Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Biegli truchtem, dysząc ciężko, słaniając się i zataczając na wszystkie strony. Pot zlepiał im włosy, a mokry materiał tunik tulił się do pleców i piersi. Wiadra chybotały się na wszystkie strony, rozchlapując wodę. Obaj poganiacze sunęli za nimi stępa, strzelając od czasu do czasu batami. Odsłonięte ramiona i nogi młodszych chłopców pokrywały krwawiące pręgi.
Deana stała i patrzyła, jak jeden z biegnących z tyłu dzieciaków potyka się i pada, puszczając swój koniec belki. Drąg zarył w ziemię, a z wiadra wylała się większość wody. Świst spadającego bata został przełamany kontrapunktem urywanego krzyku, chłopiec tarzał się po ziemi, osłaniając głowę i twarz, w którą najczęściej starał się uderzać siedzący na koniu wyrostek. Ten ostatni najwyraźniej doznał jakiegoś ataku szału, bo miotał się i klął, unosząc raz po raz w siodle i waląc z całej siły biczem. Jego towarzysz zaśmiał się pogardliwie i wykonał obelżywy gest w okolicy krocza.
Drugi chłopiec niosący pechowe wiadro zatrzymał się kilka kroków dalej. Kurczowo ściskał swój koniec drąga, patrząc martwym wzrokiem na rozlaną wodę i w połowie już puste naczynie. Po twarzy ciekły mu łzy.
Nie myśląc, co robi, Deana pochyliła się i podniosła nieduży kamień.
Wałach oprawcy trafiony w zad zarżał nagle i odskoczył, wierzgając dziko, a jeździec upuścił bat i w ostatniej chwili złapał się grzywy. Zaklął paskudnie, spiął konia, ruszył na chłopca.
I omal nie zleciał z siodła, gdy szczupła dłoń złapała uzdę i ściągnęła pysk zwierzęcia w dół, osadzając je w miejscu.
– Puść!
Deana zignorowała go, świadoma ciszy, która zapadła wokół, i tego, że wszyscy się na nią gapią: kolumna chłopców, grupka poganiaczy, strażnicy karawanowi, przegrywający właśnie w kości swoje zarobki. A ona po prostu stała, trzymając mocno uzdę i mrucząc pod nosem uspokajające słowa w kierunku końskiego ucha. Nawet nie spojrzała na leżącego na ziemi chłopca.
– Puuuuść! – głos młodzika przeszedł w falset. Nie mogąc użyć bata, nadzorca sięgnął po wiszącą przy siodle szablę. – Puszczaj!!!
Jego towarzysz podjechał szybko i złapał go za wzniesioną do ciosu rękę. Był blady jak kreda.
– Masz pięknego konia. – Deana spojrzała w górę, na twarz, na której furia mieszała się ze strachem. – Jaka to rasa?
Za jej plecami bity chłopak zaszurał po żwirze, kaszlnął i podniósł się z ziemi. Musiał znów dźwignąć drąg, bo usłyszała, że z wiadra wylewa się jeszcze trochę wody.
– Jeśli kiedyś zajeździsz go prawie na śmierć, okładanie batem nie spowoduje, że wstanie i pobiegnie dalej. Tak robią tylko głupcy. Jesteś głupcem?
Otworzył usta.
– Nie. Nie mów, sama ocenię. Wyciągnąłeś na mnie broń, mimo iż ja nawet nie dotknęłam szabli. Stoję tak, że trudno byłoby ci mnie trafić, więc pewnie chciałeś uderzyć tylko w dłoń, którą trzymam uzdę. Jesteś pewien, że dałbyś radę? Masz tak szybką i pewną rękę? Może spróbujesz? Teraz.
Wyrostek błysnął oczyma, zacisnął wargi, ale nie drgnął. Zamiast tego przeniósł wzrok za jej plecy i kąciki ust powędrowały mu w górę.
– Oczywiście. – Pogładziła chrapy konia. – To takie proste. Ja odejdę, a ty za następnym zakrętem zakatujesz któregoś z nich na śmierć. Bo zobaczyli, że boisz się uderzyć kobietę, która nie ma broni w ręku. Z drugiej strony… widzę twoją twarz i chyba nietrudno byłoby mi cię znaleźć. Jeślibym chciała.
Tętent kopyt słychać było z daleka. Siedzący na koniu chłopak obejrzał się przez ramię, uśmiechnął i zhardział.
– Puść.
– Nie. Jeszcze nie usłyszałam, jaka to rasa.
