Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
- Автор: Черри Кэролайн Джэнис
- Серия: Unia/Sojusz #3
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Alfa
- ISBN: 83-7001-570-0
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
— Zabierając go do siebie ryzykujemy odnotowanie tego faktu w aktach Floty…
— Wydaje mi się, że wiem, co chcesz zrobić.
Ona też była uparta. Zatrzymał się przy windzie i myślał z palcem na przycisku.
— Tak, chyba będzie lepiej, jeśli go do siebie zabierzemy przyznał w końcu.
— Tak — powiedziała. — Ja też tak myślę.
7
Jon Lukas podążał wyludnionymi korytarzami zdenerwowany pomimo posiadania przepustki, jakie Keu wydał wszystkim, którzy znajdowali się w sali rady. Obiecano im, że poczynając od świtu dnia głównego może nastąpić stopniowe wycofywanie żołnierzy. Musi, pomyślał. Niektórych już odesłano na odpoczynek. Zluzowały ich nie noszące pancerzy załogi statków Floty; wszędzie panował spokój; tylko raz, przy wyjściu z windy, musiał okazać dokumenty. Dotarł do swoich drzwi i otworzył je za pomocą karty.
W pokoju frontowym nie było nikogo. Serce podskoczyło mu ze strachu do gardła na myśl, że jego nieproszony gość ulotnił się, ale w tym samym momencie w korytarzyku przy kuchni pojawił się Bran Hale, który wyraźnie odetchnął z ulgą na jego widok.
— W porządku — powiedział Hale i z kuchni wyszedł Jessad, a za nim dwóch ludzi Hale’a.
— Nareszcie — odezwał się Jessad. — To zaczynało być coraz bardziej nudne.
— I dalej będzie — powiedział z irytacją Jon. — Dziś zostajecie tu wszyscy na noc; Hale, Daniels, Clay… Nie życzę sobie, aby pod nosem żołnierzy wysypywał się z mojego mieszkania tabun gości. Odejdą nad ranem.
— Flota? — zapytał Hale.
— Pełno żołnierzy we wszystkich korytarzach. — Jon podszedł do kuchennego barku i przyjrzał się butelce, która była pełna, kiedy wchodził, a teraz widać już było w niej dno. Nalał sobie drinka i z westchnieniem pociągnął łyk. Oczy piekły go z wyczerpania. Podszedł do ulubionego fotela i zagłębił się w nim z rozkoszą. Jessad zajął miejsce naprzeciw, po drugiej stronie niskiego stolika, a Hale ze swoimi ludźmi szperali w barku szukając następnej butelki. — Cieszę się, że był pan ostrożny — powiedział do Jessada. — Niepokoiłem się.
Jessad uśmiechnął się swymi kocimi oczyma.
— Wyobrażam sobie. Ale jestem pewien, że zaraz pomyślał pan nad rozwiązaniem. Niewykluczone, że nadal się pan nad nim zastanawia. Może przedyskutujemy to wspólnie?
Jon zmarszczył czoło i zerknął na Hale’a i jego ludzi. — Bardziej ufam im niż panu i to jest fakt.
— Nie wykluczam, że brał pan też pod uwagę możliwość pozbycia się mnie — powiedział Jessad. — I nie byłbym wcale zdziwiony, gdyby właśnie w tej chwili bardziej pochłaniała pana myśl, gdzie to zrobić niż czy w ogóle to zrobić. W ten sposób mógłby się pan pozbyć całego kłopotu. I prawdopodobnie pozbyłby się pan.
Bezpośredniość zbiła Jona z tropu.
— Ponieważ to pan podjął ten temat, przypuszczam, że trzyma pan w zanadrzu kontrpropozycję.
Uśmiech nie spełzał z ust Jessada.
— Po pierwsze: nie stanowię żadnego bezpośredniego zagrożenia; może zechce pan to przemyśleć. Po drugie: przybycie Maziana wcale mnie nie przeraża.
— Dlaczego?
— Ponieważ byłem przygotowany na taką ewentualność.
Jon podniósł szklankę do ust i pociągnął łyk piekącego trunku.
— Jak to?
