Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Teraz mogłem przejść do zwykłych porannych czyności, identycznych zarówno na Ziemi, jak i sto parseków od niej. Pobiegłem wąwozem do żółtej skały i oddałem co należne przyrodzie Somata. Następnie ruszyłem w stronę przeciwną – do rzeki.
Moje stopy musnęły powolne szare fale. Kolorowe kamyczki, wypolerowane pyłem, ułożyły się w nowy wzór. Brzegi rzeki Suchej były najwspanialszym kalejdoskopem na świecie – tworzyły go kamienie wszystkich odcieni, jakie tylko może wyodrębnić ludzkie oko.
Pochylony, zaczerpnąłem pełną garść „suchej wody”. Na pierwszy rzut oka przypominała srebrzysty pył albo drobny piasek. Dotyk rozwiewał złudzenie. Pyl był chłodny i lekko wilgotny. Drobne kropelki potu na dłoni rozpoczęły powolną reakcję chemiczną, niszcząc rozpuszczone w wodzie substancje krzemoorganiczne. Już śladowe ilości tego złożonego związku wielocząsteczkowego przemieniały zwykłą ciecz i to, co zapełniało rzeki i jeziora Somata, w tak zwaną suchą wodę. Mikroskopijne kropelki wody, otoczone płaszczem krzemoorganiki, odpychały się niczym ładunki jednoimienne. Żeby na całej planecie zmienić wodę w pył, wystarczyło kilka kilogramów substancji hydrodualnej, równomiernie rozproszonej w całej atmosferze. Skąd na Somacie wzięły się te związki? Być może przyczyną był meteoryt z innej galaktyki… albo moi współplemieńcy, testujący na niezamieszkanej planecie egzotyczną broń.
Pomiędzy palcami przesączyła się i spadła kropelka. „Sucha woda” rozpaczliwie próbowała przejść w swój stan normalny. A pot, krew, ślina były całkiem znośnymi katalizatorami. Kiedyś eksperymentowałem, próbując znaleźć pewną i prostą receptę przywrócenia wodzie stanu ciekłego. Niestety, nie znalazłem substancji o nieodwracalnym działaniu.
Wsypałem lekko wilgotny pył do ust i trzymałem go długo, mieszając suchą wodę językiem. Przypominała bezsmakową galaretkę – śliską i drżącą na języku.
Po kilku minutach proces dobiegł końca – zdobyłem cały łyk czystej, zimnej wody… W stan „suchy” przechodziła tylko czysta woda. Z cieczą zawierającą jakiekolwiek drobnoustroje ta sztuczka się nie udawała.
Krzemoorganika wytrąciła się, tworząc niemal niewyczuwalny osad, z którym organizm powinien sobie poradzić.
Głównym problemem Somata było to, że nie zdążyło się na nim rozwinąć życie.
Teraz nie rozwinie się już nigdy.
Załatwiłem sobie jeszcze kilka „łyków” i poczłapałem do miejsca ostatniego noclegu. Widok pylistej rzeki drażnił, za to góry można było podziwiać w nieskończoność.
Słońce powoli sunęło do zenitu. Mały dysk był oślepiająco jasny, ciemnoniebieskie niebo wydawało się niemal czarne. Gorące, niestłumione chmurami czy mgiełką światło parzyło. Usiadłem pod skałą; jej wyszukany kształt dawał cień nawet w środku południowego upału.
– Przypominasz planetę bez atmosfery, Somat – poinformowałem półgłosem kolorowe skały. – Najgorsza z asteroid!
Szczerze mówiąc, nigdy nie odwiedzałem planet pozbawionych atmosfery, a moje pretensje do Somata były niesprawiedliwe. W końcu oferował swoim gościom tlenową atmosferę, odpowiednią temperaturę i wodę – a że odrobinę wysuszoną…
Domaganie się od nieszczęsnej planety cienistych alejek i soczystych owoców byłoby nie w porządku.
W kieszeni na piersi spoczywało płaskie pudełeczko z tabletkami odżywczymi. Odchyliłem sprężynującą pokrywkę, która koniecznie chciała się z powrotem zatrzasnąć, i zajrzałem do środka. Efekty kontroli nie zdumiały mnie: połówka burej tabletki i garść ciemnego pyłu. Z pudełeczka nieoczekiwanie zaleciało miętą. Wczoraj awaryjna racja żywności pachniała wanilią.
O ile wiedziałem, zmiana zapachu wskazywała na pogorszenie jakości produktu. Szkoda tylko, że nie miałem pojęcia, jaki stopień nadawania się do spożycia oznaczał aromat mięty. Imperatorskim kucharzom z planety Tar mogło nie przyjść do głowy, że zepsute tabletki powinny wydzielać nieprzyjemny zapach…
Westchnąłem i rozgryzłem tabletkę. Miała rozmiar Medalu za Odwagę jakiegoś młodego afrykańskiego państewka, więc nawet ta połówka zapewniła szczękom sporo pracy. Jak zwykle, smak i konsystencja nie wzbudziły zachwytu. Z czystych chemicznie białek, węglowodanów, soli mineralnych i witamin trudno przyrządzić przysmak.
