Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 74 75 76 77 78 79 80 81 82 ... 116
Перейти на страницу:

Nevermore odleciał na zwiad i nie wracał. Drakkainen wspiął się prawie na szczyt zbocza, a wtedy nagle skręcił pod osłonę lasu i usiadł pod drzewem. Zdjął plecak, rozsznurował rzemienie, zaczął grzebać w środku. Potem oklepał kieszenie kurty, znalazł fajkę i wsadził ją w zęby. Następnie wydłubał kapciuch, z troską przegrzebał palcami smętne resztki tytoniu. Cyfral zawisła przed jego twarzą, patrząc, jak wydłubuje uważnie szczyptę za szczyptą, by w końcu wytrzepać do fajki okruchy z dna woreczka.

— Co ty robisz? — zapytała.

— Nie ma co oszczędzać — oznajmił, odwracając kapciuch na lewą stronę. — Jeśli tam jest wszystko w porządku, to mam w bagażach jeszcze ze dwie paczki. Mój „Prince Albert" i jeszcze jakiś, który ktoś wcisnął mi do kapsuły desantowej. A jeśli sadyby nie ma, to trzeba będzie się bić, żeby przejść dalej. A w takim razie muszę odpocząć.

— Vuko, przecież to nic nie zmieni.

— Nie zawracaj mi głowy. Źle się czuję. Jest mi niedobrze, boli mnie żołądek, pocą mi się dłonie, jestem osłabiony i bolą mnie mięśnie. Może mam grypę.

— Vuko... Ty się boisz.

Nie odpowiedział. Znalazł krzesiwo, usypał na kawałku kory kupkę zestruganych nożem trocin i wyschłych t kawałków plechy jakiegoś mchu.

— Vuko... Wystarczy wyjrzeć za krawędź zbocza. Od razu będziesz wiedział.

— Nie przeszkadzaj — odparł niewyraźnie, rozdmuchując żar. Uniósł zwycięsko płonącą drzazgę i zbliżył ją do główki fajki.

Potem siedział nieruchomo i, pykając kłębami aromatycznego dymu, patrzył na porośnięte lasem wzgórza zasnute jesienną mgłą.

Cyfral usiadła na gałązce i splotła wdzięcznie nóżki ze zniecierpliwioną miną.

Po jakimś czasie Drakkainen z nieprzeniknioną twarzą wydobył z plecaka kawałek sera, wędzonki i odłamał pół płaskiego bochenka. Położył to wszystko na liściu, po czym wyjął miecz i spojrzał wzdłuż ostrza, przymykając jedno oko. Z kieszonki przy pochwie noża wyciągnął osełkę i zaczął metodycznie ostrzyć miecz.

— Jeśli będziesz jej ciągle zostawiał żarcie, to stale będzie za tobą szła — nie wytrzymała Cyfral.

— Wiem — burknął niewyraźnie, nie wyjmując fajki z ust.

Sprawdził ostrze kciukiem i schował miecz. Znalazł kawał rzemienia, chwycił końce i jednym ruchem owiązał się nim na krzyż, tworząc improwizowaną uprząż. Cyfral milczała, kiedy wieszał pochwę z nożem pod lewą pachą rękojeścią w dół i mocował miecz na plecach. Milczała, kiedy rozsznurował buty i zawiązał je jeszcze raz, ściągając rzemienie ciasno w kostkach.

— Zostawiasz plecak?

— Tamuje ruchy — odparł. — I nie będzie mi już potrzebny. Tak czy inaczej.

Wystukał fajkę, wstał i kilka razy podskoczył w miejscu. Poprawił ułożenie noża, a potem odwiązał rzemień na szmatce z jagodami i umieścił wszystko w kieszeni.

Zaczerpnął powietrza przez nos, wypuszczając przez usta.

— Vuko... Każdy się boi. To normalne.

— Zapomniałem już, jak to okropnie przeszkadza — odpowiedział. — Idziemy... Boh, jak mi się nie chce dzisiaj pracować.

Te kilkadziesiąt metrów na grzbiet wzgórza szedł niczym automat, przyczajony i spięty. A potem wyszedł na grań i otaksował dolinę szybkim spojrzeniem.

Gródek Grunaldiego stał za jęzorem niewielkiego lasu, kryty nietkniętym gontem dach lśnił nieco w mżawce, z trójkątnych otworów pod kalenicami sączył się błękitny dym, dalej barwą polerowanej stali migotało jezioro. Przy pomoście kołysała się niewielka łódź.

Naprawione budynki gospodarcze lśniły łatami świeżego, heblowanego drewna.

Brama była otwarta, na zewnątrz kręciło się parę osób. Kilkoro dzieci pędziło do środka stado kosmatych, czterorogich kozic, a na końcu pomostu siedział samotny człowiek z wędką i łowił ryby.

