Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 75 76 77 78 79 80 81 82 83 ... 173
Перейти на страницу:

– Kil­ku?

– Żad­ne­go. Albo wszy­scy pi­ja­ni. – Przy­ło­żył ręce do ust. – He­eeeej!

Cze­ka­li chwi­lę, wsłu­chu­jąc się w ci­szę. Wresz­cie Ko­ci­mięt­ka wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Kto idzie spraw­dzić, co tu się dzie­je?

– Ja pój­dę – za­de­cy­do­wa­ła Ka­ile­an. – Po­cze­kaj­cie tu.

– I ja. – Jan­ne się­gnął po to­pór przy­tro­czo­ny do sio­dła. – Nie wej­dziesz tam sama.

Za­mach­nął się bro­nią, po na­my­śle prze­su­nął po­chwę z no­żem na brzuch.

– Coś czu­jesz? – spy­ta­ła.

– Nie, ale tu nie ma pta­ków.

– Pu­sta oko­li­ca – mruk­nę­ła Da­ghe­na i spraw­dzi­ła, czy sza­ble lek­ko wy­cho­dzą z po­chew, że­la­zo ci­cho zgrzyt­nę­ło o oku­cie. – Psia­krew! Ro­bię się przez was ner­wo­wa.

Jan­ne po­krę­cił gło­wą.

– Po­słu­chaj. Nie, nie mnie. Lasu. Ci­sza. Spo­kój. W lesie za­wsze są ja­kieś pta­ki, na ta­kich po­la­nach, w tra­wie, mają mnó­stwo je­dze­nia, lu­bią ta­kie miej­sca. Tu ich nie ma, na pół mili wo­kół nie ma ani jed­ne­go. Miej­cie oczy otwar­te. Idziesz, Ka­ile­an?

– Idę. Zo­stań, To­ryn.

Przej­ście mię­dzy pa­la­mi było tak wą­skie, że na­wet ona le­d­wo się zmie­ści­ła. Pro­wa­dzi­ło wprost do ma­leń­kiej furt­ki z oku­te­go że­la­zem drew­na, sze­ro­kiej na dwie sto­py, wy­so­kiej na pięć. Na ten wi­dok Jan­ne sap­nął.

– Będę mu­siał na klęcz­kach wcho­dzić.

– Wła­śnie o to cho­dzi, nie są­dzisz? Ja pierw­sza.

Drzwicz­ki otwie­ra­ły się, zgod­nie z wszel­ki­mi za­sa­da­mi sta­wia­nia obron­nych bu­dow­li, na ze­wnątrz. I oczy­wi­ście nie mia­ły żad­nej klam­ki czy uchwy­tu. Ka­ile­an bez prze­ko­na­nia zła­pa­ła za kra­wędź, nie spo­dzie­wa­jąc się zbyt wie­le.

Otwo­rzy­ły się bez­sze­lest­nie.

Jan­ne obej­rzał się przez ra­mię na Da­ghe­nę i Ko­ci­mięt­kę. Obo­je trzy­ma­li już w ręku sza­ble, Dag marsz­czy­ła brwi, jak­by nie po­do­bał jej się ja­kiś za­pach.

– Wcho­dzi­my. – Lek­ko klep­nął ją w ra­mię.

Ścia­na wie­ży mia­ła pięć stóp gru­bo­ści, więc za furt­ką był krót­ki ko­ry­ta­rzyk i dru­gie drzwi, otwie­ra­ne tym ra­zem do we­wnątrz. Te też uchy­li­ły się, le­d­wo do­tknię­te pal­cem. Mu­sia­ła się schy­lić w odrzwiach; gdy­by we­wnątrz cza­to­wał ktoś z bro­nią w ręku, miał­by oka­zję do czy­ste­go cię­cia. No ale, po­cie­szy­ła się, gdy­by za­ło­ga wie­ży chcia­ła ich za­bić, to już daw­no wy­strze­la­ła­by całą czwór­kę z kusz.

Mia­ła na­dzie­ję, że nikt nie bawi się z nimi w kot­ka i mysz­kę.

W środ­ku pa­no­wa­ła ciem­ność, tro­chę świa­tła wpa­da­ją­ce­go przez uchy­lo­ne drzwi le­d­wo ją roz­ja­śnia­ło. Za­trzy­ma­ła się, żeby przy­zwy­cza­ić oczy do pół­mro­ku. Jan­ne pra­wie wlazł jej na ple­cy.

– Po­cze­kaj. – Zła­pa­ła go za ra­mię, gdy pró­bo­wał ją wy­mi­nąć. – Tu gdzieś po­win­ny być... O, są.

Dwie cięż­kie, oku­te że­la­zem kło­dy mia­ły za­pew­ne pod­pie­rać furt­kę od środ­ka. Otwo­rzy­ła sze­ro­ko we­wnętrz­ne i ze­wnętrz­ne drzwi i za­blo­ko­wa­ła je bel­ka­mi. Od razu zro­bi­ło się ja­śniej.

Na par­te­rze zna­leź­li mnó­stwo be­czek, be­czu­łek i wor­ków, ja­kieś pa­kun­ki, spo­ro po­wią­za­nych w pęcz­ki strzał i beł­tów, całą lewą ścia­nę zaj­mo­wa­ły sto­ja­ki z pa­ska­mi su­szo­ne­go mię­sa. Pęki ce­bu­li i czosn­ku zwie­sza­ły się z be­lek su­fi­tu. Moż­na by­ło­by tu prze­trwać pół­rocz­ne ob­lę­że­nie. Po­środ­ku tkwił drew­nia­ny słup o śred­ni­cy oko­ło trzech stóp.

– Ja­kaś becz­ka im prze­cie­ka. – Jan­ne wska­zał na pod­ło­gę za­la­ną wodą.

