Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]

Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:

Gwiazda Pella, strategiczny punkt w konflikcie zbrojnym Kompanii Ziemskiej i międzygwiezdnych kolonii. Ten, kto kontroluje Stacje Pella, decyduje o zasięgu ziemskich sił obronnych bądź o skali ziemskiej ekspansji w celu odzyskania utraconego imperium. Ale Pell jest zdecydowany utrzymać neutralność za wszelką cenę.
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
1 ... 78 79 80 81 82 83 84 85 86 ... 146
Перейти на страницу:

— Spała — wyjaśnił Jon, przełknął ślinę i poszedł dalej, starając się z każdym krokiem wyrzucić ze swych myśli jej mieszkanie i biały pokój. Pamiętał dziecko, dziewczynę, kogoś innego. Taką ją zachowa w pamięci.

10

PELL: SEKTOR NIEBIESKI JEDEN;
SALA RADY; 6/10/52;
GODZ. 1400

Rada zakończyła posiedzenie wcześnie, uchwaliwszy wszystkie zarządzenia, jakie przedłożono jej do uchwalenia. Keu z Indii siedział przez cały czas z ponurą miną przysłuchując się temu, co mówili i przypatrując temu, co robili. Jego kamienna twarz kładła się cieniem na debatę. W tym trzecim dniu kryzysu Mazian wystąpił z żądaniami i uzyskał akceptację.

Kressich zebrał swoje notatki i zszedł z najwyższego rzędu trybun do położonego w dole centrum sali. Opierając się naporowi tłumu radców kierujących się do wyjścia, zwolnił przy fotelach rozstawionych wokół stołu i spojrzał niepewnie na Angelo Konstantina konferującego z Nguyenem, Landgrafem i jeszcze paroma reprezentantami. Keu wciąż siedział przy stole przysłuchując się rozmowie; jego brązowa twarz była nieruchoma jak maska. Bał się Keu… bał się poruszać swoją sprawę w jego obecności.

Ale mimo to podsunął się najdalej, jak mógł w kierunku szczytu stołu, dołączając do prywatnego towarzystwa zebranego wokół Konstantina, wiedząc, że nie jest tu osobą pożądaną. Delegat Q, rzecznik problemów, którymi nikt nie miał tu czasu się zajmować. Czekając, aż Konstantin skończy rozmowę z tamtymi, wpatrywał się w niego natarczywie, aby uświadomić mu, że ktoś pragnie zwrócić na siebie jego uwagę.

Konstantin zauważył go w końcu i odłożył na chwilę swój wyraźny zamiar opuszczenia sali w towarzystwie Keu, bo Keu wstawał.

— Proszę pana — odezwał się Kressich. — Panie Konstantin. — Wyciągnął z teczki z papierami przygotowany zawczasu dokument i wcisnął go do ręki Konstantinowi. — Mam ograniczone możliwości, panie Konstantin. Tam gdzie mieszkam, nie mam dostępu do komputera ani drukarki. Pan się orientuje. Sytuacja tam… — Zwilżył językiem usta widząc grymas zniecierpliwienia na twarzy Konstantina. — Tłum omal nie wdarł się wczoraj wieczór do mojego biura. Proszę pana, sir. Czy możemy zapewnić moich wyborców… że skierowania na Podspodzie będą nadal wydawane?

— Ta sprawa znajduje się w stadium negocjacji, panie Kressich. Stacja czyni wszelkie wysiłki, aby z powrotem unormować procedury, ale weryfikujemy teraz programy, weryfikujemy naszą politykę i jej kierunki.

— To jedyna nadzieja. — Kressich unikał wzroku Keu nie odrywając oczu od Konstantina. — Bez tego… nie ma dla nas żadnej nadziei. Nasi ludzie pójdą chętnie na Podspodzie. Wstąpią do Floty. Gdzie tylko każecie. Trzeba tylko wznowić przyjmowanie zgłoszeń. Oni muszą widzieć, że jest nadzieja wydostania się stamtąd. Proszę pana.

— A co to jest? — spytał Konstantin podnosząc dokument do oczu.

— Ulotka do przedłożenia radzie, której nie miałem możliwości powielić. Miałem nadzieję, że pański personel…

— Dotycząca skierowań?

— Tak, dotycząca, sir.

— Ten program — wtrącił chłodno Keu — jest jeszcze dyskutowany.

— Spróbujemy — powiedział Konstantin wkładając kartkę między plik papierów, który trzymał w ręku. — Na razie nie mogę poddać tego pod dyskusję sali, panie Kressich. Pan rozumie. Nie mogę, dopóki na innych szczeblach nie zostaną wypracowane podstawowe rozwiązania aktualnie omawianej kwestii. Muszę to wstrzymać i bardzo pana proszę, aby nie poruszał pan tej sprawy jutro, chociaż oczywiście może pan to zrobić. Debata publiczna może zakłócić negocjacje. Ma pan doświadczenie w pracy rządu; pan mnie rozumie. Ale gdybyśmy mogli poddać tę sprawę pod dyskusję na którymś z następnych posiedzeń… oczywiście każę mojemu personelowi przygotować tę czy inne ulotki do rozpowszechnienia. Pan rozumie moje stanowisko, sir.

