Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
– Kilku?
– Żadnego. Albo wszyscy pijani. – Przyłożył ręce do ust. – Heeeeej!
Czekali chwilę, wsłuchując się w ciszę. Wreszcie Kocimiętka wzruszył ramionami.
– Kto idzie sprawdzić, co tu się dzieje?
– Ja pójdę – zadecydowała Kailean. – Poczekajcie tu.
– I ja. – Janne sięgnął po topór przytroczony do siodła. – Nie wejdziesz tam sama.
Zamachnął się bronią, po namyśle przesunął pochwę z nożem na brzuch.
– Coś czujesz? – spytała.
– Nie, ale tu nie ma ptaków.
– Pusta okolica – mruknęła Daghena i sprawdziła, czy szable lekko wychodzą z pochew, żelazo cicho zgrzytnęło o okucie. – Psiakrew! Robię się przez was nerwowa.
Janne pokręcił głową.
– Posłuchaj. Nie, nie mnie. Lasu. Cisza. Spokój. W lesie zawsze są jakieś ptaki, na takich polanach, w trawie, mają mnóstwo jedzenia, lubią takie miejsca. Tu ich nie ma, na pół mili wokół nie ma ani jednego. Miejcie oczy otwarte. Idziesz, Kailean?
– Idę. Zostań, Toryn.
Przejście między palami było tak wąskie, że nawet ona ledwo się zmieściła. Prowadziło wprost do maleńkiej furtki z okutego żelazem drewna, szerokiej na dwie stopy, wysokiej na pięć. Na ten widok Janne sapnął.
– Będę musiał na klęczkach wchodzić.
– Właśnie o to chodzi, nie sądzisz? Ja pierwsza.
Drzwiczki otwierały się, zgodnie z wszelkimi zasadami stawiania obronnych budowli, na zewnątrz. I oczywiście nie miały żadnej klamki czy uchwytu. Kailean bez przekonania złapała za krawędź, nie spodziewając się zbyt wiele.
Otworzyły się bezszelestnie.
Janne obejrzał się przez ramię na Daghenę i Kocimiętkę. Oboje trzymali już w ręku szable, Dag marszczyła brwi, jakby nie podobał jej się jakiś zapach.
– Wchodzimy. – Lekko klepnął ją w ramię.
Ściana wieży miała pięć stóp grubości, więc za furtką był krótki korytarzyk i drugie drzwi, otwierane tym razem do wewnątrz. Te też uchyliły się, ledwo dotknięte palcem. Musiała się schylić w odrzwiach; gdyby wewnątrz czatował ktoś z bronią w ręku, miałby okazję do czystego cięcia. No ale, pocieszyła się, gdyby załoga wieży chciała ich zabić, to już dawno wystrzelałaby całą czwórkę z kusz.
Miała nadzieję, że nikt nie bawi się z nimi w kotka i myszkę.
W środku panowała ciemność, trochę światła wpadającego przez uchylone drzwi ledwo ją rozjaśniało. Zatrzymała się, żeby przyzwyczaić oczy do półmroku. Janne prawie wlazł jej na plecy.
– Poczekaj. – Złapała go za ramię, gdy próbował ją wyminąć. – Tu gdzieś powinny być... O, są.
Dwie ciężkie, okute żelazem kłody miały zapewne podpierać furtkę od środka. Otworzyła szeroko wewnętrzne i zewnętrzne drzwi i zablokowała je belkami. Od razu zrobiło się jaśniej.
Na parterze znaleźli mnóstwo beczek, beczułek i worków, jakieś pakunki, sporo powiązanych w pęczki strzał i bełtów, całą lewą ścianę zajmowały stojaki z paskami suszonego mięsa. Pęki cebuli i czosnku zwieszały się z belek sufitu. Można byłoby tu przetrwać półroczne oblężenie. Pośrodku tkwił drewniany słup o średnicy około trzech stóp.
– Jakaś beczka im przecieka. – Janne wskazał na podłogę zalaną wodą.