– Nie umrzesz od odro­bi­ny wil­go­ci. Idzie­my da­lej.

Wy­żej pro­wa­dzi­ły so­lid­ne, ka­mien­ne scho­dy. Kla­pa nad nimi była za­chę­ca­ją­co otwar­ta. Po chwi­li sta­li już na pierw­szym pię­trze. Tu­taj naj­wy­raź­niej mie­ści­ła się część miesz­kal­na, oczy­wi­ście słup prze­cho­dził przez śro­dek po­miesz­cze­nia, ale wy­ko­rzy­sta­no go po­my­sło­wo, mon­tu­jąc wo­kół blat i sta­wia­jąc kil­ka krót­kich ław. Pod ścia­na­mi mie­ści­ły się pię­tro­we pry­cze. W rogu ciem­nym gar­dłem stra­szył po­tęż­ny ko­mi­nek. Przez wą­skie okna-strzel­ni­ce wpa­da­ło nie­wie­le świa­tła.

Jan­ne pod­szedł do ko­min­ka, szturch­nął że­la­znym prę­tem po­piół. Za­mi­go­ta­ły iskry.

– Jesz­cze rano pa­li­li – mruk­nął. – Osiem­na­ście pry­czy. Ale tyl­ko sześć z ko­ca­mi. Zdą­ży­li zjeść śnia­da­nie. Po­tem zni­kli.

Mam­ro­tał krót­kie, pro­ste zda­nia, ra­czej jak­by gło­śno my­ślał, niż chciał jej coś prze­ka­zać. Ka­ile­an do­pie­ro te­raz zwró­ci­ła uwa­gę na to, że w po­miesz­cze­niu wy­ko­rzy­sty­wa­no tyl­ko sześć łó­żek.

– Mało ich coś.

– To za­ło­ga na czas po­ko­ju. Ob­ser­wa­cyj­na. Szko­da pie­nię­dzy na utrzy­my­wa­nie peł­ne­go sta­nu, je­śli parę mil stąd jest im­pe­rial­na twier­dza. Sze­ściu lu­dzi wy­star­czy, żeby pil­no­wać oko­li­cy i dbać o wie­żę. To też zna­czy, że pan hra­bia nie ma żad­nych za­tar­gów z są­sia­da­mi, ina­czej zo­sta­wił­by tu dwu­dzie­stu albo wię­cej straż­ni­ków. Tak są­dzę – do­dał po chwi­li.

– Do­brze są­dzisz. – Ka­ile­an ru­szy­ła na dru­gie pię­tro. – A skąd wiesz o śnia­da­niu?

– Czu­ję za­pach ja­kie­goś gu­la­szu. Z dużą ilo­ścią czosn­ku i ce­bu­li. A ty nie?

– Nie, ale też je­stem już głod­na. No, idzie­my da­lej.

Po­wy­żej znaj­do­wa­ła się kuch­nia, wiel­ki i cięż­ki piec zaj­mo­wał pół ścia­ny. Tu­taj było ja­śniej, bo spo­ro świa­tła wpa­da­ło przez kla­pę pro­wa­dzą­cą na dach. Piec, stół, kil­ka drew­nia­nych ta­bo­re­tów, jesz­cze dwa łóż­ka i oczy­wi­ście gi­ną­cy w su­fi­cie słup. Ka­ile­an zaj­rza­ła do sto­ją­ce­go na sto­le ko­cioł­ka. Ka­sza z ja­kimś gu­la­szem. Od za­pa­chu czosn­ku aż za­krę­ci­ło jej się w no­sie.

– O Pani, z pew­no­ścią nie mie­li ka­ta­ru.

– To z po­wo­du mię­sa. – Jan­ne zaj­rzał jej przez ra­mię. – Ba­ra­ni­na. Ja­dłaś kie­dyś taką bez czosn­ku?

– Ja­dłam. Jak do­brze przy­rzą­dzić...

– Ka­ile­an, to wa­row­na wie­ża, a nie za­mek. Pan hra­bia nie przy­sy­ła tu naj­lep­szej mło­dej ja­gnię­ci­ny, lecz mię­so ze sta­re­go try­ka albo z owiec, któ­re już na­wet weł­ny nie dają. Gdy­by nie ce­bu­la i czo­snek, odór mógł­by nas po­zba­wić zmy­słów. Może dla­te­go wła­śnie nie ma tu ni­ko­go. Do­sta­li o jed­ną por­cję ba­ra­ni­ny za dużo i po­sta­no­wi­li rzu­cić służ­bę...

– Daj spo­kój. – Po­chy­li­ła się nad ko­cioł­kiem i jesz­cze raz po­cią­gnę­ła no­sem. – Albo i masz ra­cję. Na­dal czu­ję tyl­ko czo­snek. Cie­ka­we, jak sma­ku­je?

Zła­pa­ła za drew­nia­ną łyż­kę.

Wiel­ka dłoń za­ci­snę­ła się jej na nad­garst­ku.

– Oni zje­dli i prze­pa­dli, dziew­czy­no. Może ktoś im cze­goś do­dał do śnia­da­nia albo mię­so oka­za­ło się ze­psu­te. Sprawdź­my naj­pierw dach.

Pu­ści­ła łyż­kę, uśmie­cha­jąc się z za­kło­po­ta­niem. Jan­ne ni­g­dy nie spra­wiał wra­że­nia bły­sko­tli­we­go, da­le­ko mu było do swo­bo­dy Ko­ci­mięt­ki, zło­śli­wo­ści Da­ghe­ny czy pro­mie­niu­ją­cej ukry­tym au­to­ry­te­tem po­sta­wy La­skol­ny­ka. Ła­two było się co do nie­go po­my­lić.

1 ... 75 76 77 78 79 80 81 82 83 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)