Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 82 83 84 85 86 87 88 89 90 ... 151
Перейти на страницу:

– Mylisz się. Są. Dolina zapomniała, że nie jest kwiatem tej wyspy, lecz jej korzeniami. Ma służyć, a nie rządzić.

– I to właśnie robi.

– Nie, dziecko. Nie to. Wasze przygotowania nie mają sensu, a droga, którą obrałyście, prowadzi na skraj klifu – w głosie starej kobiety niespodziewanie pojawił się nowy ton. Smutek. – Pragnę cię uspokoić. To nie to, czego się przestraszyłaś. Jeszcze nie to.

Krzesło szurnęło, odsunięte gwałtownie w tył, a Czarna Wiedźma wyrosła nagle nad stołem, waląc zaciśniętymi pięściami o blat.

– Zamilcz! Nie masz prawa tak do mnie mówić. Zapłaciłam za to…

– Skarbie – szept Gualary zdawał się wypełniać przestrzeń i dochodzić ze wszystkich stron, choć Altsin dałby się pokroić za to, że nie otworzyła ust. – Od wielu lat boleję nad tym, co zrobiłyśmy. Ale znałaś cenę i nagrodę. Teraz każesz mi myśleć, że pierwszej nie chcesz zapłacić, a drugiej nie umiesz wykorzystać? Może popełniono błąd, wysyłając do Doliny najmłodsze z nas, niedoświadczone i pełne ambicji, które gasi dopiero odpowiedni wiek.

– Nie waż się mówić o tych sprawach przy obcych!

– Obcych? Tutaj nie ma obcych, dziecko. Wszyscy, nawet ci mnisi, podobnie pojmujemy sprawy banalne, jak lojalność, honor, wierność, i te ważne, jak dbanie o własne sprawy, gromadzenie majątku i zdobywanie władzy. Nawet jeśli ze sobą walczymy, wiemy dlaczego. Gdy napotkasz prawdziwą obcość, zginiesz, nie wiedząc za co. Poza tym – szept przybrał na sile – nie czujesz tego? Kopyto uderzyło o ziemię, a chrapy pochyliły się nad trawą i cofnęły, płomień wystrzelił w niebo, a szkarłatna równina zatrzęsła się za strachu, lodowy zamek jęknął i opuścił most zwodzony, byk zaryczał i po raz pierwszy od wieków uniósł łeb, miecz zabrzęczał, gdy jego właściciel uderzył w klingę, a ta została zamknięta. To wszystko wydarzyło się od wczorajszego wieczoru, a ty i twoje siostry nic nie poczułyście. Morze się cofnęło, wiatr ucichł, a wy nadal zajmujecie się swoimi przyziemnymi głupstwami.

Szept nagle nie był już szeptem. Stał się drażniącym uszy, starczym głosem:

– Dziś w południe Oum drgnął po raz pierwszy, kilka godzin później poruszył się i jęknął, a wieczorem otworzył oczy, tak – otworzył je, a pięć twoich sióstr zmarło. A ty nie zrobiłaś nic, pędziłaś tu pełna pychy i samozadowolenia, pewna, że twoja mała gierka o prawo do kopania w ziemi jest najważniejszą sprawą na świecie. Że gdy wrócisz do Doliny, niosąc na włóczni upokorzenie klanu Udruich, zyskasz coś w tej wojence, którą tam prowadzicie. Nie dostrzegasz, nie odzywaj się!, nie dostrzegasz, że w lesie wokół budzą się potwory, a każdy z nich zdepcze ciebie, mnie i całą wyspę, nawet nie spostrzegłszy, co zrobił.

Nagle wszystko się odwróciło. Euruvi, mimo iż jako jedyna stała przy stole, zdawała się spoglądać na wszystkich z dołu, a w oczach miała pustkę. Tak musi wyglądać twarz władcy, do którego dociera, że w królestwie wybuchł bunt, a drzwi do sali tronowej zaraz pękną pod naporem tłuszczy.

– Masz… rację… On spojrzał na nas. Co się stało?

– Nie czujesz? Wybieramy was ze względu na siłę i zdrowie, a nie doświadczenie czy umiejętności, ale taką falę nawet ty powinnaś poczuć. Na kontynencie od wielu godzin czarownicy robią się niespokojni, a kapłani czują niepokój swych bogów. Zwierzęta chowają się w norach, ryby uciekają na głębinę, a ptaki porzucają gniazda. Jutro większość zapomni o wszystkim, ale ktoś taki jak ty i ja nie powinien, prawda? Były już trzy fale, największa dopiero zbliża się do nas, więc skup się i poczuj ją. Teraz.

Altsin uśmiechnął się pod nosem. Stara czarownica pokazała, jak to jest mieć władzę, nawet jeśli nie chodzi za tobą dwóch przebranych za osy zbirów. Udowodniła, że co prawda jest między nią a młodszą nóż, ale to ona trzyma go z właściwej strony.