Drakkainen stanął jak wryty i nie odezwał się ani słowem. A potem oparł się o drzewo, osunął po pniu na ziemię i usiadł.

— Vuko... — powiedziała Cyfral. — Już dobrze. Wszystko w porządku. Zaraz zejdziesz na dół, przywitasz kumpla, dostaniesz piwa, znajdziesz swojego konia...

— Zamknij się, głupia, ślepa kozo! — wybełkotał Drakkainen. — Przecież to są Węże. Węże tam mieszkają. Spójrz, jak są ubrani, zobacz tatuaże. To wszystko Węże. Nie ma już Grunaldiego. Nie ma Jadrana.

Siedział przez chwilę, po czym wstał i ruszył na dół.

— Vuko, nie! — krzyknęła Cyfral. — Zostaw, to nie ma sensu!

Nie odpowiedział. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni, wydłubał kilka jagód i wrzucił je naraz do ust.

— Dobrze... — powiedziała wróżka powoli. — Ja się tym zajmę.

Rozdział 8

Górski szlak

Koniu mój, bracie mój!

Jesteśmy jednej krwi.

Koniu mój, wietrze mój,

w boju dziki i zły.

Synu traw, bracie mój!

W biegu jak rzeka gnasz,

jeden cel, jeden los

zawsze już wiąże nas!

(...)

Jesteś sercem i dumą,

w twej grzywie ciemność znika.

Jesteś skarbem i pieśnią,

i śmiercią wojownika.

Fragment amitrajskiej Pieśni Jeźdźca

Po raz pierwszy odkąd opuściłem płonący Maranahar znalazłem się w siodle. I po raz pierwszy nie podróżowałem w przebraniu. Nasze amitrajskie ubrania, podróżne kosze i w ogóle wszystko, czego dotąd używaliśmy, znalazło się na grzbiecie jucznego onagera. Szły takie dwa — wielkie, ponure zwierzaki, które były w stanie dotrzymać kroku wierzchowcom.

Nie odróżnialiśmy się od tropicieli. Mieliśmy takie same bure ubrania barwy ziemi i zeschłej trawy, okryte bezkształtnymi płaszczami z sieci, takie same miecze, szerokie, krótkie noże i takie same kaptury na głowach z pasem płótna osłaniającym nos i usta.

Z obozu ludzi Knota wypadliśmy galopem i gnaliśmy ile sił, żeby odjechać jak najdalej i odciągnąć roiho od naszych ludzi. Zostawiałem za sobą trop. Kilka razy spryskałem moczem krzaki i skały, kilka razy zeskoczyłem niemal w biegu, by wytarzać się w pyle drogi.

Skaleczyłem się w wierzch dłoni i co jakiś czas wyduszałem na ziemię parę kropel krwi, potem porzuciłem kawałki skrwawionej szmatki, którą okrywałem rankę.

Mogliśmy tylko mieć nadzieję, że upiór podąży za nami i zostawi tamtych w spokoju.

Gnaliśmy w takim pośpiechu, że nie było okazji rozmawiać. Brus nie pamiętał niczego, co wydarzyło się od momentu, gdy wprowadzono nas do twierdzy. Ani spotkania z archimatrona, ani tego, gdzie się znajdował i po co. Nie pamiętał też nic, od kiedy podtruto nas drętwą wodą.

Dowiedział się jedynie o istnieniu upiora i tego, że wędrujemy do Nahilgył w eskorcie czterech tropicieli z powstałej znienacka kireneńskiej armii. Wszystko w ciągu niewielu chwil, gdy zbieraliśmy się w pośpiechu do drogi. Dowiedział się też, że go torturowano i że pomieszało mu się od tego w głowie, że był leczony egzorcyzmami i kebiryjskimi igłami. Dowiedział się, że jestem Nosicielem Losu i że niedobitki naszego ludu wędrują w poszukiwaniu nowej ziemi. Wszystko naraz. Ja albo bym oszalał, albo nie uwierzył. Brus po prostu się dowiedział. Wysłuchał w milczeniu, z nieprzeniknioną twarzą, zasalutował pięścią Knotowi, skłonił się przed Patrzącym Na Stworzyciela. Wszystko, co miał do powiedzenia, to agiru kano! Żadnych pytań — żołnierz.

A teraz został nam jedynie pośpiech. Gnaliśmy przez jakiś czas tak prędko, jak tylko się dało, by nadążyły za nami onagery. Nigdy dotąd nie widziałem tak szybkich jucznych zwierząt. Były pokraczne, ale piekielnie wytrzymałe. Nasze wierzchowce też raczej nie nadawały się na paradę: niskie, żylaste i kudłate, lecz szybkie i wydawało się, że nie znają zmęczenia.

1 ... 74 75 76 77 78 79 80 81 82 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)