Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Nevermore odleciał na zwiad i nie wracał. Drakkainen wspiął się prawie na szczyt zbocza, a wtedy nagle skręcił pod osłonę lasu i usiadł pod drzewem. Zdjął plecak, rozsznurował rzemienie, zaczął grzebać w środku. Potem oklepał kieszenie kurty, znalazł fajkę i wsadził ją w zęby. Następnie wydłubał kapciuch, z troską przegrzebał palcami smętne resztki tytoniu. Cyfral zawisła przed jego twarzą, patrząc, jak wydłubuje uważnie szczyptę za szczyptą, by w końcu wytrzepać do fajki okruchy z dna woreczka.
— Co ty robisz? — zapytała.
— Nie ma co oszczędzać — oznajmił, odwracając kapciuch na lewą stronę. — Jeśli tam jest wszystko w porządku, to mam w bagażach jeszcze ze dwie paczki. Mój „Prince Albert" i jeszcze jakiś, który ktoś wcisnął mi do kapsuły desantowej. A jeśli sadyby nie ma, to trzeba będzie się bić, żeby przejść dalej. A w takim razie muszę odpocząć.
— Vuko, przecież to nic nie zmieni.
— Nie zawracaj mi głowy. Źle się czuję. Jest mi niedobrze, boli mnie żołądek, pocą mi się dłonie, jestem osłabiony i bolą mnie mięśnie. Może mam grypę.
— Vuko... Ty się boisz.
Nie odpowiedział. Znalazł krzesiwo, usypał na kawałku kory kupkę zestruganych nożem trocin i wyschłych t kawałków plechy jakiegoś mchu.
— Vuko... Wystarczy wyjrzeć za krawędź zbocza. Od razu będziesz wiedział.
— Nie przeszkadzaj — odparł niewyraźnie, rozdmuchując żar. Uniósł zwycięsko płonącą drzazgę i zbliżył ją do główki fajki.
Potem siedział nieruchomo i, pykając kłębami aromatycznego dymu, patrzył na porośnięte lasem wzgórza zasnute jesienną mgłą.
Cyfral usiadła na gałązce i splotła wdzięcznie nóżki ze zniecierpliwioną miną.
Po jakimś czasie Drakkainen z nieprzeniknioną twarzą wydobył z plecaka kawałek sera, wędzonki i odłamał pół płaskiego bochenka. Położył to wszystko na liściu, po czym wyjął miecz i spojrzał wzdłuż ostrza, przymykając jedno oko. Z kieszonki przy pochwie noża wyciągnął osełkę i zaczął metodycznie ostrzyć miecz.
— Jeśli będziesz jej ciągle zostawiał żarcie, to stale będzie za tobą szła — nie wytrzymała Cyfral.
— Wiem — burknął niewyraźnie, nie wyjmując fajki z ust.
Sprawdził ostrze kciukiem i schował miecz. Znalazł kawał rzemienia, chwycił końce i jednym ruchem owiązał się nim na krzyż, tworząc improwizowaną uprząż. Cyfral milczała, kiedy wieszał pochwę z nożem pod lewą pachą rękojeścią w dół i mocował miecz na plecach. Milczała, kiedy rozsznurował buty i zawiązał je jeszcze raz, ściągając rzemienie ciasno w kostkach.
— Zostawiasz plecak?
— Tamuje ruchy — odparł. — I nie będzie mi już potrzebny. Tak czy inaczej.
Wystukał fajkę, wstał i kilka razy podskoczył w miejscu. Poprawił ułożenie noża, a potem odwiązał rzemień na szmatce z jagodami i umieścił wszystko w kieszeni.
Zaczerpnął powietrza przez nos, wypuszczając przez usta.
— Vuko... Każdy się boi. To normalne.
— Zapomniałem już, jak to okropnie przeszkadza — odpowiedział. — Idziemy... Boh, jak mi się nie chce dzisiaj pracować.
Te kilkadziesiąt metrów na grzbiet wzgórza szedł niczym automat, przyczajony i spięty. A potem wyszedł na grań i otaksował dolinę szybkim spojrzeniem.
Gródek Grunaldiego stał za jęzorem niewielkiego lasu, kryty nietkniętym gontem dach lśnił nieco w mżawce, z trójkątnych otworów pod kalenicami sączył się błękitny dym, dalej barwą polerowanej stali migotało jezioro. Przy pomoście kołysała się niewielka łódź.
Naprawione budynki gospodarcze lśniły łatami świeżego, heblowanego drewna.
Brama była otwarta, na zewnątrz kręciło się parę osób. Kilkoro dzieci pędziło do środka stado kosmatych, czterorogich kozic, a na końcu pomostu siedział samotny człowiek z wędką i łowił ryby.
Drakkainen stanął jak wryty i nie odezwał się ani słowem. A potem oparł się o drzewo, osunął po pniu na ziemię i usiadł.
— Vuko... — powiedziała Cyfral. — Już dobrze. Wszystko w porządku. Zaraz zejdziesz na dół, przywitasz kumpla, dostaniesz piwa, znajdziesz swojego konia...
— Zamknij się, głupia, ślepa kozo! — wybełkotał Drakkainen. — Przecież to są Węże. Węże tam mieszkają. Spójrz, jak są ubrani, zobacz tatuaże. To wszystko Węże. Nie ma już Grunaldiego. Nie ma Jadrana.
Siedział przez chwilę, po czym wstał i ruszył na dół.
— Vuko, nie! — krzyknęła Cyfral. — Zostaw, to nie ma sensu!
Nie odpowiedział. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni, wydłubał kilka jagód i wrzucił je naraz do ust.
— Dobrze... — powiedziała wróżka powoli. — Ja się tym zajmę.
Rozdział 8
Górski szlak
Koniu mój, bracie mój!
Jesteśmy jednej krwi.
Koniu mój, wietrze mój,
w boju dziki i zły.
Synu traw, bracie mój!
W biegu jak rzeka gnasz,
jeden cel, jeden los
zawsze już wiąże nas!
(...)
Jesteś sercem i dumą,
w twej grzywie ciemność znika.
Jesteś skarbem i pieśnią,
i śmiercią wojownika.