Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
– Zbladł pan – powiedział zaniepokojony pan na zamku. – Proszę wypić jeszcze wina. Słowo honoru, nie wiem, kto wykupił Racewicza. Bronek mi tego nie powiedział.
Kiedy do prokuratora dotarło znaczenie ostatniego zdania, zapytał:
– A zatem widział się pan z nim po jego uwolnieniu?
– Tylko raz. Zachowywał się zagadkowo, mówił niejasno. Był bardzo wyniosły. Oznajmił:
„Wyrzucili Racewicza niczym zdarte trzewiki. To nic, panowie, tylko poczekajcie". Odniosłem wrażenie, że ci „panowie" to jego zwierzchnicy.
– Może ktoś inny? Niechże pan sobie przypomni, do jasnej cholery!
Czarnokucki wciągnął głowę w ramiona i zamrugał oczyma.
– Zaraz, zaraz. Wypowiadał się nad wyraz mętnie. Miałaby go jakoby odwiedzić w więzieniu jakaś ważna persona. Powiedział dokładnie: „Ważna osobistość, bardzo ważna". A potem go spłacono. To wszystko, co wiem...
Pelagią nie jestem
Z tyłu dał się słyszeć jakiś ruch.
Berdyczowski obrócił się i zobaczył, że ranny lokaj, wykorzystując fakt, iż o nim zapomniano, biegnie zgięty w kierunku salonu.
– Stój! – rzucił się za nim prokurator. – Zabiję! Filip padł plackiem i zakrył głowę rękoma.
– Krwawię! Siły nie ma! Umieram!
Ponownie rozległ się odgłos biegnących nóg – tym razem z przeciwnej strony.
Tutaj Matwiej Bencjonowicz nie zdążył. Spostrzegł jedynie, jak postać w czarnym szlafroku, ze srebrzystym smokiem na plecach, znika za drzwiami. Szczęknął zamek i najważniejszy jeniec przepadł.
– Leż, padalcu! – huknął na sługę radca stanu i pognał za hrabią.
Szarpnął drzwi – na próżno.
Podbiegł do stołu i wyciągnął stamtąd Kieszę.
– Co jest za tamtymi drzwiami?
– Gabinet.
– Można wezwać stamtąd służbę?
– Tak. Jest tam dzwonek elektryczny. Poza tym wewnętrzny telefon...
Berdyczowski i tak już usłyszał przenikliwy trel dzwonka i histeryczny głos magnata, który wrzeszczał albo do słuchawki, albo wprost przez okno.
– Jak liczna jest służba w zamku?
– Około dziesięciu ludzi... Nie, więcej.
A nabojów tylko sześć – pomyślał Matwiej Bencjonowicz, ale bez paniki, z absolutną trzeźwością. Podbiegł do okna, które wychodziło na podwórzec. Z oddali przybliżały się jakieś cienie. Rzucił się w przeciwną stronę – czerniał tam las, a w dole była woda.
Podniósł ramę, wyjrzał.
No tak, fosa. Dosyć wysoko. Ale też nie ma wyboru.
Wdrapał się już na parapet, gdy coś sobie przypomniał i zeskoczył z powrotem. Przede wszystkim podbiegł do drzwi salonu i zamknął je na klucz. Potem chwycił Kieszę za klapy.
– No, kolego, proszę oddać pieniądze. Nie potwierdziła się pańska hipoteza.
Blondyn drżącą dłonią wręczył prokuratorowi cały portfel. Matwiej Bencjonowicz wyjął z niego swoją setkę.
Rozległ się tupot nóg i drzwi zadrżały – ktoś walił w nie całym ciałem.
Obejrzawszy po raz ostatni komnatę, Berdyczowski pochwycił ze stołu niedopitą butelkę i dopiero wtedy wrócił do okna.
Drzwi traktowane były systematycznie czymś ciężkim. Od filunku odpadł pozłacany ozdobnik. Byle szybciej, byle bez strachu – prokurator rzucił się w niewiadome.
– U-uuu! – wydarł mu się z gardła rozpaczliwy krzyk, ale już w następnej sekundzie trzeba było zamknąć usta, bo radca stanu wpadł z głową w cuchnącą, czarną wodę.
Natrafił nogami na miękkie dno, odbił się od niego i wynurzył.