— Tak, proszę pana — powiedział ze ściśniętym sercem. Dziękuję.

Odwrócił się. Miał cichą nadzieję. Łudził się nadzieją, że będzie miał okazję do zaapelowania o pomoc stacji, o zapewnienie bezpieczeństwa, o ochronę. Nie chciał ochrony takiej, jaką gwarantował Keu. Nie odważył się poprosić. Widzieli łaskę Floty w osobach Mallory i Sunga i Kreshova. Weszliby żołnierze; na początek rozwiązaliby organizację Coledy’ego; jego gwarancję bezpieczeństwa; całą ochronę, jaką posiadał.

Wyszedł z sali rady na foyer, przeparadował pod kpiącymi, zadziwionymi spojrzeniami posągów z Podspodzia, minąwszy szklane drzwi znalazł się na korytarzu i nie zatrzymywany przez strażników ruszył w stronę windy, która zawiezie go na poziom niebieski do domu, z powrotem do Q.

Na korytarzach stacji głównej panował ruch zbliżony do zwykłego, ale mniejszy; mieszkańcy stacji wrócili do pracy; przechodnie poruszali się ostrożnie i szybko.

Ktoś go potrącił przechodząc. Czyjaś ręka spotkała się z jego dłonią i wcisnęła mu kartę. Zatrzymał się nie bardzo wiedząc, kto to był. Wolał nie spoglądać na twarz. Przerażony, oparł się pokusie, aby się rozejrzeć. Udał, że porządkuje papiery w swojej teczce i ruszył dalej korytarzem zerkając na kartę: karta dostępu, na jej powierzchni odcinek taśmy: zielony dziewięć 0434. Adres. Nie zatrzymując się opuścił rękę z kartą. Serce rozsadzało mu pierś.

Mógł zignorować ten incydent, wracać do Q. Mógł oddać kartę twierdząc, że ją znalazł albo mówiąc prawdę: że ktoś chciał się z nim potajemnie skontaktować. Polityka. To musiało być to. Ktoś nie obawiający się podjąć ryzyka chce czegoś od Radcy Q. Pułapka… czy nadzieja, zyskanie poparcia kogoś, kto może być w stanie usunąć przeszkody.

Mógł wjechać na zielony dziewięć; po prostu pomylić się przy naciskaniu przycisków w windzie. Zatrzymał się przed płytką z przyciskami wzywania kabiny; był sam. Nacisnął zielony i zasłonił sobą płytkę, tak że nikt z przechodzących nie mógł zauważyć palącej się zielonej lampki. Nadjechała kabina; otworzyły się drzwi. Wszedł do środka. W ostatniej chwili wpadła za nim do windy jakaś kobieta i na płytce wewnętrznej zakodowała zielony dwa. Drzwi zasunęły się; gdy kabina ruszyła, zerknął ukradkowo na kobietę i szybko odwrócił wzrok. Kabina przebyła w poprzek jedną sekcję i zaczęła zjeżdżać w dół. Kobieta wysiadła na drugim; on został i obserwował dosiadających się pasażerów; nie było wśród nich nikogo znajomego. Kabina zatrzymywała się jeszcze na szóstym i na siódmym zabierając dalszych pasażerów. Na ósmym dwóch wysiadło; dziewiąty: wyszedł z windy razem z czterema innymi osobami i skierował się w stronę doków ściskając kartę w spoconych palcach. Od czasu do czasu mijał żołnierzy obserwujących ruch w korytarzach. Żaden z nich nie mógł zauważyć nie wyróżniającego się niczym mężczyzny, który szedł korytarzem, zatrzymywał się przy drzwiach i otwierał je za pomocą karty. To była najnaturalniejsza ze wszystkich czynności. Dochodził do korytarza poprzecznego cztery. Tutaj nie było żadnego strażnika. Zwolnił rozważając rozpaczliwie wszystkie ewentualności; serce biło mu jak szalone; przyszło mu do głowy, żeby przejść nie zatrzymując się.

Człowiek idący tuż za nim złapał go za rękaw i obcesowo pociągnął za sobą. „Chodź”, syknął i skręcił z nim za róg. Nie stawiał oporu bojąc się noży; w Q rodziło się wiele instynktów. Oczywiście ofiarodawca karty też tu przyszedł… albo miał wspólnika. Szedł jak kukiełka na sznurku prowadzony korytarzem poprzecznym do drzwi. Gdy się przy nich znaleźli, przewodnik puścił go i ruszył dalej, a on wyjął kartę.

1 ... 78 79 80 81 82 83 84 85 86 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)