A teraz…

Rozdział 5

Deana nauczyła się znikać. Od czasu wizyty w Bibliotece odkryła, że jeśli nie pokazuje się w towarzystwie Samiyego lub truciciela, to miasto przyjmuje ją niczym pustynia jeszcze jedno ziarnko piasku. Gdy tylko wychodziła poza kompleks pałacowy, gdy tylko mijała kilka najbliższych ulic, stawała się jeszcze jedną z kobiet Issaram.

A gdy docierała do jednej z dzielnic kupieckich, stawała się po prostu kroplą wody porwaną przez nurt rzeki, zwanej handlem. Nikt nie patrzył na nią jak na wojowniczkę, za to dla każdego właściciela straganu była klientką, która po prostu jeszcze nie uświadomiła sobie, że musi, po prostu musi coś od niego kupić. Rozwrzeszczani handlarze zaczepiali, nawoływali, wymachiwali przed twarzą towarem, co bardziej zdeterminowani łapali za rękawy, szarpali za poły ta’chaffdy.

W czasie pierwszego samodzielnego pobytu na jednym z targowisk wymieniła kilka złotych monet uzyskanych za pokryte klejnotami pochwy talherów na garść tutejszych pieniędzy – srebrnych, lekko owalnych monet z wizerunkiem, a jakże, płomienia na jednej stronie i kilkoma słowami, których nie potrafiła przeczytać, na drugiej. Targowała się zawzięcie, wzbogacając swoją znajomość suanari o, jeżeli dobrze wszystko zrozumiała, takie zwroty, jak „Na święte, niemyte kości moich przodków”, „Oby łajno szalonego słonia wypełniło twoje usta” i „Moja matka ze wstydu rozpruje sobie brzuch i wyrwie łono, które wydało na świat takiego głupca”.

Bawiła się doskonale.

Handlarz chyba też, bo na koniec obdarzył ją szczerym uśmiechem i ukłonił się nisko.

Rzadko coś kupowała. Raz nabyła kilkanaście łokci zaskakująco taniego jedwabiu w kolorze ciemnej żółci, w sam raz na odświętną szatę, którą założy, gdy skończy już pielgrzymkę i odnajdzie własną drogę. Kiedy indziej znalazła stragan z pasami i nożami w ozdobnych pochwach. Sprezentowała jeden z nich Samiyemu, który wyglądał na zaskoczonego i uradowanego jednocześnie.

Pewnego dnia zapuściła się aż za mury, do karawanseraju rozłożonego na stałe pod miastem. Był ogromny, tysiące zwierząt, tysiące ludzi, setki różnych budynków od stajni po proste, chroniące przed upałem noclegownie dla poganiaczy wielbłądów. Kuwijczycy, Vostrczycy, Cvaalowie, Mavvijczycy, Mahaaldzi mieszali się z kupcami znad Szarego Oceanu, Wielkiej Równiny Bahijskiej i oczywiście z samego Meekhanu. Wszyscy czekali na koniec sezonu burz piaskowych i spijających studnie upałów, który otworzy znów drogę na północ. Ten, kto pierwszy dostarczy na stoły meekhańskich smakoszy pieprz, imbir, wanilię, szafran i miejscowe odmiany papryczek palących jak rozżarzona stal, będzie mógł dyktować cenę. Podobno karawana, która przybywała do Imperium zaraz na początku sezonu wędrówek, mogła zarobić o jedną trzecią więcej niż te wyruszające miesiąc później. Dlatego wielu kupcom opłacało się spędzenie trzech, czasem czterech miesięcy w Białym Konoweryn. Nawet jeśli musieli opłacać dodatkowo strażników i miejsce w karawanseraju.

Tu Deana spotykała najwięcej swoich rodaków. Były karawany, liczące nawet dwieście wielbłądów, chronione przez kilkudziesięciu wojowników Issaram, którzy na czas oczekiwania na wędrówkę zajmowali zazwyczaj odosobnione budynki, otoczone na dodatek wysokim murem. Nie szukała towarzystwa, zresztą większość wojowników, których spotkała, należała do plemion p’kaweeri i k’werd, a oni nie przepadali za d’yahirrami, ale miło było choć na chwilę przymknąć oczy i wrócić myślami do domu, usłyszeć własną mowę i poczuć znajome zapachy. Aromat ralii, deseru gotowanego z pszenicy, miodu, suszonych owoców i wanilii, omal nie skłonił jej do wproszenia się do jednego z budynków zajmowanych przez Issaram.

Tęskniła.

I właśnie w karawanseraju pierwszy raz ujrzała Pisklęta. Grupa trzydziestu chłopców w wieku około dziesięciu lat, ubranych tylko w zgrzebne tuniki, biegła parami środkiem ulicy, poganiana przez dwu siedzących w siodłach wyrostków, noszących żółte szaty Rodu Słowika. Każda para niosła na ramionach solidną belkę, której środek obciążało dodatkowo kołyszące się wiadro.

1 ... 82 83 84 85 86 87 88 89 90 ... 151
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)