Bure kruszywo podążyło w ślad za połówką tabletki, a puste pudełko poszybowało ku suchym falom. Odprowadziłem je rozczarowanym spojrzeniem – nie dorzuciłem.
Zaczynał się szósty planetarny dzień, dziewiąta ziemska doba mojego przymusowego odosobnienia.
Somata miałem już powyżej uszu.
Zdumiewające, jak zmienia się stosunek człowieka do otaczającego go świata w miarę pogłębiania się kontaktu… Mieszkałem na Somacie dwa lata – z ukochaną kobietą, w wygodnym domu o kształcie kopuły, z mnóstwem przyjemnych drobiazgów w rodzaju basenu czy nadajnika hiperłączności, który co godzina rozpieszczał nas wiadomościami galaktycznymi. Sala treningowa z fantomowym partnerem sparringowym pozwalała utrzymywać ciało w kondycji, biblioteka nie dawała zardzewieć szarym komórkom. Żyjąc w ten sposób, zauważyłem zdumiony, że mnie, mieszczuchowi i ekstrawertykowi, zaczyna opowiadać takie życie. I to wcale nie z powodu Terry, która była ze mną.
Polubiłem samotność. Doceniłem zalety spokoju i bezpieczeństwa. Nie rzucali się na mnie doskonale wyszkoleni zabójcy z płaszczyznowymi mieczami, a gigantyczne statki nie próbowały zmienić Ziemi w nieistniejącą planetę. Nie musiałem nigdzie uciekać ani z nikim walczyć – najwyżej z holograficznym fantomem w sali treningowej albo z nieprzepadającym za kąpielą Trofeum.
Świat Somata był piękny. Nie jestem geologiem, nie mam pojęcia, jaki kaprys natury pomalował miejscowe góry paletą malarza surrealisty. Nie wiem, dlaczego „sucha woda” nie jest przezroczysta i ma srebrzysty odcień. Ale latanie nad Somatem na flaerze to niezwykłe przeżycie.
Nasz dom stał na Białym Wybrzeżu, jednym z najbardziej płaskich miejsc na planecie. Równina nie jest zbyt szeroka – najwyżej sto kilometrów między górami a brzegiem, za to ciągnie się wokół całego Morza Owalnego. Wybrzeże pokrywa drobny biały piasek, rzadkie skały to jasny marmur. Na piasku, jeśli podlewa się go zwykłą wodą, mogą rosnąć drzewa. Obok naszego domu jest… był… mały ogród.
Zielone drzewa na białej ziemi to piękny widok.
Dzięki stymulatorom w ciągu kilku miesięcy osiągnęły dziesięć metrów wysokości. Pod koniec pierwszego roku ziemska sakura i tauryjski jedwabnik zakwitły, nadając zagajnikowi fantastyczny wygląd. Na śnieżnobiałej glebie stały obsypane różowymi i purpurowymi kwiatami drzewa – wysokie i mocne, ze zdumiewająco delikatnymi liśćmi i korą miękką jak u młodych sadzonek.
Teraz piasek w zagajniku jest czarny i spieczony, pozlepiany w kanciaste, kłujące bryłki. Drzewa przypominają wycięte z antracytu rzeźby, chociaż może w głębi pni zachowały się jeszcze żywe komórki. Wokół rozprutych kopuł mieszkalnych znieruchomiały roboty bojowe…
Znieruchomiały na zawsze. Człowiek, który przygotował zasadzkę, nie przewidział siły mojego osobistego generatora pola ochronnego. O dziwo, powstrzymywało ono salwy przez całą minutę – gdy ja, krztusząc się gorącym powietrzem i własnym krzykiem, brałem białe maszyny na celownik destruktora.
To, że statek agresorów nadszedł ze wschodu i zagajnik znalazł się pomiędzy nim a stacją osłony, było dziełem przypadku. Moje działa wystrzeliły w statek – po raz pierwszy i ostatni, po czym zostały wypalone laserem szerokopasmowym. Ale stacja żyła nadal, a komputer, nazwany przeze mnie Machno, nie posiadał w swoim programie pojęcia „kapitulacja”. Sam wprowadzałem mu określone cechy osobowości, robiąc z maszyny nerwowego, impulsywnego, ufającego intuicji dowódcę. Szczerze mówiąc, nie przypuszczałem, że Machno kiedykolwiek będzie musiał walczyć. Po prostu chciałem mieć rozmówcę o wrednym charakterze, kogoś jeszcze bardziej nieznośnego niż ja, ale z wyłącznikiem na pulpicie.