— Kiedy skacze się, żeby trafić w jakiś określony punkt Kosmosu, panie Lukas, można tego dokonać na jeden z trzech bezpiecznych sposobów: po pierwsze nie wchodzić w skok zbyt gwałtownie… jeśli znajduje się pan w bardzo dobrze sobie znanej okolicy; albo wykorzystać siłę przyciągania gwiazdy; albo, jeśli jest pan dobry, jakiejś masy znajdującej się w punkcie przejściowym. W pobliżu Pell krąży sporo żelastwa, prawda? Niezbyt tego dużo, ale wystarczy.
— O czym pan mówi?
— O flocie Unii, panie Lukas. Czy myśli pan, że bez żadnego powodu po raz pierwszy od dziesiątków lat Mazian zgromadził w jednym miejscu wszystkie swoje statki? Pell jest wszystkim, co im pozostało, a niedaleko stąd znajduje się flota Unii. Wysłali mnie właśnie przodem wiedząc, że Mazian się tu zjawi.
Hale i jego ludzie rozsiedli się na kanapie i na jej poręczach. Jon rozważał w myślach sytuację. Pell w charakterze pola bitwy; to był najgorszy ze wszystkich możliwych scenariuszy.
— A co się stanie z nami, kiedy się okaże, że nie można wyprzeć stąd Maziana?
— Maziana można przepędzić. A wtedy nie pozostanie mu już ani jedna baza. Będzie skończony; a my będziemy mieli pokój, panie Lukas, ze wszystkimi wypływającymi z tego korzyściami. Po to tu jestem.
— Słucham.
— Trzeba usunąć wyższych urzędników. Trzeba usunąć Konstantinów. Pan musi zająć ich miejsce. Czy będzie pana na to stać, panie Lukas, pomimo związków rodzinnych? Wiem, że wchodzi tu w grę pokrewieństwo; pan, żona Konstantina…
Zacisnął mocno usta zżymając się jak zawsze na samą myśl o Alicji. Nie potrafił się z tym pogodzić. Nigdy tego nie przetrawi. Tej wegetacji podtrzymywanej przez maszyny nie można było nazwać życiem. To nie było życie. Otarł twarz.
— Nie rozmawiamy ze sobą. Od lat nie zamieniliśmy słowa. Moja siostra jest inwalidką; Dayin pewnie wam powiedział.
— Tak, wiem o tym. Mówię o jej mężu, o jej synach. Będzie pana na to stać, panie Lukas?
— Czy będzie mnie stać? Tak, jeśli takie planowanie ma sens.
— Na tej stacji przebywa człowiek nazwiskiem Kressich. Wciągnął powoli powietrze w płuca opierając trzymaną w dłoni szklankę z drinkiem na poręczy fotela.
— Vassily Kressich, Radca Q wyłoniony w drodze wyborów. Skąd o nim wiecie?
— Dayin Jacoby podał nam jego nazwisko mówiąc, że to Radca z tej strefy; i mamy akta. Ten Kressich przychodzi z Q na posiedzenia rady. Czy ma wtedy uprawniającą do tego przepustkę, czy też znają go z widzenia?
— I jedno i drugie. Tam są strażnicy.
— Czy można przekupić tych, którzy go kontrolują?
— W niektórych wypadkach tak. Ale stacjonerzy, odznaczają się wrodzoną niechęcią do robienia czegokolwiek, co może zagrozić bezpieczeństwu stacji, na której żyją. Może pan przemycić do Q narkotyki i trunki; ale człowieku… sumienie strażnika jeśli chodzi o używki i jego instynkt samozachowawczy, to dwie różne sprawy.
— A zatem wszelkie narady będziemy zmuszeni odbywać z nim w przelocie, prawda?
— Nie tutaj.
— To pozostawiam panu. Może wypożyczyć dla niego przepustkę i dokumenty. Jestem pewien, że wśród wielu pana zaufanych pracowników da się coś załatwić, jakiś lokal niedaleko strefy Q…
— O jakich naradach pan mówi? I czego pan chce od Kressicha? To mięczak.
— Ilu w sumie zatrudnia pan ludzi tak samo pewnych i zaufanych, jak ci tutaj? — zapytał Jessad. — Ludzi, którzy mogliby podjąć ryzyko, którzy nie zawahaliby się zabić? Potrzebujemy takich.
Jon zerknął na Brana Hale’a czując, że braknie mu tchu. Spojrzał znowu na Jessada.
— No cóż, powiem panu, że Kressich do takich nie należy.
— Kressich ma kontakty. Czy bez nich człowiek mógłby się utrzymać na szczycie tego monstrum, jakim jest Q?