajedziemy dalej niż na padłych koniach, chłopcze — powiedział. — To żywe istoty.
Wtedy ktokolwiek odezwał się po raz pierwszy.
Potem znów było milczenie, parskanie koni, tętent kopyt i kłęby kurzu.
Później jeden z tropicieli wysforował się do przodu, stanął i wyciągnął rękę.
— To znaczy „z koni" — mruknął Brus, pochylając się w moją stronę. Przewodnik skrzyżował wyprostowane dłonie przed swoją twarzą, i machnął nimi na boki, jakby coś odcinał.
— „Rozkulbaczyć, popas" — tłumaczył Brus. — Odzywają się tylko ze względu na nas.
Rozsiodłaliśmy konie i narwaliśmy suchej trawy, żeby je wytrzeć, potem trzeba było je przez jakiś czas oprowadzać powoli, trzymając za kantary. Trwało to dość długo, wreszcie mogliśmy dać zwierzętom pić i puściliśmy je ze spętanymi nogami.
Dopiero po tym wszystkim sami mogliśmy się napić.
— To krótki popas — odezwał się zduszonym głosem dowódca. Brzmiało to tak, jakby odwykł od mówienia, jakby zardzewiało mu gardło. — Nie będziemy jeść, wypijemy tylko napar. Kto musi odpocząć, niech kładzie się w cieniu.
Dwaj inni tropiciele wymienili szybkie gesty dłoni, jeden z nich zachichotał. Brus, tak samo milcząc, pokazał im uniesiony kciuk, który otulił drugą dłonią. Jeden z tropicieli wzruszył ramionami i odpowiedział kilkoma szybkimi gestami.
— Żadnych sprzeczek! — warknął dowódca. Między kamieniami płonęło miniaturowe ognisko, w żarze stały metalowe, mocno zakręcone tygle. Usiadłem na kamieniu, patrząc na zachód. Wzgórze zostało daleko, nie mogłem odróżnić go od innych, tnących horyzont w prześwietlonej słońcem mgiełce.
— Tohimonie — odezwał się dowódca. Podskoczyłem. Nawet nie zauważyłem, kiedy stanął za moimi plecami. — Roiho nie porusza się za dnia. Rozpływa się niczym mgła i wraca do ziemi. Ale nocą poczuje silny ślad i ruszy nim. Jest szybki, lecz ma długą drogę do przebycia. I pójdzie tropem z pewnością. Nic go tak nie przyciąga jak krew tego, kogo przeklął.
Westchnąłem tylko.
— Mam nadzieję.
— Jestem Snop, syn Cieśli. Tamten to Hacel, syn Bednarza, jest jeszcze Benkej Hebzagał i N’Dele Aligende.
— Amitraj i Kebiryjczyk? Są po naszej stronie?
— Nie wszyscy Amitraje chcą wracać pod jarzmo Pramatki. Benkej kocha wszystko to, co tam jest zabronione, i woli być obcym wśród Kirenenów niż żyć wśród swoich. Zaś kebiryjscy najemnicy patrzą na wszystko po swojemu. Aligende wynajął się do służby przed przewrotem w jednostce, gdzie było wielu Kirenenów. Kebiryjczycy są dziwni, trudno zrozumieć ich mowę i obyczaje. Zdaje się, że nie obchodzi ich specjalnie nic, co się dzieje po tej stronie Wewnętrznego Morza. Ale jeszcze nie spotkałem ludzi tak honorowych i wiernych. Kebiryjczycy nie zdradzają. Nigdy. Skoro wynajął się do służby w naszej jednostce, to będzie jej wierny. Co więcej, kiedy się zaciągał, rządził cesarz. Więc Aligende może jeszcze być wierny cesarzowi. Takie rzeczy jak przewroty i zmiany na tronach zupełnie do nich nie trafiają. Jego dom jest gdzieś wśród puszcz i stepów Kebiru i tyle.
Klepnął mnie w ramię.
— Odpocznij. Posiedź w cieniu, wypij czarkę naparu, a potem trochę zimnej wody. Zostaw kolejny ślad dla naszego demona. Ten popas będzie krótszy niż ci się wydaje.
I znowu jechaliśmy szybko, ale już nie w tak szalonym tempie jak przedtem. Dopiero późnym popołudniem dotarliśmy do strumienia i tam zrobiliśmy wszystko, co nakazał nam Mrok.
— Roiho nie może przekroczyć płynącej wody — powiedział. — To go jednak nie zatrzyma na zawsze. Poszuka jakichś kamieni lub mostu i podąży dalej, bo one nigdy nie rezygnują. Dlatego gdy traficie nad strumień, musicie dla niego zniknąć.
Zrobiliśmy, co kazał. Zdjęliśmy ubrania i wykąpaliśmy się w lodowatej wodzie, potem zapaliliśmy w miseczkach ostro pachnące trociczki i okadziliśmy dokładnie ciała, wierzchowce i wszystkie bagaże. Później wymalowaliśmy sobie na całej skórze znaki świętych formuł i dopiero wtedy przeszliśmy przez rzekę.
W tym miejscu nie trafiliśmy na bród, rzeka, choć niezbyt szeroka, była rwąca i pełna skał. W wielu miejscach woda mogła przykryć jeźdźca na koniu z uniesioną włócznią i nikt nie zobaczyłby nic poza ostrzem wystającym ponad fale i wiry.
Tropiciele zachowywali się jednak tak, jakby nie było to nic szczególnego. Przez jakiś czas patrzyłem na to, co robią, niczego nie rozumiejąc. Jeden z nich nadmuchiwał specjalnie wyprawione skórzane worki i układał je wokół siebie, drugi przeszedł się wzdłuż brzegu, zbierając poszarzałe, długie kije przyniesione przez wodę, kolejny przygotował długą linę i obwiązał się nią w pasie, a później bez namysłu wszedł w huczącą kipiel i popłynął.