– Nie umrzesz od odrobiny wilgoci. Idziemy dalej.
Wyżej prowadziły solidne, kamienne schody. Klapa nad nimi była zachęcająco otwarta. Po chwili stali już na pierwszym piętrze. Tutaj najwyraźniej mieściła się część mieszkalna, oczywiście słup przechodził przez środek pomieszczenia, ale wykorzystano go pomysłowo, montując wokół blat i stawiając kilka krótkich ław. Pod ścianami mieściły się piętrowe prycze. W rogu ciemnym gardłem straszył potężny kominek. Przez wąskie okna-strzelnice wpadało niewiele światła.
Janne podszedł do kominka, szturchnął żelaznym prętem popiół. Zamigotały iskry.
– Jeszcze rano palili – mruknął. – Osiemnaście pryczy. Ale tylko sześć z kocami. Zdążyli zjeść śniadanie. Potem znikli.
Mamrotał krótkie, proste zdania, raczej jakby głośno myślał, niż chciał jej coś przekazać. Kailean dopiero teraz zwróciła uwagę na to, że w pomieszczeniu wykorzystywano tylko sześć łóżek.
– Mało ich coś.
– To załoga na czas pokoju. Obserwacyjna. Szkoda pieniędzy na utrzymywanie pełnego stanu, jeśli parę mil stąd jest imperialna twierdza. Sześciu ludzi wystarczy, żeby pilnować okolicy i dbać o wieżę. To też znaczy, że pan hrabia nie ma żadnych zatargów z sąsiadami, inaczej zostawiłby tu dwudziestu albo więcej strażników. Tak sądzę – dodał po chwili.
– Dobrze sądzisz. – Kailean ruszyła na drugie piętro. – A skąd wiesz o śniadaniu?
– Czuję zapach jakiegoś gulaszu. Z dużą ilością czosnku i cebuli. A ty nie?
– Nie, ale też jestem już głodna. No, idziemy dalej.
Powyżej znajdowała się kuchnia, wielki i ciężki piec zajmował pół ściany. Tutaj było jaśniej, bo sporo światła wpadało przez klapę prowadzącą na dach. Piec, stół, kilka drewnianych taboretów, jeszcze dwa łóżka i oczywiście ginący w suficie słup. Kailean zajrzała do stojącego na stole kociołka. Kasza z jakimś gulaszem. Od zapachu czosnku aż zakręciło jej się w nosie.
– O Pani, z pewnością nie mieli kataru.
– To z powodu mięsa. – Janne zajrzał jej przez ramię. – Baranina. Jadłaś kiedyś taką bez czosnku?
– Jadłam. Jak dobrze przyrządzić...
– Kailean, to warowna wieża, a nie zamek. Pan hrabia nie przysyła tu najlepszej młodej jagnięciny, lecz mięso ze starego tryka albo z owiec, które już nawet wełny nie dają. Gdyby nie cebula i czosnek, odór mógłby nas pozbawić zmysłów. Może dlatego właśnie nie ma tu nikogo. Dostali o jedną porcję baraniny za dużo i postanowili rzucić służbę...
– Daj spokój. – Pochyliła się nad kociołkiem i jeszcze raz pociągnęła nosem. – Albo i masz rację. Nadal czuję tylko czosnek. Ciekawe, jak smakuje?
Złapała za drewnianą łyżkę.
Wielka dłoń zacisnęła się jej na nadgarstku.
– Oni zjedli i przepadli, dziewczyno. Może ktoś im czegoś dodał do śniadania albo mięso okazało się zepsute. Sprawdźmy najpierw dach.
Puściła łyżkę, uśmiechając się z zakłopotaniem. Janne nigdy nie sprawiał wrażenia błyskotliwego, daleko mu było do swobody Kocimiętki, złośliwości Dagheny czy promieniującej ukrytym autorytetem postawy Laskolnyka. Łatwo było się co do niego pomylić.