Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Wynajęli dwa pokoje w zajeździe w lepszej dzielnicy PonkeeLaa, gdzie zatrzymywali się kupcy i niezbyt zubożała szlachta. Kanayoness nalegała na osobne sypialnie, choć spędzali już noce w najróżniejszych miejscach, czasem kuląc się pod jednym kocem, więc z pewnością nie chodziło o poczucie przyzwoitości. Po prostu czasem chciała być sama. Bo w końcu Iavvę trudno uznać za towarzystwo.
Jasnowłosa poprowadziła go korytarzem i bez pukania otworzyła drzwi.
Pokój Małej Kany był kopią pomieszczenia Yatecha. Pięć kroków na sześć, jedno łóżko, jeden taboret i kilka kołków wbitych w ścianę. Równie dobrze mogłaby to być cela w jakimś klasztorze.
Przestał o tym myśleć, ledwo spojrzał na leżącą w zmiętej pościeli dziewczynę. Majaczyła. Mała lampka oświetlała twarz pokrytą niezdrową bladością, przypominającą świeżo wyciśnięty ser. Poduszka przesiąkła potem, oczy pod zamkniętymi powiekami latały z taką szybkością, jakby ich właścicielka próbowała patrzeć na wszystkie strony jednocześnie.
Yatech pochylił się i dotknął szczupłej dłoni. Paliła jak kawałek żelaza wyciągnięty z pieca.
Pod wpływem dotknięcia Mała Kana otworzyła oczy. I od razu wiedział, że chociaż patrzy na niego, to go nie widzi. Nie widzi też Iavvy, pokoju, lampki. Cokolwiek dostrzega, wypełnia ją to cierpieniem i bólem.
Odwrócił się ku jasnowłosej dziewczynie.
– Pilnuj jej. Zaraz wrócę.
Miska z wodą i kilka czystych szmatek znalazły się natychmiast, gdy rzucił przysypiającemu w kuchni słudze pół orga. Kiedy położył Kanayoness na czole pierwszy okład, zapłakała głosem małej dziewczynki.
*
Dopiero rankiem, gdy słońce wpełzło leniwie na nieboskłon, otworzyła oczy i spojrzała na niego.
– Pomyliłam się – wyszeptała.
Rozdział 4
Uczta zaczęła się po zachodzie słońca i miała trwać do świtu. Miejscowe piwo i wino, a nawet trunki, sprowadzane za ciężkie pieniądze z kontynentu, lały się nieprzerwanie, każdy zaś, kto zagościł w siedzibie klanu Udruich, mógł zostać i brać udział w zabawie.
Każdy, kto nie należał do wrogiego plemienia, oczywiście.
Cztery dni po ich przypłynięciu Urgwyr Mała Pięść świętował narodziny córki. Altsin trochę żałował straconego czasu, ale Naywir stwierdził, że jeśli odmówią udziału w uczcie, ryzykują śmiertelną obrazę gospodarza. Treiwics mógłby w tym przypadku mieć pierwszeństwo przed prawami gościnności czy zwykłą wdzięcznością. Lepiej nie kusić losu.
Poza tym złodziej nie czuł się jeszcze na siłach, by zasiąść na ławce z rumplem w dłoni. Pierwsze dwa dni przeleżał w przydzielonej im komnacie, modląc się o młot, którym ktoś walnie go w głowę i pozbawi przytomności.
Właściwie modlitwy były tym, czego ludzie się spodziewali po mnichach, nieprawdaż?
Dopiero trzeciego dnia opuchlizna ze stawów lekko mu zeszła, a siniaki zmieniły kolor na barwę lekko przegniłej trawy. Wyraźnie miał się lepiej.
Ynao znikła prawie miesiąc temu, co sugerowało, że jej podróż galerą trwała dłużej, niż sądziła. Co najmniej dziesięć dni. Po upływie następnych dziesięciu, przekonany, że dziewczyna utonęła, ojciec odprawił obrzędy pogrzebowe oraz wysłał wieść do Doliny Dhawii, aby odczytano jej imię przed obliczem Ouma, przez co została oficjalnie uznana za zmarłą. Sześć dni później łódź mnichów przywiozła ją całą i zdrową.
Altsin słyszał, że istnieją plemiona, które w takiej sytuacji zabiłyby cudownie „zmartwychwstałą” osobę, bo ich pojęcie równowagi świata wymaga, by ci, którzy zostali formalnie pochowani, byli na pewno martwi. Seehijczycy mieli dość praktyczne podejście do rzeczy. Ynao zginęła na morzu i odprawiono dla niej obrzędy pogrzebowe, doskonale. Ale Oum w swojej mądrości obdarzył Urgwyra nową córką, która narodziła się wkrótce po śmierci starszej, i żeby nie komplikować wszystkim życia, postanowiono nazwać ją dokładnie tak samo, jak poprzednią.