Wyłonili się zza jego konia we trzech. Na siwych jak mleko ogierach, w kolczugach przykrytych żółtymi tunikami i wysokich hełmach z zasłonami z kolczej siatki. Jeszcze nie sięgali po broń, ciężkie szable i łuki nie ozdabiały ich dłoni, ale zaczynało się robić ciekawie. Deana poczuła podniecenie, radość, jakby sani drgnął jej w piersi i przygotowywał się do wybuchnięcia płomieniem. Przyłapała się na tym, że uśmiecha się szeroko.
Od trzech miesięcy ćwiczyła tylko z cieniem, samotnie, i nagle odkryła, że brakuje jej szczęku ostrzy. Nie zamierzała nikogo zabić, raczej chciała się zmierzyć z kimś, skrzyżować broń, znaleźć potwierdzenie własnej wartości w walce… Jakby krew ojca upominała się o swoje prawa.
A wszystko dlatego, że katowany chłopiec tak strasznie przypominał jej Samiyego.
A może dlatego, że Laweneres nie odwiedził jej od co najmniej dziesięciu dni, a ją przepełniał… gniew? niepokój?
Nieważne.
Poczuła radosny dreszcz na myśl o czekającej ją walce.
Tymczasem chętnie wymachujący batem wyrostek zasypywał największego wojownika gradem słów w jakimś języku podobnym do suanari, którego jednak nie znała. Może to i lepiej, te kilka słów, które prawie zrozumiała, sprawiło, że talhery zaciążyły jej przy pasie.
Słowik przerwał słowotok ruchem ręki, po czym odwinął się i jednym uderzeniem zmiótł wyrostka z siodła. Nawet się nie obejrzał, gdy tamten walnął o ziemię, tylko podjechał do Deany i pochylił się w siodle.
– Opóźniasz ćwiczenia naszych Piskląt, Deano d’Kllean.
Psiakrew, wyglądało na to, że nie będzie żadnej zabawy.
– Nie znam cię – mruknęła cicho.
– Byłem w książęcej karawanie. Nietrudno cię zapamiętać. A on powinien pamiętać rozkazy.
– Rozkazy?
– Gdy opuszczasz pałac, goniec pędzi do ahyry i przekazuje, jak jesteś ubrana. Wszyscy mają ci służyć pomocą.
To wyjaśniało, dlaczego miała tyle swobody. Pajęcza nić z pałacu i tak wędrowała za nią przez całe miasto.
Puściła uzdę nieszczęsnego wierzchowca.
– Wasze ćwiczenia są dość… wymagające – powiedziała, by przerwać ciszę.
Wojownik pokręcił głową.
– Słabe pisklęta powinny wypaść z gniazda jak najwcześniej. Ale to ćwiczenie ma na celu nie tylko odsianie złota od żwiru. Odwróć się i spójrz.
Zerknęła. Chłopiec stanowiący parę z tym, który upadł, dźwigał teraz na ramieniu większość ciężaru. Jego towarzysz podtrzymywał koniec drąga, zaciskając zęby i… płacząc?
– To ćwiczenie ma nauczyć ich współpracy. Assuri jest dumny i nie chce pomocy, ale musi zrozumieć, że czasem trzeba ją przyjąć. Tak jak teraz. Tylko pomagając sobie nawzajem, mogą donieść wodę do ahyry. Pomaganie sobie jest ważne, wspieranie się w pracy lub walce też. Wy, Issarowie, wiecie o tym najlepiej.
Skinął głową w stronę zacienionego muru, gdzie leniwie opierało się o kamienie kilku wojowników z zasłoniętymi twarzami. Nie zauważyła ich wcześniej.
– A ten koń jest oshiiem. To rasa, którą hodujemy od setek lat. Silna i wytrzymała. Zaspokoiłem twoją ciekawość?
– Tak.
Mężczyzna wyprostował się i warknął coś do młodzika, który znalazł się w siodle jak uniesiony czarem. Policzek i ucho już zaczęły mu puchnąć.
– Słowiki cenią to, co zrobiłaś na pustyni, wojowniczko. Ale gdyby to były Cielęta Bawołów, mogłaby polać się krew. Oni nie ustępują nikomu i… nie darzą uznaniem Syna Ognia. Nie tego. Coś się szykuje. Więc uważaj, komu wchodzisz w drogę.
Kolumna chłopców potruchtała naprzód, tym razem bez trzaskających batów nad głową. A gdy spojrzała jeszcze raz w stronę ściany, Issaram już tam nie było.
*