Wypluł oślizgłe wodorosty i skierował się do brzegu. Płynąć nie mógł, bo w jednej ręce trzymał butelkę, a w drugiej lefochera. Trzeba było podskakiwać niczym pasikonik: odbijesz się nogami, zaczerpniesz powietrza i znowu pogrążasz się z głową. Co prawda, nie było tu głęboko, dłonie sięgały nad powierzchnię. Pięć albo sześć podskoków wystarczyło, by wydostać się na płyciznę. Knykciami natknął się na coś śliskiego, krągłego i ustępliwego – zawrzasnął z całych sil, przypomniawszy sobie o bagiennym gadzie. Jednak ani butelki, ani rewolweru nie wypuścił.
Chwała Bogu, nie był to wąż, tylko stare, nasiąkłe wodą kłody, którymi wymoszczono brzegi fosy. Berdyczowski namacał grunt nogą, wykaraskał się z wody i doczołgał do najbliższych krzaków.
Dopiero wtedy obejrzał się na zamek.
W oświetlonym oknie (wcale nie tak wysoko, jak wydawało się, gdy patrzył z góry) sterczały dwie głowy, a po chwili wepchnęła się między nie trzecia.
– Złapać! – dobiegł głos hrabiego. – Daję tysiąc rubli! Prokuratorowi brakowało sił, by uciekać lasem po nocy – skok z okna i wodne doświadczenia pozbawiły go całkowicie zapału do ćwiczeń fizycznych. Należało ostudzić gorliwość sług – niechaj wiedzą, że życie warte jest więcej niż tysiąc papierków.
Matwiej Bencjonowicz wylał wodę z lufy rewolweru i dwa razy wystrzelił w stronę murów. Głowy natychmiast zniknęły z oświetlonego prostokąta.
– Pogasić lampy! – zawołał ktoś przenikliwie. – On nas widzi! Pozabija!
W salonie, a potem na całym piętrze pogasły światła.
I dobrze.
Przedarłszy się przez zarośla, mokry i utytłany prokurator wydostał się na bitą drogę. Łyknął z butelki i potruchtał, żeby się rozgrzać. W dół biegło się lekko i przyjemnie. Zrobisz pół setki kroków i golniesz sobie. Następne pół setki – i znowu łyk.
Nastrój radca stanu miał wprost wspaniały.
Do Żytomierza dotarł na chłopskiej furze dopiero o świcie. W numerze umył się i przebrał. U nocnego portiera kupił spod lady butelkę portwajnu – w ten sposób stał się współwinny naruszenia ustawy o zasadach handlu spirytualiami.
Połowę wyciągnął od razu – po nowemu, prosto z butelki. Nie upił się jednak, przeciwnie, łatwiej mu było zebrać myśli.
Za oknem wstawał dzień. Prokurator siedział w szelkach na łóżku, popijał z butelki portwąjn i ustalał kolejność dalszych działań.
Szukanie pomocy policji w sprawie hrabiego do niczego nie doprowadzi. Nocą Czarnokucki, rzecz jasna, pochował albo nawet zniszczył sekretną część swojej kolekcji (ciekawe, jakie miał tam paskudztwa?). Za tego zboczeńca trzeba będzie wziąć się na poważnie, wciągając w sprawę Kijów i kancelarię generała-gubernatora. Sprawa przewlekła, a czym się zakończy, z góry wiadomo: nie katorgą, tylko komfortową kliniką psychiatryczną.
No dobrze, to może zaczekać. Są sprawy znacznie pilniejsze.
O której tutaj w soboty zaczynają urzędowanie?
Dokładnie o dziewiątej Berdyczowski pojawił się w komitecie więziennictwa, gdzie znajomy inspektor zaopatrzył go w polecenie dla naczelnika gubernialnego więzienia.
W więzieniu prokurator nie wdawał się w żadne wyjaśnienia. Zapytał od razu:
– Czy prowadzona jest księga odwiedzin aresztantów?
– Tak jest, panie radco. Tu nie ma zmiłuj. Ktokolwiek przyjdzie, choćby sam gubernator, wszystko zapisujemy – zameldował dyżurny strażnik.
„No właśnie, od tego należało zacząć – wyrzucił sobie Matwiej Bencjonowicz – a nie taplać się w zamulonych fosach. Marny ze mnie detektyw. Pelagią nie jestem".
Otworzył dziennik pod datą dziewiętnastego listopada zeszłego roku (tego dnia wypuszczono Racewicza). Przejechał palcem po linijkach od dołu do góry.
Osiemnastego listopada nikt nie odwiedzał aresztanta z jedenastej „szlacheckiej", chociaż tego dnia było dwudziestu sześciu odwiedzających.