Formalnościom stało się zadość, gdy ojciec położył swoje dłonie, rzeczywiście wielkie jak łopaty, na głowie Ynao i nadał jej imię.
Potem zaczęła się zabawa.
Siedziba klanu znajdowała się na wzgórzu, w kamiennej warowni otoczonej dwoma rzędami murów. Miejsca, jak to zazwyczaj w budowlach wznoszonych w celach obronnych, było tu mało, więc uczta odbywała się przy stołach rozłożonych na dziedzińcu, a goście przeganiali nocny chłód galonami wina, piwa i miejscowego trunku pędzonego z palonego słodu, który smakował jak przepocone onuce i uderzał do głowy z siłą okrętowego tarana.
Seehijczyków było prawie dwie setki, sami znaczniejsi członkowie klanu, co dało się rozpoznać po ubiorach i broni. Żadnych siekierek i oszczepów, tylko miecze, zdobione srebrem topory, noże o rękojeściach wysadzanych kamieniami i w pochwach okutych złotem. W końcu nie co dzień członkowi starszyzny rodzi się córka. I to od razu szesnastoletnia.
Mnichów usadzono na honorowym miejscu, przy okrągłym stole, gdzie zasiadał Urgwyr i reszta starszyzny klanu. Wokół blatu stało dwadzieścia krzeseł, lecz ponad połowa była pusta, najwyraźniej część ważniejszych gości nie dojechała, więc oprócz ich trójki siedział tam tylko gospodarz z bratem, ich żony o imionach Louwa i Lyura oraz Ynao. Na Altsinie spoczął obowiązek podtrzymywania rozmowy, bo Naywir potrafił ledwo coś wydukać w łamanym seehijskim, choć zwrot „dolej mi jeszcze” zdawał się opanować do perfekcji, a Domah milczał, uśmiechał się grzecznie i rozsiewał wokół aurę nieokreślonej groźby.
Chcąc przełamać tę aurę, złodziej opowiedział o spotkaniu w porcie i szybkości, z jaką mittarscy marynarze pozbyli się ubrań, ale historia ta nie wzbudziła aż takiego rozbawienia, jak się spodziewał, za to sądząc po ponurych minach i zaciśniętych zębach, można było podejrzewać, że „Czarna Mewa” będzie musiała bardzo uważać w czasie rejsów wzdłuż wyspy. Może i Seehijczycy nie mieli zorganizowanej floty, ale ich łodzie były szybkie i zwinne.
Przy stole rozmawiano o niczym. Po uroczystym powitaniu i nadaniu imienia „nowej” córce padły zdawkowe uwagi o wyjątkowo wczesnej wiośnie, stanie morza i nowych cenach na agaty. Altsin nawet się nie dziwił, Enroh mu kiedyś opowiadał, jak wyglądają uczty, na które Seehijczycy zapraszają obcych. Sposobów, w jakie można obrazić gospodarzy, jest wiele, a lista odpowiedzi na obelgę, zamierzoną czy nie, jest krótka i nieodmiennie ostra. Dlatego mądry wyspiarz, zapraszając do domu gości spoza klanu, sadza ich z daleka od reszty, pilnuje, by mieli zawsze pełne talerze, i nie pozwala zbyt dużo mówić.
Złodziejowi to odpowiadało, bo od dłuższego czasu czuł się nie najlepiej. Około południa rozbolała go głowa, potem musiał spędzić jakąś godzinę w czymś, co uchodziło tu za wychodek, czyli w małej szopie postawionej nieco poza murami, a wieczorem dostał dreszczy, jakby dopadła go gorączka. Miejscowa kuchnia najwyraźniej mu nie służyła, więc cieszył się, że jutro odpływają, bo to oznaczało dietę złożoną z sucharów i suszonych ryb. Tym jeszcze nikt się nie zatruł.
Ich misja dobiegła końca. Teraz pozostało im tylko jakoś dotrwać do rana, wytrzeźwieć, wyleczyć kaca i pożeglować na północ. Enroh z pewnością znajdzie sposób, by przekuć dług, jaki zaciągnął u mnichów klan Udruich, w konkretne dobro. Może za jakiś czas któraś z gildii kupieckich zawrze z tym plemieniem wyjątkowo korzystną umowę, za co oczywiście odwdzięczy się klasztorowi hojnym datkiem, albo też braciszkowie dostaną specjalne przywileje na tutejszych ziemiach… Starzec nie utrzymałby się tyle lat na stanowisku przeora, gdyby nie potrafił dobrze grać kośćmi, które dostanie w rękę. A ten rzut – złodziej zerknął na siedzącą przy ojcu dziewczynę i samego Urgwyra, mężczyznę grubo po czterdziestce, pokrytego bliznami i z czerepem naznaczonym paskudną szramą, który co chwila spoglądał na córkę i ukrywał drżenie dłoni, zaciskając je na olbrzymim srebrnym kubku – ten rzut był w całym tego słowa znaczeniu dobry.