Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Zamrugał i nagle opuścił dłonie w bezbronnym geście. Przez chwilę patrzył na nią, jakby chciał rzucić jej się do gardła i siłą wyrwać z niego opowieść, a jego oczy błyszczały niebezpieczną wilgocią.
— Słyszałem… — wyszeptał wreszcie. — Wszyscy tu słyszeli historię o szarży Ocalonych na pułki Yawenyra. Na sto tysięcy zakutych w żelazo konnych.
Kailean odwróciła wzrok, znajdując nagle mnóstwo ciekawych rzeczy wokół kotłów z wrzątkiem. Nie znali się zbyt dobrze, lepiej, żeby nie poczuł się upokorzony tym, że widziała jego łzy.
— Najwyżej piętnaście, może szesnaście tysięcy — mruknęła. — Większość se-kohlandzkiej armii była już zdrowo przetrzebiona atakami na Martwy Kwiat.
Westchnął głucho.
— Martwy… zrobili Martwy Kwiat? A rydwany? Ile zostało im rydwanów?
No tak, felano.
— Czy te deszczułki nie moczą się zbyt długo? — Wskazała na najbliższy kocioł. — Robota to nie jest coś, co będzie czekać wiecznie. Pomogę ci i opowiem, co widziałam, dobrze? A ty mi wytłumaczysz, jak masz zamiar zrobić z tego tarczę.
Przez następne dwa kwadranse pracowali zawzięcie z opornym, twardym drewnem. Pawęż, a raczej coś, co w tutejszych warunkach za pawęż uchodziło, miała się składać z ośmiu deszczułek poziomych i pięciu pionowych, wygiętych i sklejonych razem tak, by tworzyły wypukłą tarczę wysoką na pięć i szeroką na trzy stopy. Kahel-saw-Kirhu, wyjaśniał Kor’ben w przerwach między przeklinaniem opornego drewna i siłowaniem się z nim, chciał mieć w każdym pułku dwie kompanie takich pawężników, bo w czasie bitwy pod Pomwe czworobok pikinierów poniósł duże straty od strzał konnicy. A kowal obiecał, że wykombinuje, jak szybko dostarczyć co najmniej tysiąc wielkich tarcz.
Kailean z powątpiewaniem obejrzała owoce ich pracy.
— Z tego, co tu wygięliśmy, zrobisz może ze trzy pawęże. Jak długo będziesz robił resztę?
Kor’ben uśmiechnął się do niej, ustami i dłońmi. Głuptas – przekazały jego ręce, lecz ze znakiem szczerej sympatii.
— Teraz nie chodzi o tarcze, lecz o to. — Stuknął w drewnianą ramę, która przytrzymywała schnące deszczułki. — Wiem już, jakich ma być rozmiarów, więc wkrótce zrobimy takich setkę, a wtedy zobaczysz, będziemy mieli tysiąc pawęży w kilka dni.
Posłała mu gest – spryciarz.
— To dość meekhańskie — mruknęła. — Taka robota dla wielu ludzi rozlokowanych w różnych miejscach, żeby uzyskać masę rzeczy dokładnie tych samych kształtów.
— W końcu jakoś podbiliście pół kontynentu. Nie modlitwą i pracowitością, lecz stoma tysiącami jednakowych mieczy, tarczy i włóczni.
Racja.
Mężczyzna usiadł przed namiotem, wyciągnął skądś obły gąsior i dwa kubki. Polał.
— Spróbuj. Dobre.
Pociągnęła łyk, wino smakowało kwiatami i deszczem. Usiadła obok, wyciągnęła nogi. Przyjemnie było wreszcie odpocząć i rozprostować kości.
— Opowiesz? O brodzie przy Lassie…
Opowiedziała, pomijając wędrówkę przez Mrok i to, jak trafiła na pole bitwy; to była zbyt dziwna część tej historii. Ale opowiedziała mu, jak znalazła swoją najmłodszą kuzynkę wiszącą na hakach, jak posłała ją do obozu Verdanno w towarzystwie kobiety, którą ci ostatni powinni z miejsca zabić. Jak Wozacy wyszli w pole, porzucając osłonę taborów, a ich gniew był niczym ogień. I jak Widmowe Wilki – Ocalone Dzieci ujrzały prawdę, a potem rzuciły się na armię Ojca Wojny i zmiażdżyły ją. To była dobra opowieść, nawet snuta tylko w anaho. Nie miała talentu ani odwagi, by przedstawić ją w Wysokiej Mowie, ale Kor’ben Olhewar nawet o to nie prosił.
Siedział obok niej i chłonął każde słowo.
— Laskolnyk zostawił Wozakom część wolnych czaardanów, które zebrał do bitwy, spóźnił się na nią zresztą, a obozy mają wystarczająco dużo złota, by je opłacić. Najemnicy, Sahrendey, Wilki i tabory to dość, by połamać każdą rękę, która znów sięgnie po wozackie ziemie — zakończyła.
Kowal milczał i tylko raz po raz unosił kubek do ust. Wreszcie przechylił go i opróżnił jednym haustem.
— Dobra opowieść, dziewczyno. Bardzo dobra. Niosąca nadzieję. A teraz co? Nie jestem głupcem, wiem, że nie przyszłaś tu, by pogadać w av’anaho. Mam ci się odwdzięczyć, zdradzając nasze sekrety? Plany ludzi, którzy prędzej umrą, niż pozwolą sobie znów założyć obroże. — Dotknął szyi, na której wciąż odbijał się pas jaśniejszej skóry.
Jego spojrzenie było czujne i skupione. Wzruszyła ramionami i bez pytania dolała sobie i jemu wina.
— Próbujesz mnie upić otumanić? — zakpił słowami i gestem.
— Oczywiście. Myślę, że po następnych trzech, czterech gąsiorach będziesz tak pijany, że powiesz mi wszystko, co wiesz. No bo ja szpiegiem jestem okrutnie sprytnym i zawsze upijam wielkich mężczyzn, zanim wykradnę ich sekrety — odpowiedziała drwiąco, ale całkiem na poważnie uniosła kubek do toastu. — Za obóz New’harr, który pierwszy zszedł z gór i pierwszy upuścił Se-kohlandczykom krwi.
Przepili.
— Nie będę pytać o wasze plany, obiecuję. Ale zapytam o tego Błyskawicę. Stałeś koło niego w namiocie, a on przeżył. Jakim cudem?
Kor’ben Olhewar wzruszył szerokimi ramionami.
— Jest dowódcą naszej jazdy. A jej większość stanowią byli koczownicy. Z różnych szczepów. Nie tylko Meekhańczycy i Verdanno trafiali do niewoli, dziewczyno. Jak się przyjrzysz, znajdziesz tu wszystkie plemiona Wielkich Stepów, a także z innych części świata, z pustyni, znad morza, z wielkich równin, gdzie czarni ludzie polują na bawoły i słonie. Pore i ja… Nigdy mi nie powiedział, dlaczego został sprzedany w niewolę, a ja nie pytałem. Gdy mnie wylicytowano na targu niewolników, trafiłem do kopalni, gdzie przykuli mnie do kieratu, bym kręcił kołem, które napędzało windę wywożącą urobek. I nauczyłem się szybko, że ruda żelaza jest ciężka jak… jak żelazo. A pewnego dnia przyprowadzili tego kurdupla i przykuli do tego samego koła. To, co mną wtedy szarpnęło…